Rometem przez świat-poradnik najemcy

Jeden z czytelników jakiś czas temu zadał pytanie dotyczące polskiej franczyzy producenta rowerów Romet. Szukał w sieci komentarzy dotyczących tej sieci. Negatywnych nie było. Postanowiłem zadzwonić do firmy, aby się czegoś dowiedzieć w tej sprawie. Wprawdzie są to informacje poufne, ale człowiek odpowiedzialny za rozwój franczyzy udzielił informacji jakie są zasady i jak ta sieć się rozwija.

stary_romet

zdj.romet.pl

Idąc do firmy podpisujesz dokument o poufności, a potem przechodzimy do konkretów. I te konkrety wyglądają tak.

romet2

Żeby otworzyć taki sklep potrzebne jest 100m2. Wkład własny wynosi 30% wartości towaru (kaucja depozytowa) , którym są rowery produkowane w Polsce i skutery, motory, pojazdy mechaniczne  sprowadzane z zagranicy. Ten wkład to ok. 45 tysięcy złotych. W tej cenie jest lada spadziowa, ścianka ekspozycyjna i towar. Wydzielona jest franczyza rowerowa i motorowerowa.

Drugi wariant jest taki, że potrzebna jest powierzchnia 350m2. Towar ten sam, ale do tego można sprzedawać sprzęt fitness. To franczyza pełnoasortymentowa. Wówczas wartość tej kaucji będzie wyższa.

Od 2009 roku producent sprzedaje możliwość otwierania tych sklepów i wówczas umowy zawierano na czas nieokreślony. Z reguły na pięć lat. Dziś tylko na rok. To czas minimalny zawarcia tej umowy. Końcem tego roku otwartych zostało kolejnych pięć sklepów. Umowy nie zawierają kar i można je rozwiązać za porozumieniem stron. Umowa daje możliwość rezygnacji.

Od pierwszego otwarcia sklepu franczyzowego do dziś zamknięto 10 sklepów. Producent chroni franczyzobiorcę w sprzedaży internetowej. Na stronie sklepu nie kupimy taniej produktu niż w sklepie stacjonarnym. Uruchomiony jest też system wsparcia sprzedażowego w ramach programu on-line. Firma reklamuje się głównie w pismach branżowych dedykowanych systemom franczyzowym i na portalach internetowych.

W Polsce są 143 sklepy na zasadach franczyzowych. Nie wskazuje się jako lokalizacji ch i gh. Te sklepy są przy ulicach. Co ciekawe rowerzyści na forach dopytają jak to jest z parkowaniem w gh. Tutaj każdy regulamin jest inny w tej kwestii, ale są parkingi dla rowerów specjalnie wydzielone. Ktoś podpowiada żeby parkować tam gdzie są kamery na wypadek kradzieży.

Po tym telefonicznym kontakcie nie mam wątpliwości, że firma nie ma nic do ukrycia. Czy są zawarte w niej paragrafy o milczeniu pomiędzy franczyzobiorcami? To już sugeruję sprawdzić na własną rękę. Umowa na rok wydaje się bezpiecznym rozwiązaniem, możliwośc przedłużania też. Nic na siłę. Bez otoczki. 

Właściciel Rometu to polski wizjoner:

romet1zdj.romet.pl

Nie obraża się, gdy ktoś nazywa go „królem rowerów”. Rocznie w jego zakładach produkowanych jest ponad 400 tysięcy jednośladów. To jedna trzecia całej produkcji w Polsce. Połowa z nich trafia na eksport, głównie do krajów Europy Zachodniej. Ubiegłoroczny przychód jego firmy wyniósł ponad 230 milionów złotych. 

Czytaj więcej: http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/3563235,wieslaw-grzyb-jak-zbawca-rometu-zostal-krolem-rowerow,id,t.html 

Więcej na temat Rometu jest tutaj.

www.romet.pl

Biznes po byku, człowiek na bruku-poradnik najemcy

Dużo ostatnio się dzieje. Zresztą ciągle coś się dzieje wokół tematu. Spotkania, zaskakujący ludzie. Teksty. Podsyłane przez internautów, czytelników, widzów. Obserwatorów. Sporo ich. Jednych poznałem innych pewnie nigdy nie poznam. To fizycznie- nie możliwe. Monika napisała na fejsie, że coś chce zrobić. Nie wie co, ale coś. W kontekście gh. Wydrukować setki ulotek w którejś gh i je rozrzucić. Odciągnąłem ją od tego pomysłu. Zaproponowała co innego- budowę strony internetowej- prywatnie, dla mnie. Dlatego się z nią spotkałem.

Kobieta po przejściach. Jak tysiące takich w tę czy tamtą stronę z tej czy tamtej winy. Ten przypadek jest standardowy. Wspólny biznes. „Młodszy model”-koniec. I początek nowego. Każdy koniec jest początkiem. Tak długo i dużo mówiła, że nie byłem w stanie tego połapać. Poprosiłem-napisz. Tak będzie łatwiej. Namówiłem ją na to. Bo być może ktoś znajdzie w tym tekście coś-dla siebie.

Z tego co zapamiętałem zaczęła tak:

-Śnił mi się byk, brudny byk, ubłocony. I ja w tym śnie myłam tego byka. Wstałam rano żeby sprawdzić w sieci co z tego wynika. Co na ten temat mówią senniki. Wrzuciłam w google „byk” i coś tam jeszcze i trzeci od góry-wyskoczył mi blog.

bykolzdj.internet

Pięć dni czytałam bez przerwy. I pomyślałam tak. Ten byk metafizycznie symbolizuje Wall Street i blog myje, czyści tego byka. To takie mycie ekonomiczne kraju. Mycie byka porządnym szlauchem.  I ja chcę się z Tobą skontaktować w tej sprawie…

Brzmiało to wszystko dziwnie. Ale kiedy rozpoczęła opowieść od podrabianiu na studiach medycznych pieczątek po to, aby podbijać nimi lewe zwolnienia lekarskie- to zabrzmiało już zupełnie inaczej. Zamieniłem się w słuch, a rozmówczyni przerobiła to na tekst.

„Zaczynając od początku – pochodzę z małego cudownego miasta Łomży.

Geneza.

Od zawsze byłam dziwną dziewczynką w pełnym tego słowa znaczeniu, interesowało mnie zawsze to, czym interesować się nie wolno. Fascynowała mnie moc ukryta w człowieku, więc zaczęłam poszukiwać odpowiedzi na pytanie – dlaczego używamy tylko kilku procent naszego mózgu, zamiast całości. Te poszukiwania wpłynęły, jak się okazuje, na resztę mojego życia i to kim jestem obecnie.

Jak wspominałam, po skończeniu studiów medycznych w Białymstoku, w zasadzie od razu z „exem” zaczęliśmy rozkręcać księgarnię. Nie była to zwykła księgarnia, tylko tematyczna, nazywała się czarymary.pl (z resztą dalej istnieje pod tą nazwą) i jest największą księgarnią ezoteryczną w kraju. Zakładając taki biznes stajesz się człowiekiem „od wszystkiego” ( jak dobrze sam wiesz), a więc byłam i handlowcem, i copyrighterem, grafikiem, kierowcą, sprzątaczką, sekretarką itd.

W między czasie charakter firmy sprawiał, że poznawałam bardzo ciekawych ludzi – uzdrowicieli, prawdziwych supersensów (osoby uzdolnione parapsychicznie), prawdziwych magów (owszem tacy istnieją), oraz całą masę wariatów – trzeba było bardzo szybko nauczyć się odróżniać jednych od drugich.

Poznałam „subtelny” świat supersensów, i to jak bezprecedensowo używają swojej mocy do tego, by siebie nawzajem niszczyć lub niesamowicie wspierać, poznałam obie „kategorie” – doświadczyłam zarówno bezwzględnych ataków supersensorycznych (przeżyłam kilka powiedzmy, że „zamachów” na swoje życie), jak i doświadczyłam tego, jak taka moc może pomagać.

Poznałam też przejawy takiej mocy w innych kulturach, badałam kulturę Tybetu, Indii, Egiptu, Aborygenów, Dogonów, oraz rdzenne kultury Indian obu Ameryk. Bezpośrednio doświadczyłam jak potrafi działać Voodo i to w mieszance afrykańsko-kubańskiej.

Przebadałam również Europę i zabawy w magię białego człowieka. Przyjrzałam się z dość bliska współczesnemu europejskiemu okultyzmowi, który wyrósł (jak to oni lubią o sobie mówić) ze „ścieżki lewej ręki” m.in Alistera Crlowleya i Miss Blawatsky.

Przyjrzałam się również czemuś, co się nazywa ruch „new age” i dokopawszy się do jego masońsko-agenturanych początków zaczęłam powoli wyłaniać ze swoich badań i obserwacji odpowiedź na pytanie wstępne – dlaczego używamy tylko kilku procent mózgu.

 Najciekawszy jednak kawałek odkryłam w tym, na czym łapę trzymają służby specjalne, szczególnie Rosji. Psychotronika na najwyższym poziomie, umiejętność penetracji wszystkiego i wszędzie, oddziaływania na wszystko i wszędzie, w dowolnym zakresie, od wywoływania zawałów na odległość, po supersensoryczne szpiegostwo. I powiem Ci, że to czym się zajmują magowie new age to mały śmieszny pikuś w porównaniu z tym co potrafią prawdziwie uzdolnieni supersensi, po odpowiednim militarnym, supertajnym treningu. Jedną z takich osób jest nie kto inny, jak sam Władimir Putin. Domyślam się, że może brzmieć to jak niezłe science fiction, tylko, że to nie jest „fiction” 🙂

Z moich badań wysunął się jeden główny wniosek – prawdziwa wiedza została ukryta, by bezmózgie społeczeństwo dało się łatwo kontrolować inteligentnej i wytrenowanej supersensorycznie „górze”. Dotyczy to zarówno masonów uwielbiających swoje „magiczne orgietki”, jak i wojskowych supersensów, i żydowskich kabalistycznych magów, którzy bardzo intensywnie uczestniczą w życiu politycznym świata, a Polskę uwielbiają szczególnie, zaraz po Ukrainie.

Kolejny wniosek, który wypływa z poprzedniego jest taki, że prawdziwa wiedza ( i zarazem moc uwolnienia umysłu) pozostała w rdzennych kulturach. Jednak nie do każdego pasuje wiedza Aborygenów, czy Tybetańczyków. Mamy różne DNA, różne struktury energetyczne, to objawia się w różnym wyglądzie zewnętrznym. W związku z tym dla każdego genotypu odpowiednia jest tylko jego rdzenna kultura. Tak jak najlepszym pożywieniem dla naszych ciał jest to, które rośne w promieniu 100km od miejsca naszego urodzenia.

Historią Polski interesowałam się w zasadzie mocno od zawsze, zwłaszcza białymi plamami (vide ->”interesuję się zawsze tym, czym nie wolno”), ale po wyciągnięciu powyższych wniosków, zaczęłam kopać naprawdę. To było jakieś 10 lat temu – tak zaczęła się moja przygoda ze Słowiaństwem. Odkrywanie wiedzy naszej rdzennej kultury i zarazem odkrywanie prawdziwej historii Lechii stało się moim prawdziwym „konikiem” ( a w zasadzie tabunem dziko galopujących ogierów fryzyjskich, wnosząc po intensywności, jaką ten temat mnie ogarnął  🙂 Fakty, do których dotarłam w zasadzie zmieliły na drobny pył mój dotychczasowy światopogląd na temat historii świata, historii ludzkości i mocy człowieka…i w zasadzie w każdej innej kwestii również.

Mam wrażenie, że dopiero wtedy naprawdę weszłam na ścieżkę powrotu do mocy i uruchamiania mózgu. Warstwa po warstwie odkrywając co na to wpływa, od sposobu w jaki ludzie jedzą, kochają się, rodzą, umierają, ubierają, traktują nawzajem i nade wszystko MÓWIĄ. Jak w każdej dziedzinie kawałek po kawałeczku odebrano ludziom moc, i jak ją odzyskać – temu ma służyć Instytut Arete.

Żeby jednak nie katować Cię tak długim epistołem, wrócę jeszcze do wątku medytacji i szkoły, i obiecuję, że już kończę.

Medytacje.

Jeszcze w trakcie studiów, na mojej drodze stanęła pani, która przez pewien moment była mistrzynią w moim życiu. Jagoda Bretner (tak się nazywa) jest mistrzynią Reiki – to taka dalekowschodnia sztuka uzdrawiania, poprzez nakładanie rąk i przekaz energetyczny. Studiowałam tę sztukę u niej.

Jagoda miała specyficzny sposób wprowadzania wiedzy do naszych mózgów. wprowadzała całą grupę w stan alfa (to głębokie rozluźnienie, ale jeszcze nie sen, fale mózgowe wtedy zwalniają do ok 11 Hz) w tym stanie robiła nam wykłady, mówiąc monotonnym głosem, trochę jak hipnoza, tyle, że wykład (okazało się, że Sita Learn System wykorzystuje dokładnie to samo zjawisko).

Wtedy właśnie zafascynowałam się medytacją i wizualizacjami psychologicznymi, a także ich wpływem na umysł, ciało i ducha. Nie ma znaczenia czas, odległość itd – wszystkie zmiany zachodzą od razu.

Któregoś razu Jagoda sprytnie odwróciła role, powiedziała, że dziś to ja mam prowadzić medytację… nie miałam pojęcia jak to ugryźć, miałam ogromnego przy tym pietra, ale postawiona przed faktem przez własnego mistrza, no cóż, zrobiłam to, i robię do dziś – to już jakieś 15 lat, i wiem, że jestem w tym dobra. Potrafię tworzyć wizualizacje, które przenikają jaźń i zmieniają ją na korzyść człowieka, a te zmiany są trwałe i realne.

Mam na koncie wyciągnięcie ludzi z psychotropów, chorób, nerwic i depresji. Nie uważam się absolutnie za uzdrowiciela, chociaż to też potrafię, jeśli chcę ( w zasadzie każdy potrafi), bardziej uważam się za artystę malarza, który maluje uzdrawiające obrazy, tyle, że moim pędzlem są słowa, a kanwą ludzki umysł. Niesamowicie pomaga mi w tym również to, że w okresie nastoletniego buntu przeżywałam ogromne bum artystyczne, malowałam obrazy i pisałam po kilka wierszy dziennie – bardzo ułatwia mi to teraz operowanie słowem i obrazem.

Wątek szkoły.

Jagoda z zawodu była pielęgniarką, jako pielęgniarka i mistrzyni Reiki prowadziła zajęcia w Studium Psychologii Psychotronicznej w Białymstoku http://www.studioastro.pl/studium/.

Wtedy już od kilku lat byłam jej uczennicą i jednocześnie po ukończeniu studiów prowadziłam ową księgarnię czarymary.pl. Księgarnia zaczynała się robić coraz większa, ja dzięki tekstom wysyłanym do setek nowych użytkowników stałam się swojego rodzaju małą celebrytką tego zamkniętego światka ezoteryków. Jagoda natomiast dostała propozycję wyjazdu do Stanów, by szkolić się jako międzynarodowy trener i mistrz, tym razem w HonoPono ( :), już widzę, Twój uśmiech, jak to czytasz).

Koniec końców dostałam propozycję objęcia po Jagodzie „katedry” anatomii i fizjologii z elementami energetyki człowieka – tak się nazywał ów przedmiot. Miałam uczyć przyszłych bioenergoterapeutów gdzie leży wątroba, w sumie dla lekarza to „pestka”, tak więc przyjęłam, choć z lekką tremą, ofertę (zawsze bałam się wystąpień publicznych).

 

Okazało się, że mam na tyle czytelny i ciekawy sposób przekazywania wiedzy, że studenci zażyczyli sobie więcej zajęć ze mną. Pani dyrektor i właścicielka szkoły w jednej osobie przeprowadziła ze mną głęboki wywiad, czegóż jeszcze bym mogła uczyć studentów – i tak z mojego doświadczenia wypływającego z badań, o których Ci „pokrótce” powyżej wspomniałam, ustaliłyśmy następujące przedmioty:

Techniki Medytacyjne, Techniki ochrony energetycznej, Praca z umysłem, Runy ( o samych runach opowiem innym razem, bo jak obiecałam kilka zdań temu, nie będę Cię już dręczyć tym przydługawym epistołem”.

Długi list. Dotrwałem do końca. Monika się pozbierała. Prowadzi Instytut Arete. Zarabia. Buduje strony w sieci. Osobowość podobnie jak Paweł, który sprzedaje kawałki ciała na centymetry, a na co dzień jest producentem filmowym. Warto było pogadać. I przeczytać. Jedno jest pewne. Instytut Arete-nie otworzy się w galerii handlowej.

To jedno z wielu retailowych spotkań i rozmów. Pewnie-nie ostatnie. Ale fajnie, że się jej chciało napisać. I od siebie coś zaproponować. To rzadkość. Trzymając się sennikowych skojarzeń nie ma takiego byka, którego nie można rozjechać. A blog to płachta. I byk tak patrzy cielęcym wzrokiem nie skażonym myślą. I macha ogonem  spod  zada.  I kręci ze zdziwieniem retailowym łbem.

Monika zajmuje się tym.

Medytacja_Wewnetrznego_Usmiechu

https://www.facebook.com/Instytut.Arete/?pnref=lhc

PKN ORLEN nic o tym nie wie-poradnik najemcy

Aby dołączyć do grona franczyzobiorców Signaramy (tej od reklamy) http://przeliczeni.blox.pl/html/page/3.html -należy wypełnić szczegółowy wniosek tzw. Profil Personalny. Cztery strony A4. Kartka nr 2 to poufne informacje osobiste dotyczące spraw osobistych takich jak zobowiązania alimentacyjne, posiadanie żony, partnerki, dzieci, wspólników, pracy, dochodów, pożyczek kredytów, akcji, obligacji, papierów wartościowych, funduszy emerytalnych, nieruchomości-wartości. Informacje wrażliwe wg autorów profilu są objęte ścisłą tajemnicą. Nie do weryfikacji. Formularze mają na celu ocenę wnioskodawcy. Czyli jego doświadczenie w pracy zawodowej, biznesie i w jakimś stopniu w łóżku, bo jaki ma związek obecny pracodawca żony, ona jako taka i jej wynagrodzenie oraz  całkowity dochód roczny?

Ale przyjmijmy to za dobrą monetę. Franczyzodawca dla dobra biorcy chce wiedzieć o nim dużo, po to, aby się nie przewrócił. Chodzi zapewne o to, aby sobie poradził. Tak czy inaczej wiemy, że papier przyjmie wszystko i generalnie z papierów nie wyczytamy czy kandydat jest w stanie  sprzedawać wyklejanie samochodów czy nie. Czy jest w stanie być przedstawicielem handlowym na własny rachunek czy też nie. Bo prowadzenie niestacjonarne firmy to praca przedstawiciela handlowego. I w przypadku agencji reklamy taki talent jest bezcenny. Aby wejść w orbitę potencjalnego franczyzobiorcy te dokumenty trzeba wypełnić obowiązkowo. Ale przyjmijmy i w tym przypadku, że faktycznie pomagają stwierdzić kto zacz. Tyle wstępu.

Umowę franczyzową opublikowałem jako przykładową, poglądową, bo umowy franczyzowe są różne. To nie jest standard. Czytałem i 8 stronicowe. Klarowne, bez nadmiaru paragrafów. Bo ta z Signaramy wydaje się być umową dotycząca kontraktu zbrojeniowego- tyle w niej zawiłości i tajemnic. I szczerze mówiąc na tym chciałem zakończyć temat Signaramy, bo co tu więcej dodawać. A tu nagle telefon. Piątkowe popołudnie.

-Dzień dobry panu-słyszę lekko zmielonym językiem z domieszką angielskiej nuty. Dzwonię z Vancouver, z Kanady. Czy dostał pan profil personalny i umowę franczyzową?

-W tej chwili jem. Może pan zadzwonić za 10 minut?

Nie odbieraj jak jesz ktoś powie, ale odbiję piłkę, że jak dzwonisz to pytaj czy możesz zapytać. Wydawało się, że w dzisiejszych przeszkolonych czasach takie rozmowy to głęboki HR. Czyli pytanie brzmi.

-Czy może pan teraz rozmawiać?

-Nie przeszkadzam?

-Czy możemy porozmawiać teraz, wprawdzie jest  piątek, ale dzwonię z innego kontynentu etc.itd.itp.…

Pan z Signaramy (tak się przedstawił) mieszka w Vancouver. Być może tam jest inny designe. W Kanadzie bekanie przy jedzeniu jest normą, a puszczanie gazów nie przeszkadza-podobno trzymanie szkodzi zdrowiu. Ale to luźna dygresja.

Niemniej jednak to nie jest aż taki problem choć z punktu widzenia tzw. ogłady -ma to znaczenie.

Z punktu widzenia wizerunku firmy-ma znaczenie. Ten pierwszy kontakt-choćby telefoniczny. Ale zostawmy ten element rozmowy, bo jej dalszy przebieg jest ciekawszy niż to o czym piszę teraz. Dzwoni po pół godzinie. Włączam dyktafon, żeby nie obciążać pamięci.

-Tak dostałem.

-I co pan o tym myśli?

-Zastanawia mnie wciąż czemu to know how wynosi prawie 50 tysięcy dolarów.

 -Pan płaci za szkolenia, pobyt w Stanach, za tak naprawdę 35 letni czas trwania tej umowy. Ta kwota jest rozbita na 35 lat. To jest opłata licencyjna, pozwolenie działania pod naszym szyldem, przeloty, jedzenie. Tutaj już pan nie płaci. Tj. całkowita kontrola sprzedaży. Pomagamy w szkoleniu pracowników w odpowiedni sposób. Nie jest pan zostawiony sam sobie. To jest ciągłość. Komuś się wydaje, że te 35 lat to jest długi okres, ale to jest dla dobra franczyzobiorcy. Za 10 czy 15 letnią umowę opłaty byłyby wyższe. Im dłuższa umowa tym lepiej finansowa dla franczyzobiorcy. 200 osób pracuje na sukces. Polska to świetny kraj do takich inwestycji. Jesteśmy dużą organizacją. My kandydata przepuszczamy przez sito. Filtrujemy z góry. Są ludzie,  którzy mają pieniądze, ale nie nadają się do systemu, mają własne pomysły. Takich nie przyjmujemy.

signa

Cytat z prezentacji:

„By prowadzić ten biznes nie musisz być specjalistą w branży reklamowej. Nie szukamy pracowników, tylko osoby do uruchomienia i zarządzania własną działalnością gospodarczą. My pomożemy zatrudniać i szkolić Twoich przyszłych pracowników. Twoim zadaniem będzie rozwój Twojej firmy oraz budowanie stałych relacji biznesowych z Twoimi klientami”.

-Trzy tygodnie wystarczą?

-Najpierw Stany Zjednoczone. Potem ciągle uczymy w Polsce. To jest proces. Uczymy zarządzać sklepem, zespołem. System jest sprawdzony –ma 28 lat.

-Ilu biorców się przewróciło?

-Poniżej 5% ale dokładnie nie wiem.

45

Cytat pod slajdem.

„Nie jest tajemnicą, że ludzie, którzy otwierają własny biznes jako franczyzę mają znacznie wyższy wskaźnik sukcesu od tych, którzy próbują otworzyć działalność na własną rękę. Głównymi powodami, dla wyższej stopy sukcesu franczyzobiorców są: Wspólne działania reklamowe, stałe szkolenia i wsparcie, rozpoznawalność marki, niższe koszta materiałów i co najważniejsze sprawdzony program”.

 -A jakie usługi robicie dla PKN Orlen?

-YYY to jakieś pojedyncze małe kontrakty, wymiana szyldów. Nie mamy umowy z siecią.

-Ale PKN Orlen ma firmy obsługujące.

-Nie mam na ten temat informacji, ale dam panu znać. My współpracujemy z firmami amerykańskimi na świecie. To jest 2500 firm które obsługujemy. W Warszawie będziemy chcieli poprzez ambasadę amerykańską i kanadyjską dotrzeć do tych firm, które są w Polsce.  Bo te firmy nas znają. Tak to działa w innych krajach.

– W tej prezentacji jest masa błędów.

93

Cytat z prezentacji:

„W Europie działamy już między innymi w Hiszpani, Albani, Irlandii, we Włoszech, Horwacji, Holandii, Francji (32), Niemczech (3), Ruminii.

 -W prezentacji? Pan nie powinien jej mieć, bo nie dajemy klientom tej prezentacji. Ona nam służyła na Targach. Było kilka wersji. Być może taka do pana trafiła. Na pewno to poprawimy. Dbamy o to, wiadomo.

-Ale pan wie, że literówki, błędy, detale mają wpływ? To się nazywa jakość. Bez tego-sukcesu nie będzie.

-Nawet tego nie zauważyłem.

Podziękowałem za rozmowę. I zapytałem PKN Orlen jak jest.

„Witam. Firma Signarama w wystąpieniach publicznych podczas Międzynarodowych Targów Franczyzy 2015 r. w Warszawie oraz podczas rozmów na temat pozyskania franczyzobiorców w jednym ze slajdów zamieszcza logo PKN Orlen wzmacniając tym samym swój przekaz-uwiarygadnia go. Czy firma Signarama realizowała na rzecz grupy PKN Orlen usługę, usługi reklamowe?”

I taką dostałem odpowiedź:

„Po wstępnym sprawdzeniu dostępnych źródeł w firmie nie możemy potwierdzić faktu współpracy firmy Signarama z PKN ORLEN. Jednak, ze względu na szeroką działalność Koncernu, musimy brać pod uwagę i sprawdzić wszystkie potencjalne płaszczyzny czy formy współpracy, co wymaga więcej czasu.

Na tą chwile możemy przekazać, że firma Signarama nie otrzymała od nas oficjalnej zgody na posługiwanie się logotypem PKN ORLEN.

 

Z poważaniem,

Biuro Prasowe

PKN ORLEN”

Jaką wartość ma Orlen? Niewątpliwie dodaną. Działa na zmysły? Buduje prestiż i zaufanie? Moim zdaniem podnosi wartość. Czy może mieć wpływ na podjęcie decyzji? Moim zdaniem może. Czy PKN Orlen pójdzie dalej w ustaleniach? Moim zdaniem powinien. Czy powinien wyciągnąć jakieś konsekwencje? Moim zdaniem tak. Dlatego na kolejny slajd trzeba założyć margines. Gruby.

341

Cytat z prezentacji.

„Jesteśmy dumni, że możemy podzielić się naszymi najnowszymi ustaleniami z naszych sklepów za rok 2014.

W naszych badaniach z 2014 roku sklepy Signaramy, które zatrudniały terenowych przedstawicieli handlowych wykonywały średni obrót w wysokości 754 174$ rocznie co po odliczeniu ponoszonych kosztów daje zysk w wysokości 1/3 tej sumy”.

4 miesiące temu otwarli sklep. I już sprzedają „sprawdzony koncept” za dodatkowe 130 tysięcy dolarów… Jeszcze nie odrobili, niczego nie osiągnęli, a już szukają następnych „chętnych”. Tak to działa. 

To chyba tyle w tej sprawie. PKN Orlen to moja marka. 280 tysięcy uciułanych punktów jest tego potwierdzeniem. Ciułania prze wiele lat. Bo lubię ich kawę. Hot dogów nie trawię. Ale to zupełnie inny temat.

Jest na rynku inna polska franczyza, koszt inwestycji to 20.000 złotych. I nie podając marki dając do myślenia i nie mając wiedzy czy i jak działa ze względu na koszt inwestycji-mogę zasugerować. 

P.S. Rzecznik Żabek nie odbierał telefonu.

W Wigilię- podaje do stołu-poradnik najemcy

Sięgając do historii niektórych marek i usiłując spiąć klamrą tematy franczyzy sięgam do Wojaka Szwejka. To nieistniejąca dziś franczyzowa sieć restauracji z knedlikami, czeskim jedzeniem, piwem.

Początek tej sieci prowadzi do Warszawy, gdzie dziś pozostała pierwsza i po kilku latach ostatnia restauracja kultowego wojaka.

Jedna z tych restauracji krótko działała w Bielsku-Białej w ścisłym centrum starego miasta. Małego Wiednia.

Bielskozdj. internet.

Ruchliwe miejsce. Dobra lokalizacja. Wydawać by się mogło, że pomysł na knedle powinien wypalić.

Po pierwsze sprzedawca franczyzy sprzedawał know how-sprawdzony biznes, menu, szkolenia, receptury, doświadczenie i wiedzę. Ile zapłacił biorca za rzekomo sprawdzony sposób na biznes? Trudno to dziś ustalić. Jak i trudno zrozumieć dlaczego czeskie piwo nie poszło. W tym miejscu warto wiedzieć, że z Bielska do Cieszyna jest rzut beretem.

Dwupasmówką na pełnym gazie 10 minut, normalnym tempem 15. I mijając stary rynek polskiego Cieszyna wchodzimy przez most na Olzie do czeskiego Cieszyna.

cieszyn

zdj.internet.

Często uczęszczana trasa-na knedle i piwo. Choć bardziej na piwo niż knedle. I kiedy knedle przyjechały „same” nagle okazuje się, że nie miały na tyle wzięcia, aby móc się utrzymać.  Ale PR był mocny nowego konceptu. Sprawdzony. Podobno.

W przypadku tej zamkniętej sieci jak i innych, które wkrótce powstaną czy już prowadzą ekspansję należy być ostrożnym. To, że pojawia się resentyment do Syren, Warszawy (samochodu) będzie jedynie chwilową modą choć perspektywa produkcji na dużą skalę może się udać. Bo projekt jest odjechany, a chętni się znajdą.

Są jednak pomysły na wskrzeszenie stacjonarne pewexów, ministerstw wódki, knajp pod logiem sierpa i młota czy kultowej setki ze śledziem. Ileś lat temu 13 grudnia po Polsce jeździły czołgi, a w barach królowała sałatka japońska. Taki był wtedy PR. Mieliśmy być drugą Japonią.

Całkiem nie dawno byliśmy Irlandią, a dziś ludzie wychodzą na ulice, bo nie ma takiego lewara, który podniesie z kolan upadająca, wydrenowaną gospodarkę i portfele Polaków. Nowego Yorku tutaj nie będzie. Nie ma takiego know how które podźwignie górnictwo i nie ma takiej partii, która jest w stanie to poukładać. Za dużo sprzecznych interesów, grup i manipulacji. A w małej czy dużej firmie manipulacja-nie robi obrotów. Jeśli to rwane. Od przypadku do przypadku.

W czasach o których piszę brylowali na lodzie Rosjanie i nasz zapomniany emigrant-Grzegorz Filipowski. Medalista Mistrzostw Europy. Elektryzował Polaków jak dziś Lewandowski. Wejście na własny rachunek jest jak jazda na lodzie.

pipa3(zdj.: lodowisko przy dworcogalerii w Krakowie).

Musisz mieć oparcie-jakiekolwiek. Albo w rękach, albo w głowie-jeśli to firma rodzinna- wówczas jest łatwiej. Trudniej o upadek choć dla „zdrowia” też warto upaść. Po to żeby się podnieść.

Ta podpórka na łyżwach pomaga nie upaść-i taka w teorii jest franczyza. Ci od podpórki mają wiedzieć. Nie myśleć. Nie mieć nadzieję na kolejne otwarcia, ale faktycznie mieć ten biznes sprawdzony. Jeśli nie jest, to lecisz na łeb na szyję, a na lodzie najczęściej obijasz kolana. Uderzając głową bez kasku, możesz roztrzaskać czaszkę.

I powstaje pytanie czy na Szwejkach można zarobić?

Kraków. Sobotni spacer. Podchodzi żołnierz.

Pipa

-Witam pana. Zapraszam do nas. Mamy świetną kuchnię. Wyborne menu.

-Co to za strój?

-Wojaka Szwejka. Z czasów austro węgierskich. Mundur. Jestem z Poznania.

pipa2

Skuszony sympatycznym, nienachalnym „handlowcem” schodzę po krętych schodach do piwnicy.

pipa4

Ciemnawo, nastrojowo i pusto. Ze ścian spogląda Franc Josef, księżna Sissi. Stylowe meble, opasłe menu. Zamawiam kawę

-Od kiedy jesteście?

-Nie pamiętam dokładnie, ale jest szef. Chce pan zapytać?

Podchodzi właściciel. Czarny płaszcz, elegancki szalik. Uśmiechnięty.

-Zaprosił mnie tutaj Szwejk. Jest pan w stanie coś powiedzieć na temat tego miejsca? Chcę je opisać. Bez kasy, żeby było jasne.

-Szkoda. Lokal powstał w 97 roku.

-Skąd pomysł na Szwejka?

-To wymyślił krakowski dziennikarz i bard. Szwejkolog. Nazywa się Leszek Mazan. Mieszka w Krakowie i Pradze. To był jego pomysł, a nasza realizacja. Franc Josef to jeden z tych którzy podczas zaborów nie gnębił Polaków, można było mówić po polsku, kultywować naszą kulturę. A księżna Sissi była kochana przez ludzi.

Ja jestem z zawodu elektrykiem, ale nie mam pięciorga dzieci tylko troje…))). Od dziecka miałem do czynienia z restauracjami, kelnerami  i tym gastronomicznym klimatem. Moi rodzice prowadzili kilka restauracji i od 8 roku życia kręciłem się między stolikami, podglądałem, słuchałem i po latach do tego wróciłem.

-Zarabia lokal?

-Zarabia. To nie jest jednak kwestia lokalizacji, ale podejścia do ludzi. To jest podstawa w biznesie. Wszyscy są na etatach. Nie da się inaczej. Menagerka 10 lat temu pracowała na barze. Potem awansowała. Trzeba mieć szacunek do ludzi, do pracowników. Oni są najważniejsi. Szanuję ich. Mamy co roku spotkanie wigilijne. Pracujemy wówczas wszyscy do 19.00. A potem mamy swoją wigilię. Zamykamy lokal. Ja podaję do stołu. Jestem kelnerem. W ten sposób okazuje moim ludziom szacunek. Bo na to zasługują.

W tym momencie do oczu napływają mu łzy. Co za facet. Co za historia i miejsce.

-Jak pan chce to proszę ich zapytać. Co roku dostają ode mnie prezent pod choinkę. W tym roku to będzie wyjście do spa. I wie pan co. Oni też się dla mnie zrzucają. Widzą, że moją pasją jest szybka jazda. Kupili mi miejsce na torze w Poznaniu. Mogłem pojeździć ferrari…U mnie kelner nie sprząta lokalu. On ma dopieścić klienta. Jest osobna osoba do sprzątania. Da się z ludźmi pracować. To w sumie 13 osób. Nawet Szwejki mają etat. Dotrzymuję słowa. Słowo jest zawsze więcej warte od pieniędzy. Kilku ludzi wyjechało ode mnie do Anglii. Niektórzy co odchodzą potem wracają.

-Szwejki są na etacie?

-Tak. Mają stałą pensję. Dziś wyjątkowo jest ich dwóch ale normalnie pracują na zmiany…

-Była sieć franczyzowa Wojak Szwejk. Padła. Pan zarabia. Nie był pan w sieci i nie buduje własnej.

-Nie da się z takiego biznesu zrobić franczyzy. Nie da się powielić klimatu rodziny. W tej spółce są moje dzieci. W innych firmach też. Prowadzę kilka dużych firm. To jest jedna z nich.

Wychodzę. Dziękuję za kawę. Pewnie tu jeszcze wrócę. Wirtualny spacer-jest tutaj www.pipa.com.pl

 

 

 

 

 

Blogowe ewolucje-poradnik najemcy

Taki dostałem list.

„Czytam z uwagą Pana bloga – choć nie zamierzałam i nie zamierzam być najemczynią GH. Piszę może bardziej z punktu widzenia kupującej, bo to kupujący, konsument jest na końcu łańcucha pokarmowego.

Nie lubię generalizowania. Przyjmuję fakty – np. absurdalne ceny czynszów, machlojki przy podpisywaniu umów, fałszywe mapki. Ale nie przyjmuję pewnych argumentów – przesadzonych, tak jakby celowo ktoś (Pan, najemcy) obciążyć winą za wszelkie zło właścicieli czy zarządzających galeriami.

Mieszkam w Poznaniu – mieście galerii handlowych. Ponoć jesteśmy na pierwszym miejscu w Polsce pod względem liczny metrów kwadratowych powierzchni handlowych przypadających na jednego mieszkanca.

Niechlubne zwycięstwo – ale. Nie cierpię demagogii. Nie wiem, czy pamięta Pan scenę z filmu „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”. Dwóch klientów sklepu samoobsługowego wykłócało się o miejsce w kolejce, przebijając sobie wzajemnie jogurty czy tłukąc jajka. Scenie przypatrywała się sklepowa, niosąc tacę pełną śledzi. Przestraszyła się wychodzącego z kantorka kierownika sklepu i przechyliła tacę, więc śledzie spadły na podłogę na jego oczach. Niezrażona sklepowa wskazała palcem na wyczyny kłócących się klientów i powiedziała: „Patrzy pan, panie kierowniku, co tam zrobili.” A potem wskazała na leżące śledzie i dodała: „I tutaj też”.

 Ta scenka fajnie obrazuje ton artykułów i komentarzy, jakie pojawiają się na portalach informacyjnych, blogach – że galerie niszczą handel.

Proszę Państwa, od postawionej w niezręcznym miejscu budowli, nikomu jeszcze nic się nie stało. Problemem jest to, że te molochy nadal znajdują chętnych najemców. I nie jest istotne, czy 20%, czy 80% – faktem jest, że znajdą się zawsze tacy, którzy lokale wynajmą. Dlatego molochy powstają. Tam, gdzie jest to nietrafione i najemców rzeczywiście nie ma – straszą rozpoczęte budowy – był Pan łaskaw publikować takie zdjęcia. Prawo rynku. Ale jeśli są najemcy, jeśli dają się kusić niebotycznymi zarobkami, to molochy się budować będą.

Logika podpowiada, że drobny handel niszczą najemcy, a nie właściciele molochów. Toż niech nikt tam nie wynajmuje, molochy padną, a drobny handel będzie kwitł – w czym problem? Ano problem tkwi w tym, że i tak na końcu najwięcej ma tracić (w założeniu) klient.

 

Kupując towar, jaki dostałby już w istniejącym sklepie kilka przecznic dalej, przepłacając za wątpliwej jakości szmaty szyte w Bangladeszu za dolara za sztukę. Proszę zwrócić uwagę – galerie są wypełnione ciuchami. W większości nie różniących się od siebie – ani jakością, ani wzornictwem, ani ceną. Wszędzie drogo, byle jak – byle zarobić. To nie galerie są problemem i kłamstwa administratorów tychże, że nie ma tam klientów. Ich tam nie ma, bo WSZĘDZIE JEST TO SAMO.

I nie trzeba wielkiej filozofii i głowy do biznesu, żeby wiedzieć – i bez mapek i kłamstw, że jeśli ktoś ma 100 metrów od siebie sklep „G&N”, to nie będzie jechał kilometr, żeby kupić to samo. Pojechałby – gdyby w tej oddalonej galerii był towar, którego nie ma w tej o 100 metrów od domu.

Analizowałam sobie, dlaczego ja – ogólnie wrogo nastawiona do galerii – lubię poznańską galerię Malta. Może dlatego – że jest tam wszystko w jednym miejscu (poza luźnym parkingiem), może dlatego, że są sklepy, których nie ma w każdej galerii, a są też takie, które są JEDYNIE tam, np. mój ulubiony duński Tiger?

 Dlaczego w galerii ma być tylko jeden przedstawiciel branży – to świetnie, że w Malcie jest i Empik i Matras. jest kino, są jakieś knajpy, gdzie można szybko wrzucić coś na ząb. Tam sklepy jakoś nie upadają, parking jest pełny (co jest wkurzające, bo trudno zaparkować), a poznaniacy lubią tę galerię.

Straszy się teraz budowaną Posnanią – z zasady moja noga tam nie postanie (mieszkam na Ratajach i WIEM, co się będzie działo na pobliskim Rondzie Rataje, już zgrzytam na to zębami). Ale jeśli będzie tam planowana pływalnia (może bliższa, tańsza i mniej zatłoczona niż Termy Maltańskie), market budowlany (najbliższy jest na Franowie), to śmiem twierdzić, że połowa Rataj będzie tam oblegała tamtejsze sklepy. Bo po prostu będą mieli bliżej, niż gdzie indziej.

Do Posnanii będą przyjeżdżać ludzie spod Poznania (Kórnik, Środa Wlkp.), bo jest prosta i szybka trasa, w kilkanaście minut można dojechać do miejsca, gdzie za darmo się zaparkuje i nie wjeżdżając do miasta, załatwi się zakupy i rekreację. Być może jest na to potrzeba?

Być może jest to odpowiedź KLIENTÓW, którzy powtarzam – są na końcu tego łańcucha – dlatego nie jeżdżą do centrum, gdzie za sam parking trzeba zapłacić kilkanaście złotych, o ile w ogóle da się zaparkować. Ludzie kupowali i będą kupować – ciuchy, kosmetyki, jedzenie, będą chodzić do kina – jeśli gdzieś jest pusto, to znaczy, że jeśli nie postawi się na odmienność i wyjątkowość towaru, z góry będzie wiadomo, że wynikiem będzie klęska i bankructwo.

 

Może trochę chaotycznie piszę, bo gryzę kilka wątków na raz, ale to wszystko się ze sobą łączy. Wszyscy – i retailowcy i najemcy zapominają o najważniejszym – o klientach.

O tym, żeby myśleć o ich potrzebach, możliwościach finansowych. Każdy najemca idzie do galerii zwiedziony pięciocyfrowymi zyskami, albo i sześciocyfrowymi – a tak niestety nie ma i nie będzie, dopóki najemcy i handlowcy nie porzucą myślenia z lat 90-tych, gdzie byle buda ze szmatami zarabiała krocie. Wtedy takich bud było kilka, dzisiaj trudno znaleźć miejsce, gdzie nie można kupić szmat (ubrań).

To nie retail decyduje, ilu jest klientów w danej GH. Decydują o tym najemcy, oferując wiecznie to samo wszędzie. W większości z ogromnymi marżami i z cenami niewspółmiernie wysokimi do jakości. Dużo pisał Pan swego czasu o gastronomii w galeriach.

Nie wiem, czy oglądał Pan kiedykolwiek Kuchenne Rewolucje. Co by nie mówić o Magdzie Gessler – jedno trzeba jej dać na plus – obnażyła fatalną jakość polskich restauracji, indolencję i cwaniactwo właścicieli, ich ignorancję i skąpstwo, gdzie znowu – najważniejszy był zysk, a gdzieś na końcu był klient, który jadł odmrażane ryby, pierogi, makaron z wczoraj i ziemniaki gotowane z sodą, żeby szybciej się ugotowały. O barszczyku z torebki, który w sklepie kosztuje złotówkę, podgrzany w restauracji i wlany do miseczki nagle nabiera wartości razy dziesięć. Tak jest wszędzie.

Niech najemcy wyczują niszę i zrobią dobry, uczciwy biznes, to do nawet opuszczonej galerii ludzie będą jeździć tylko do nich na zakupy (tak jak ja np. robię z Maltą, jeżdżąc tam głównie do Tigera (a przy okazji robiąc inne zakupy np. w Piotrze i Pawle, nawet nadkładając drogi, bo po drodze mam Biedronkę i Lidla.) Potrzeba klienta. To jest najważniejsze. Pod to można układać biznes.

Śmiem twierdzić, że ten najemca, który myśli właśnie w taki sposób, jest na tyle świadomy, by nie podpisywać durnych umów. A pozostałych mi nie żal – właśnie dlatego, że i oni, mnie klienta, mają w głębokim poważaniu. Serdecznie pozdrawiam, będę dalej czytać bloga. oszukanych najemców, bo to rozsądnie myślących ludzi nie wzrusza. I jeszcze jedno – nie każdy nadaje się na handlowca. Ja się nie pcham do leczenia zębów, jeśli nie mam o tym pojęcia. Dobrze by było, gdyby i handlowcy mieli trochę pokory wobec swoich umiejętności, swoich braków. Taki świadomy handlowiec – nie pożałuje na prawnika, żeby sprawdził mu umowę, skoro sam nie zna się na prawie (nie musi przeciez się znać!).

Z szacunkiem, Katarzyna Komorowska

 

I komentarz do wpisu: Ekskluzywne obozy handlowe, a w środku homo.

 

Katarzyna

I znowu najbardziej poszkodowany najemca.
Ale umknęło chyba panu, że wspomniał pan o bluzce wartej pensję pracownika?
Tak samo wyglądają pensje większości Polaków – myślał pan więc, że komu będzie sprzedawał te szmatki za kilkaset złotych? Czy te szmatki są tyle warte? Ile dostała krawcowa z tej bluzki?
Jak można myśleć, że w Polsce zrobi się biznes na bluzkach wartych pensję własnego pracownika? Sorry, rozsądnych ludzi nie wzruszają takie zwierzenia, bo najemcy są sami sobie winni, że chcieli szybko, dużo zarobić, najlepiej kosztem klienta.

Zapewne ktoś ma wybudować za swoje pieniądze ogromną galerię, parkingi, zrobić wystrój, opłacać prąd w windach i na korytarzach, a najemca ma sprzedawać bluzki warte 100 zł za 1000 zł, zapewne najlepiej płacąc czynsz w wysokości max 2 tysiące.
Naprawdę – w tym narzekaniu i krytykowaniu traci się powoli zdrowy rozsądek i przyzwoitość. Za chwilę okaże się, że retail jest też odpowiedzialny za koklusz”.

Dziękuję za list. I nie wiem tak do końca czy pani kieruje go do mnie czy czytelników. Zakładam jedno i drugie.

Kiedy ktoś do mnie mówi, czy coś opowiada to mam jedną zasadę. Najpierw słucham. Czasami długo.  Do końca. Nie przerywam. Żeby się czegoś dowiedzieć. I nie wynika to z kindersztuby. Z zasady. I na ile to jest możliwe-staram się nie przerywać i tego samego oczekuję od drugiej strony. Czy ktoś tu narzeka?

Widziała pani gdzieś łzy i lament? Czy pani rozumie słowo krytyka i przestępstwo. Czy pani wie jak działają zorganizowane grupy o charakterze przestępczym? Czy przeczytała pani ze zrozumieniem czyli bez przerywania myślowego słowotoku tego bloga? Czy zainwestowała pani 20 złotych na przeczytanie książki? Czy zapoznała się pani z videoblogiem? Czy przeczytała pani teksty prasowe? Czy słyszała pani o samobójcach. Czy słyszała pani takie słowo jak pranie kasy, mafia, gangsterzy? Czy pani rozumie to co pani czyta? Czy skupia się pani na bluzce i Gesslerowej?

To miłe, że pani lubi Maltę. Ja lubię Sarni Stok-to taka gh gdzie jest parking jak parking, nie ma piętra i przebywanie tam jest przyjemnością. Podpisanie jednak umowy za 35 euro z metra to katastrofa. To jest krytyka czy fakt? Jak pani sądzi? Czy pani wie na jakiej zasadzie zbudowano Stary Browar w Poznaniu? Czy pani wie ile miasto Poznań straciło pieniędzy na tej transakcji?

Pisze pani do mnie z Kulczyklandu i polecam kapitalną lekturę-nowość. „Jan Kulczyk Biografia nieznana”.

Przeczytałem  ¾  i na razie jej nie zrecenzuję. Ale jest tam fragment o tym jak dr Jana Volksvagen zaczął dociskać. Czyli zmieniać zasady w trakcie gry. Niemieccy partnerzy zaczęli zmieniać warunki współpracy i przykręcać śrubę. Docisnęli partnerów tak, że Ci którzy zostali cienko przędą. Kulczyk sprzedał biznes, wyczuł. VV z nikim się nie patyczkował, nawet z nim. I dr zostawił to w co inwestował przez wiele lat. Sprzedał ten biznes. Jako, że tematów miał pootwieranych więcej, spadł na cztery łapy. Był przeciwny budowie tego poznańskiego cuda. Ale jak zapewnia małżonka-wszystko zawdzięcza sobie.

Poznań to faktycznie wyjątkowe miasto-Muszkieterowie uczą studentów  na kierunku „Zarządzanie sieciami handlowymi”. Na wyższej uczelni. Ciekawe czy to też wymyślił Grobelny. Czy Paetz. Czy jakiś inny Marcin. I małżeństwa Muszkieterów mogą prowadzić tylko sklep. Bez możliwości budowy drugiej czy trzeciej nogi jak to robił dr Jan. 

Są jednak tacy partnerzy, ajenci, franczyzobiorcy, którzy w gh stracili nerki-nie wiedzą co to koklusz. Proszę wskazać mi jakąś dedykowaną lekturę o gh, o systemie, o konsekwencjach. Chętnie się dowiem czegoś więcej. Ma pani jakiś tytuł? Jakiś blog, stronę internetową nie trąbiącą jak jest fajnie, jak super?Mimo wszystko cieszę się, że pani napisała. Blog dzięki temu ewoluuje. 

W epilogu książki napisałem. I raz jeszcze powtórzę. Pokazuję drugą stronę medalu. 

P.S. Kuchennych rewolucji nie oglądam. W ostatnich 8 latach przejechałem ok. 800 tys. km po kraju. Hotele od 1 do 3 gwiazdek. W 80 procentach od śniadania, przez obiad na kolacji kończąc-zero uwag. Palce lizać. W tych restauracjach nie zauważyłem loga pani Magdy. Jak widać-i bez jej pomocy-restauratorzy-dają radę. Ludzie się starają. Kelnerzy są grzeczni, kucharze wykształceni choć wiadomo, że zdarza się coś nie tak. Jak w życiu. I wpadnie jakiś włos. Ale żeby takie sytuacje zrozumieć-jak pani słusznie zauważyła-trzeba mieć trochę pokory. 

Wikipedia:

Demagogia (gr. demos lud, agogos wiodący, prowadzący) – wpływanie na opinię publiczną poprzez działanie obliczone na łatwy efekt, poklask.

Demagogia rozwinęła się już w starożytnej Grecji, lecz pierwotnie miała nieco inne niż współcześnie znaczenie. Po grecku znaczy to „prowadzący lud”. Nazywano tak doskonałych mówców potrafiących wpływać na decyzję zgromadzenia ludowego. Izokrates przeciwstawiał demagoga tyranowi, lecz już wówczas Tukidydes zauważał, że demagog prowadzi lud, schlebiając jego próżności.

Współcześnie oznacza to kłamanie na rzecz wygranej w wyborach lub schlebianie wyborcom, np. rozdawanie kiełbasek. Za demagogię uważane są kłamstwa, składanie popularnych i efektownych, ale niedających się spełnić obietnic (populizm), albo składanie obietnic bez intencji ich realizacji, schlebianie masom, szukanie kozła ofiarnego, stosowanie nielogicznych, ale przekonujących argumentów.

Pokoracnota moralna, która w ogólnym rozumieniu polega na uznaniu własnej ograniczoności, nie wywyższaniu się ponad innych i unikaniu chwalenia się swoimi dokonaniami.

Jak mówi znany holenderski psychiatra, Gerard J. M. van den Aardweg: „Pokora jest warunkiem uzyskania dojrzałości duchowej oraz psychicznej”[1].

Pokora jest bardziej stanem ducha, postawą życiową wyrażającą nasze przekonanie na temat otaczającego nas świata, jak również ogółu istot go zamieszkujących. Może stanowić punkt odniesienia do naszych działań lub przemyśleń. Ale także w rozumieniu psychologicznym dawać oparcie. Jestem pokorny, a zatem uznaję, że wszyscy ludzie są równi i podlegają tym samym prawom. Pokora w sensie filozoficznym jest uznaniem ludzkich ograniczeń; ciała i umysłu. Ale także nadrzędnej roli człowieka w świecie przyrody, nakładającym na niego prawa i obowiązki

 

 

Poślizg Muszkieterów-poradnik najemcy

Takie dostałem zapytanie.

„Jakoś nie może wystartować kolejny sklep InterMarche w Bielsku-Białej  przy ul. Żywieckiej 19a. Może inspektorzy odbierający takie obiekty czytają tego bloga i dotarło do nich, że era niekompletnych („lewych”) odbiorów takich obiektów i ewidentnego poświadczania nieprawdy kończy się ? Albo ajent to bankrut, ale jeszcze przed otwarciem sklepu. To byłby ewenement.

Po lekturze bloga mam pewność, że ten, kto dał się skusić „na szabelkę” będzie za max 10 lat bankrutem, wrakiem człowieka z wielkimi długami. Ale czy Polacy nauczą się myśleć przed a nie po ? Kiedyś ta wiedza była tajemna, bankruci wstydzili się przyznać do porażki. Obecnie jest coraz więcej publikacji na temat chorego rynku retail. A wystarczy, by nie znajdowali się naiwni do wejścia w ten „biznes”. Dziś wiadomo, że to biznes tylko dla jednej strony. Dla właściciela galerii handlowej”.

 

fot1

 

Zapytałem firmę PR co się dzieje. Komunikat zresztą trafił do lokalnych mediów. Okazuje się, że na razie nie wiadomo kiedy sklep zostanie otwarty. Z komunikatu wynika, że nie jest otwarty z przyczyn niezależnych ani od Grupy Muszkieterów, ani właścicieli. W komunikacie nie podano kto zapłacił za reklamy na banerach o otwarciu 3.12.2015 i w jaki sposób zrekompensowana zostanie ta sytuacja wobec klientów. Wypadało by też w komunikacie przeprosić klientów. Czy nie? Podjeżdżają i odjeżdżają. Ale w komunikacie czytamy o wielkim świecie, giga grupie iluś tam krajach. Super. 

Nie podano dlaczego reklamowano sklep wcześniej  nie mając dokończonego projektu. Jest to nieprofesjonalne w biznesie. Jest też możliwość, że nagle znaleziono niewypał i w związku z tym trzeba przeprowadzić badania archeologiczne. Tego wykluczyć nie można. A wówczas ten falstart jest jak najbardziej zrozumiały. O tym w komunikacie -nie czytamy. Z moich informacji wynika, że faktycznie w papierach coś jeszcze jest nie tak. 

To nauczka. Elementarz. Choć jak twierdzi franczyzowa Grupa są profesjonalistami, a jeśli ktoś nie daje sobie rady to z winy właściciela-nie Grupy. Moim zdaniem ta lokalizacja wybrana przez ekspertów grupy w tym miejscu się nie sprawdzi i nie chodzi o to żebym źle życzył nowym Muszkieterom. Wręcz przeciwnie mam nadzieję, że to złe miłego początki i jeśli kiedykolwiek Grupa zechce pochwalić się obrotami i zyskami w tym miejscu to chętnie je opublikuję. Zresztą umówiliśmy się z przedstawicielami Grupy Muszkieterów od komunikacji, że poczekam na odpowiedzi na zadane pytania. Spotkanie w Warszawie było pożyteczne i nie ukrywam, że bardzo ciekawe, ale skoro umówiliśmy się, że poczekam-to czekam. Czytelnikowi jednak odpowiadam, bo w końcu ktoś to też czytał, czyta i czytać będzie. 

Opóźnienia w systemie retail z którym Grupa jest mocno związana nie są czymś nowym. Czyli w umowach nie ma zapisu o konsekwencjach dla inwestora. Rok, dwa , trzy-i takie sytuacje były. Bez konsekwencji. Taki standard. Ktoś się przeliczył. I tak najemca zapłacił.

Dziękuję za sygnał. Wzbogaci książkę. 

P.S. Zadzwonił do mnie dziś franczyzodawca z Vancouver z Kanady. Ten od 35 letniej reklamowej umowy (Signarama) . Do tematu wrócimy w poniedziałek. 

„Przepis na worek pieniędzy jest prosty – znaleźć naiwnego, nałożyć mu do głowy głupot, związać ze sobą, a później doić niczym krowę… Brutalne, ale prawdziwe. Na własnej skórze przekonał się o tym pewien przedsiębiorca ze Śląska, wieloletni dyrektor -właściciel jednego ze sklepów sieci Intermarche. Na dzisiaj franczyzy, przynajmniej tej w wydaniu francuskim ma już po dziurki w nosie. „To handlowa sekta” – mówi. 

http://przeliczeni.blox.pl/2015/10/Muszkieterowie-czyli-milosc-po-francusku-poradnik.html#comments

 

 

 

 

 

Galerie bankowe-poradnik najemcy

Jest jeszcze kilka zagadnień nie poruszanych w systemie retail. To kwestia pośredników w zawieraniu umów. Wprawdzie dawanie komukolwiek (nawet w hotelach)dowodu osobistego jest zabronione, ale powiedzmy to wprost- nie wielu to respektuje. Hotele-jak to mile tłumaczą panie w recepcjach- „mają swoje zasady” i wciąż nie przyjmują klienta, który dowodu nie pokaże mimo, że ustawa jasno określa, że nie można żądać dowodu. Mimo wszystko w przypadku hoteli można to strawić i nie ma sensu tłumaczyć. Szkodliwość tego żądania jest żadna.

Natomiast w przypadku speców od komercjalizacji należy sprawdzić czy dany dowód nie jest fałszywy. Kolejna sprawa to dokument dotyczący pełnomocnictw do zawierania umów. Czyli w KRS-ie należy sprawdzić czy taki ktoś istnieje jako podmiot i czy ma pełnomocnictwa do ustalania wysokości czynszu. Zdarza się, że nie ma i po podpisaniu umowy okazuje się, że ustalenia na gębę-nie mają znaczenia, bo człowiek ten nie miał pełnomocnictwa dotyczącego elastyczności czynszu, a jedynie do zawarcia umowy i sztywnej stawki. I te dokumenty należy sprawdzić w przypadku np. agencji nieruchomości, która pośredniczy przy podpisywaniu umów czy „freelancerów”,  którzy szukają najemców. Nie należy uznać, że skoro ten ktoś brzmi prawdziwie, jest miły i wygląda na decydenta-że tak w rzeczywistości jest.  

Najczęściej pośrednicy po podpisaniu umowy rozpływają się w powietrzu i odpowiedzialności nie ma żadnej. Jakimś pocieszeniem jest fakt, że komercjalizacje idą coraz trudniej choć najemcy z niedawno otwartej łódzkiej Sukcesji-już odwiedzają kancelarie prawne z pytaniem jak z tej matni wyjść. Czyli wciąż łapią frajerów. Pomimo tekstów prasowych coraz częściej traktujących o tym, że to koniec biznesów w gh.

Kolejnym nie podjętym wątkiem jest kwestia kredytów bankowych udzielanych na budowę obiektu. Jak się okazuje lokale są odrębnie kredytowane i ujmowane w umowach. Czyli jeżeli zastanawiasz się dlaczego gh nie chce wynająć za powiedzmy 4 tysiące lokalu tylko za 8 tysięcy to należy wiedzieć, że dany lokal ma odrębną umowę na spłatę raty przez właściciela tego konkretnego lokalu.

Czyli jeżeli rata tzn. kapitał plus odsetki na np. 30 metrowy lokal wynosi 7000 złotych, a nie ma najemcy to właściciel płaci tylko odsetki. I gh musi mieć klienta, który zapłaci więcej lub/i równowartość tej raty. Dlatego lokale są puste, bo czynsz na poziomie 4 tysięcy nie wystarczy właścicielowi na pokrycie pełnej raty i będzie musiał dopłacić.

Czyli opłaca się spłacać same odsetki i mieć pusty lokal, a nie spłacać kapitału plus odsetki. I jeśli dany lokal zajmuje najemca, który miesiąc w miesiąc się coraz bardziej zadłuża i ma czynsz na poziomie powiedzmy 10.000 złotych, a rata wynosi  8.000 zł to nie ma szans na obniżkę do racjonalnej wysokości wynikającej np. z uzyskiwanych obrotów.  Umową dysponuje bank, który jest dysponentem budynku. Inwestor notuje złoty strzał na etapie budowy, kosztorysów i kosztów. Z czapy. Górka z kredytu na starcie daje milionowe zyski. Czyli realnie budynek kosztuje 120 milionów, a z papierów wynika , że 200. Jest górka? 

Ważne żeby 60 procent umów było, a reszta nie ma większego znaczenia.

O tym najemcy nie mają pojęcia przed podpisaniem umowy. Chodzi o tych najmniejszych. Bo jak to jest w przypadku kotwic czyli marketów-tego nie udało się ustalić, ale to dla przeciętnego najemcy nie ma znaczenia. Choć w przypadku opłat za części wspólne jest kilka wątpliwości natury prawnej, ale o tym przy innej okazji.

wniosek: przed podpisaniem umowy w kredytowanej gh warto pamiętać, że karty rozdaje bank, a nie właściciel. Warto też sprawdzać kto jest kim i jakie, do czego ma pełnomocnictwa.

Jest kasa na serce

Blog się przydał, a czytelnicy nie zawiedli choć nie ukrywam, że był to swoisty eksperyment. W tym sensie, że trudno jest przewidzieć jakie dotarcie ma ten blog i do kogo. Okazuje się, że ma, w tej konkretnej sytuacji w jakiejś części pomógł w zebraniu sporych pieniędzy na operację dla małej Neli.

dziki

 

 Datki w pieniądzu wpłacone za pośrednictwem puszek fundacji:
-Zbiórka w Sferze (28-29.11.2015r.): 8.742,02PLN (wspaniały efekt zbiórki!)
-Zbiórka w Gemini Park (05-06.12.2015r.) i w zaprzyjaźnionych firmach w dniach 03-04.12.2015r.: 13.495,98PLN (rewelacja!)

Wpłaty za pośrednictwem „Się Pomaga”: 18.887,41PLN
Wpłaty na konto fundacji „Mam Serce”: 100.863,50PLN
Pomoc ze strony innych fundacji: 30.000,00PLN

Łączna kwota: 171.988,91 PLN

Serdecznie dziękujemy. Rodzice.

Przypomnę, że na operację potrzebne było 140 tysięcy złotych. Nadwyżka pójdzie na inne chore dziecko. Ze swojej strony dziękuję komuś za zlicytowanie książki. Trudno w tym przypadku życzyć miłej lektury, ale fajnie, że 50 złotych wpadło. Dziękuję zarządowi Gemini Holdings, że bez problemu udostępnił miejsce wolontariuszom, jak podkreślali-było mnóstwo ludzi w tych dniach. Takie działania budzą falę sympatii. Piarowcom,którzy dołożyli wszelkich starań, aby tę akcję nagłośnić i Mikołajom, że nie wchodzili sobie w drogę. I czytelnikom, że zechcieli pomóc po cichu. A małej życzymy zdrówka. I udanych nadchodzących Świąt.

 

Jak Titanic… na dno-poradnik najemcy

 

„W świecie biznesu, tego od fatałaszków, w tym modnej damskiej bielizny, to wiadomość już powszechnie znana. Ale warto ją jeszcze raz skomentować – znana marka „Atlantic” przestała istnieć. Między innymi dlatego, że pogrążyły ją absurdalnie wysokie czynsze w galeriach handlowych.

atlantic

W procesie upadłościowym szef firmy miał nadzieję, że przedstawiony przez niego plan naprawczy zadowoli wierzycieli i firma jakoś pokona rafy. Niestety katowicki sąd miał inne na ten temat zdanie i ogłosił koniec bieliźnianej marki. Czy klienci na tym stracą?

Wątpliwe. Będą kupować fatałaszki innej marki. Stracił jednak właściciel, jego rodzina, pracownicy i wszyscy, którzy z firmą kooperowali. Budowana przez lata marka przestała istnieć, bo po pierwsze większość produkcji kierowała na rynek wschodni, po drugie każdego roku część zarobionych pieniędzy pasła właścicieli galerii handlowych. Można w tym miejscu zastanowić się, czy gdyby czynsze w gh były mniejsze, to zaoszczędzone w ten sposób pieniądze być może teraz uratowałyby jednak majtki i biustonosze. Może tak, może nie. W każdym razie firma miałaby ich więcej.

Retail kolejny więc raz przyczynił się mocno do bankructwa firmy. Tym razem dużej i znanej. Wyssał z niej kasę i pozwolił zatonąć. Dziwi w tej sytuacji pogląd właściciela firmy, który żałuje teraz ponoć, że swojego biznesu nie oparł na zasadach franczyzy. Widać, niewiele rozumie w tej kwestii. Gdyby tak zrobił dramat dzisiaj przezywałoby znacznie więcej osób. Tych, którzy zainwestowaliby w firmę. To oczywiste. Miejcie więc oczy otwarte, bo to, że dzisiaj jakaś firma wydaje się mocno stabilna nie oznacza, że jutro nie może się przewrócić.

 

Obserwator”

P.S. Dług wobec różnych wierzycieli w tym gh i ch wynosił ponad 50 milionów złotych. 

 

 

Ekskluzywne obozy handlowe, a w środku homo retail-poradnik najemcy

„Witam,

Z zainteresowaniem śledzę Pański blog, coraz bardziej świadomy spustoszenia jakie sieje retail. Głównym poszkodowanym jest przeważnie najemca, ale warto również wspomnieć o pracownikach. Pracowałem w jednym z polskich molochów, pragnę podzielić się swoimi doświadczeniami, a także przypadkami moich znajomych.

 

Historia miała miejsce w jednym z mniejszych miast Naszego kraju, przed wybudowaniem GH każdy zastanawiał się kogo będzie stać na wizytowanie w szumnie zapowiadanych sklepach ekskluzywnych marek.

 

Pracownikami zostali głównie młodzi ludzie, którzy z niewiadomych przyczyn zostali w tym niewielkim miasteczku. Pokończyli różne szkoły, studia, wielu z nich było już w trakcie stażu, jednak kolejne lata niewolniczej pracy zmusiły ich do korekty planów życiowych. Nie chcę forsować tezy, że dla tzw. pokolenia Y nie ma pracy, wystarczy wyjechać, wybrać właściwe studia, harować jak wół, a przy odrobinie szczęścia i po kilku latach można zarabiać w pracy dającej satysfakcję. Nie każdego jednak stać na rozpoczęcie swojej drogi na szczyt od nowa. Niektórzy (na szczęście) potrzebują do tego czasu.

 

Warto również zaznaczyć, że dla wielu praca w GH jest zgodna z ich wykształceniem, są tu przecież fryzjerzy, kosmetyczki, optycy, kucharze, menadżerowie, trenerzy itd.

 

Większość pracodawców z punktem w GH oferuje skromne wynagrodzenie podstawowe i premię w zależności od obrotu. Młoda, ambitna osoba z pewnością doceni na początku taką formę wynagrodzenia, w teorii im jesteś sumienniejszy, tym więcej zarabiasz. I w tym miejscu warto wspomnieć o planie.

 

Pracodawca może być skory zapłacić Ci więcej, jeżeli sam wyjdzie na plus. To naturalne. W biznesie liczy się pieniądz, niezależnie czy to mała firma czy międzynarodowy kolos, bilans będzie liczony z dokładnością do drugiego miejsca po przecinku. Plan zakłada, że będzie dodatni.

 

Pierwsze miesiące GH były udane, wszyscy zadowoleni. Sprzedałeś bluzkę w cenie swojej pensji? Suma utargu wydaje się być horrendalnie wysoka? Świetnie… ok, wystarczy.  Słyszałeś zapewne o marży, wiesz też, że sporą część wypłaty zabiera Ci państwo (żebyś nie wydał na głupoty, oni wiedzą lepiej), jednak nie w tym rzecz, nie tylko. Czynsz! Wszystko o czym pisał Pan na blogu, dotyczy również (pośrednio) pracowników. Czynsz to nie tylko opłata za lokal, dochodzi pensja góry, w tym ekscentrycznych marketingowców, którzy co rusz doradzają Ci, że jak przecenisz wszystko, albo wystawisz za darmo to zejdzie. Sam byś na to nie wpadł. Czasem organizują też „eventy” – ktoś śpiewa na środku GH (oczywiście muzyka z głośników wciąż gra). Istna kakofonia. Klient może wyjść, Ty też – wtedy możesz już nie wracać.  

 

Podczas „eventów” często jednak pojawiają się tłumy, które doprowadzają do orgazmu liczniki przy głównym wejściu. Pik – a klientów nie ma. Pik – dzieci idą do kina. Pik – wchodzą pracownicy. Pik – wychodzą, też się liczy.

 

Na czynsz składa się również m. in. opłata za części wspólne, za cyklicznie gasnące światło, za piękne folie na pustych lokalach, za zalania itd. Po podliczeniu wychodzi całkiem sporo, jeżeli poznałeś tę kwotę wiesz, że plan to utopia. W zależności od Twoich wysiłków będziesz mocno poniżej planów, albo trochę mniej poniżej. Ustaliliśmy już, że premia przysługuje powyżej planu? Nagrodą za starania będzie mniejszy stres przełożonego.

               

Nie muszę chyba dodawać, że po „dobrych” pierwszych miesiącach wszystko siada? Modlisz się, żeby ktoś wszedł – już nie dla premii, po prostu podczas pracy czas leci szybciej. Nikt i nic. Zastanawiasz się dlaczego to wszystko jeszcze nie pada. Umowy. O nich również Pan wspomniał.

               

Oczywiście góra nigdy nie jest winna. Liczniki szaleją, a więc to najemcy muszą coś zmienić. Zamiast premii pojawiają się kary, punkt zostaje zmodernizowany zgodnie z zasadami Feng Shui, wykładasz nowy asortyment, witasz nowych współpracowników i… odchodzisz.

               

Zazwyczaj to pracownik patrzy z zazdrością na sytuację pracodawcy – nowe auto, góry złota. Lektura pańskiego bloga uświadomiła mi, że coraz częściej bywa odwrotnie. Pracownik jest wolny, tonąc w retailowym syfie może powiedzieć „stop”, a system dla którego jest tylko nic nieznaczącą płotką puści go wolno. Mógłby pojechać do większego miasta, ale nie bawi się w półśrodki – opuszcza kraj.

               

Podobnie jak większość emigrantów, w okresie świątecznym postanowiłem odwiedzić swój dom rodzinny. Spacer po mieście przebiegał przez wspomnianą GH, ciekawość zaprowadziła mnie wprost pod byłe miejsce pracy. Oklejona witryna i napis „Wkrótce otwarcie” wywołały we mnie uczucie podobne do tego, które przychodzi rankiem po nocy pełnej złych snów, wszystko wydawało się wręcz nieprawdopodobne. Pomyślałem, że dla najemców taka noc stanowi mimo wszystko przyjemną odskocznię od rzeczywistości.

              

Z premedytacją nie podałem szczegółów dotyczących sklepu, galerii, miasta. Nie chcę psuć komuś i tak trudnej sytuacji, a poza tym czytając Pańskiego bloga widzę, że historia ma dość uniwersalny charakter. Pozdrawiam”

 

Dziękuję za list. Nie ma znaczenia skąd pan jest. Podkreślam od czasu do czasu, że to problem społeczny. Najemca jest tylko częścią, jakimś elementem całości. Antyspołeczne i antybiznesowe uwarunkowania w gh uderzają w ludzi którzy pracują w środku. Przypomnę skandal w sieci Centro, gdzie franczyzobiorca zamknął sklepy z dnia na dzień, a ludzie nie dostali pensji, premii i papierów. Jaki był wydźwięk publikacji prasowych? To Ruscy dali ciała i przegrali walkę z CCC i Deichmannem. Bodaj w jednym ktoś wspomniał o zbyt wygórowanych czynszach. Bo galerie handlowe to święte krowy. Bo doją, a ochłapy rzucają na reklamy i w ten sposób zamykają gębę. To się jednak skończyło przynajmniej w kilkunastu przypadkach.

 

Do podobnego skandalu doszło w galerii Echo w Kielcach w przypadku znanej światowej marki Villeroy&Boch. Firma z dnia na dzień zamknęła sklep, a ludzie zostali bez pieniędzy. Pieniędzy też nie wypłacił właściciel marki Atlantic.

 

Moim zdaniem w gh pracuje wielu profesjonalistów, handlowców, kierowników, menegerów którzy stają na rzęsach żeby podołać. Pisałem o tym. Okazuje się z czasem, że się nie nadają albo z dnia na dzień tracą pracę. Nie przygotowani.

 

Najważniejszy jest w firmie człowiek- w retailu się nie liczy. Ani ten, który inwestuje, ani ten który dla danej marki pracuje-jest wyrobnikiem. To współczesne obozy pracy za głodową stawkę. Toksyczne warunki sprawiają, że „właścicielom” puszczają nerwy, a to z kolei uderza w pracowników, a to z kolei uderza w ich rodziny. Bywam wybuchowy- jak każdy człowiek, ale nie okradłem swoich ludzi. Grałem w otwarte karty do końca. Z poślizgiem, ale się rozliczyłem- z premią. Płaciłem pod stołem. Przejechały po mnie kontrole. Kary mandaty, nerwowe sytuacje i sprawa w sądzie z Zus-em. Po h…mi teraz sądy?

 

Ale im bardziej dostaję w tyłek post factum tym mam więcej ochoty na wystawienie rachunku. I jeśli komuś się wydawało, że trafił na słomiany zapał-to witam w gronie przeliczonych. Ten blog będzie dokumentem na lata. Dla wszystkich. Za darmo. Franczyza będzie tylko zwieńczeniem całości.

 

Wspomniał pan o tzw. górze i wynagrodzeniach. Pseudospecjalści od biznesu. Swoich nie prowadzą, bo nie mają o nim pojęcia. Narzucają chore sposoby pozyskiwania klienta lub sprzedania produktu.

W Złotych Tarasach jest Inmedio. Gazety, fajki, książki. Kupując gazety facet mnie pyta czy nie chciałbym jeszcze wody. I wiem, że ktoś mu to narzucił, bo jak przyjdzie tajemniczy klient, a on nie zada tego pytania to go mogą ukarać, pozbawić premii.

 

Raz jeszcze dziękuję za list. Pozdrawiam. Proszę się tam trzymać. Jedno jest pewne. Zarobionych za granicą pieniędzy nie wyrzuci pan w błoto w obozach handlowych. I nie zniszczy pan swojej rodziny.

Ciekawy materiał. O Polorumunach Europy.

http://www.pch24.pl/polska-przed-rumunia-w-rankingu-krajow-najbardziej-dojonych-przez-zagraniczny-kapital,36202,i.html#ixzz3tXFZlP8l