Luzik-poradnik najemcy

Masz dość? Wykopali cię z galerii w Łomży? W Kielcach? Siedzi Ci komornik na głowie? Olej to. 

Nagabują cię na umowę? Poczekaj-niech otworzą. Czytasz o kolejnych cud franczyzach? Wstrzymaj się.

http://biznes.onet.pl/wiadomosci/turystyka/kultowa-amerykanska-siec-pojawi-sie-w-polsce/f12c1h

-Pamięta mnie pan?-pyta funkcjonariusz policji w Małopolsce.

-Tak.

-Przeczytałem książkę, wszyscy znajomi przekazują sobie. Mocna. Mam kobietę, którą okrada sprzedawca alkoholi. Franczyzodawca.

-I?

-Dałem jej namiar. Ona wszystkie rozmowy z nim nagrywa. Traci duże pieniądze. Próbuje się dogadać z nim, ale jak się nie uda to do pana uderzy.

-Niech dzwoni.

Trudny temat ta franczyza. Dlatego zapadam w letarg. Rozstrzygnięcie konkursu po letargu. Trzeba się przygotować na intensywny wrzesień.Pies1

Taki dostałem list. Od kogoś kto świetnie zna temat retailu. Pomaga w namierzaniu różnych wątków.

„Jestem i żyje. Zrobiłem sobie wakacje od retailu. Sorry, że nie odpisywałem ale nawarstwiło mi się tyle problemów, że trudno to wszystko razem ogarnąć. Mamy problemy kadrowe – jedna pracownica mnie okradała, część na urlopach więc możesz sobie wyobrazić ile to kosztuje czasu i nerwów. Obroty średnie, opłaty stałe i trudno się czasem zbilansować. Nie mówiąc o próbie utrzymania życia na konkretnym, w miarę wysokim poziomie. To kosztuje.

Przeżyłem zamach w Tunezji, tj. 5  km od naszego hotelu. Ale było mimo wszystko super. Tylko krótko i niespodzianka po powrocie. Wyobraź sobie, że biuro podróży, ubezpieczyciel (ubezpieczyłem się od ataku terrorystycznego) umyli ręce po naszym powrocie. Zero telefonu, zero próby kontaktu czy wszystko OK.

Co mam napisać – że zapierdalam coraz więcej?  Że czasem już nie mam siły? Że mysle, aby tym nie jebnąć i wyjechać na Islandię i filetować ryby? Co chcesz przeczytać?

TO temat na następnego maila, Dłuższego.

Mimo wszystko mam to w dupie i idę walczyć z upałami z perspektywy przydomowego basenu z  hipermarketu. A jakże. 
pozdrawiam i radzę urlop od bloga. To dobrze robi. Oczyszcza”.

M.

PS Kurwa, te obroty partnerów BigStara to jakaś masakra. Aż trudno uwierzyć, że te kwity są prawdziwe. No trudno uwierzyć!
Odezwę się”.

http://przeliczeni.blox.pl/2015/08/Obroty-poradnik-najemcy.html#comments

Też sie odezwę. Historia Big Stara wyrywa z butów. To fakt. Ale nie tylko Big Stara. To jest „michałek”.

 

In nomine Patris et Filius-poradnik najemcy

Zakonnicy z Tyńca zabrali się za franczyzę. Historia tego zgromadzenia zakonnego sięga dawnych czasów. Aby sami mogli powstać ustalili reguły wg których żyli. Porzucili wszystko dla Boga i zasad, które ustalili. Mnich to ten dla którego najważniejsze jest  dążenie do Boga.

Święty Benedykt w swoich regułach uznał pracę jako jeden ze sposobów służby Bożej. Stąd kultowe ora et labora czyli „Módl się i pracuj”.

mnichzdj. internet

Pracują do dziś, a ich „produkty benedyktyńskie” przechodzą do nowożytnej historii-jako niechlubny przykład wprowadzenia w błąd i oszustwa w biznesie. W tym przypadku na nieistniejących benedyktyńskich produktach.

Produkty Benedyktyńskie-to firma Benedicite. Z przytupem weszła na rynek w 2006 roku w formule franczyzy i mnisi zapowiadali, że sieć będzie liczyła ponad 120 sklepów franczyzowych. Otwarł się pierwszy, drugi, w końcu siedemdziesiąty.

Rarytasy miały być rzekomo wytworzone przez mnichów w oparciu o stare zdrowe receptury o najwyższej jakości-bez konserwantów. Nie istotne wówczas było to, że po znanej lwowskiej bibliotece został tylko popiół. Po pożarze z receptur nic nie zostało, ale początek legendy był zachęcający. Już na starcie ceny były wyższe niż rynkowe -bo to prawie rękodzieło.

Coś wyjątkowego i ekskluzywnego, a dodatkowo produkowane za tajemnymi murami w oparciu o tajemne przepisy. W ofercie sprzedażowej było pół tysiąca tych produktów (syropy, dżemy, oliwki, piwo, wina, wędliny, miody, słodycze czy kosmetyki).

Produkty były w taki sposób zapakowane i opisane, że nie ulegało wątpliwości co do ich pochodzenia. Że są wytworem pracy rąk ludzkich w tym przypadku dodatkowo uświęconych.

Okazało się jednak, że ani jeden produkt-nie jest wytworem pracy mnisich rąk, ale zwykłych producentów, tych samych którzy dowożą towary do hipermarketów.

Produkty opakowano w klasztorny „habit” dołączono do butelek kawałek ścierki-tak aby kojarzyło się z domową piwniczką. Dobudowano do tego ideę i rozpoczęła się sprzedaż franczyzy. Kiedy franczyzobiorcy dowiedzieli się co kupili-uderzyli do mediów, a te ujawniły skandal i oszustwo.

Benedyktyni sprytnie ułożyli treść umowy w której zastrzegli „śluby milczenia” pomiędzy partnerami tak, aby nie wymieniali się informacjami.  Ci jednak zostali oszukani i mówili o tym głośno. Okazało się, że to nie są żadne benedyktyńskie procedury, ale normalne produkty zamawiane u dostawców.

Oliwy do ognia dodał fakt, że te same towary można było nabyć w niższych cenach. Biszkopty z Jarosławia ubrane w nazwę „sióstr benedyktynek” kosztowały osiem złotych, w innym- nie benedyktyńskim sklepie cztery złote. Po aferze w mediach doszła kolejna. Tym razem pracownicy świeccy pozwali zakonników, bo Ci nie wypłacili im za nadgodziny i zwolnili z pracy.

Franczyzobiorcy się zbuntowali. Każdy wyłożył 30 tysięcy złotych za franczyzę, do tego do 70 tysięcy złotych na meble (miały być stylizowane, jednakowe) plus kilkanaście tysięcy złotych za …system komputerowy, który akurat logiem zakonników nie był sygnowany. Mało tego, zakonnicy kasowali po 500 złotych miesięcznie od głowy za jego używanie…do tego czynsz, koncesja, zusy i pensje…

Wg benedyktynów inwestycja miała się zwrócić po 1,5 roku tymczasem niektóre sklepy zamknęły się już po kilku miesiącach. Przy marży 30 procentowej nie mieli szans na jakikolwiek zysk-krótko mówiąc zbankrutowali.

modlitwazdj.www. wordpress.com

W umowach zawarto klauzule milczenia za złamanie której franczyzobiorca miał zapłacić mnichom 30 tysięcy złotych kary. Kolejne 30 tysięcy za wprowadzenie produktu spoza listy wynikającej z umowy.

Ludzie chcieli walczyć, ale szybko opuścili ręce. Woleli odejść przegrani niż być oskarżonymi o walkę z kościołem. Jeden z mnichów stwierdził, że partnerzy są nieudolni i „skończyła się postsocjalistyczna laba”.

Tymczasem dla właścicieli sklepików rozpoczął się koszmar. Z jednej strony, umowy zawarli na 7 lat z których nie potrafili się wyplątać z drugiej opóźnione dostawy lub ich całkowity brak doprowadziły do upadku niemal całej sieci. Kościół umył ręce i nabrał wody w usta. Winni nie są oni, ale… producenci, dostawcy no i oczywiście przedsiębiorcy. W końcu reguła milczenia znalazła swoje praktyczne zastosowanie. Ludzie zostali na lodzie. Dziś pozostały niedobitki plus internetowy sklep należący do opactwa.

Można kupić wciąż franczyzę…Zadłużona firma o nazwie Benedictus Memes SA wypuściła obligacje i chce dostać środki z rynku. Dług to jedyne 3,5 miliona złotych. Teraz w ofercie mają być ziołowe suplementy diety plus do tego dziczyzna, jagnięcina…może znów, ktoś  da się na to nabrać.

Nowe polowanie-przed nami. Benedyktyńska firma znów zapowiada budowanie sieci handlowej i opowiada o przyszłych zyskach…dlatego …in nomine Patris-zanim podpiszesz jakąkolwiek umowę.

Przedstawiam pierwszy fragment książki, która „się pisze” o franczyzie czyli Meduzie… Zapraszam do kontaktu: oson@vp.pl

Jarek Kuźniar-to nie ma sensu-poradnik najemcy

Franczyza… czyli „sprawdzony” sposób na biznes. Czyli teoretycznie gotowiec. Do tego dorzucamy znane logo lub nazwisko i… no właśnie.

Jedną z nowych marek na rynku jest biuro podróży Jarosława Kuźniara (http://www.goforworld.com/artykuly) W ostatnim czasie gruchnęła wieść , że Kuźniar zarabia na „jednej głowie” 6000 złotych.

Kuzniar_profilowe_2_2

Jarosław Kuźniar od stycznia prowadzi własne biuro podróży. Jako, że jest znany, czyli w żargonie konceptowo-retailowym ma swój brand i jest sam w sobie marką, postanowiłem pogadać na temat tego czy zamierza uruchomić franczyzę. Może bym się załapał?

– Jak to się stało, że z pracy prezenterskiej wchodzisz w biznes turystyczny? Jedno z drugim nie ma związku.

– Z pasji. Wiem, że może to się niektórym nie zgadzać, bo wydaje się, że pasja nie powinna przynosić pieniędzy, ale moim zdaniem nie ma problemu, żeby pasja w jakiejś perspektywie dalszej lub bliższej przynosiła komuś chleb. Tak jak z pasji kiedyś powstało dziennikarstwo, tak po 22 latach pracy uznałem, że z pasji do podróży powstanie też coś fajnego, co patrząc na rynek da ludziom coś czego mają mało, czego nie widzę zbyt często, czyli bardzo intymną indywidualną podróż mimo, że w niewielkiej  grupie dopasowaną do potrzeb tych, którzy szukają czegoś więcej i na tym się koncentruję.

– Tak bez doświadczenia?

– Zdobywałem je sam i podpatrując. Poza tym organizowałem wyjazdy dla siebie i dla znajomych. Z podróżą to jest tak jak z przygotowaniem programów telewizyjnych. Te same elementy, milion elementów, które trzeba przypilnować przy okazji programu telewizyjnego tak i tutaj jest to potrzebne, żeby wszystko wypaliło, bo z wierzchu widać tylko samolot i hotel, transport natomiast pod spodem, jest mnóstwo elementów, które trzeba połączyć. Logistyka telewizyjna jest przydatna w logistyce podróżniczej.

– Masz nazwisko. W nazwie biura „by Kuźniar”. Jest taki pęd, że ludzie zakładają franczyzy bez pomyślunku. Czy chciałbyś stworzyć taki gotowy franczyzowy „koncept”? Spełniasz „warunki”.

– Myślę, że w takim wydaniu to nie zadziała. Najsympatyczniejsze jest to, że dla moich klientów nie jest najważniejsze to, czy ja będę, czy nie. Istotą jest program wyjazdu i tacy przewodnicy, których znam, poznaję i którzy nie są dostępni na rynku. Nazwisko tutaj nie jest najważniejsze. Jest jakąś gwarancją, ale nie sprawi tego, że ludzie się porwą i pojadą.

Natomiast wydaje mi się, że tego za cholerę nie da się zrobić na franczyzę. To jest tak jak z social mediami, to musi być bardzo personalne, indywidualne. Moi klienci muszą wiedzieć, że ten produkt dostają ode mnie, a nie od dziesiątej osoby, która gdzieś na rynku sprzedaje moją ofertę, bo wtedy robi się skala, która zaburza całą ideę.

Do tej pory wyjechało z moim biurem około trzydziestu osób, wliczam w to już wrześniową wyprawę do Japonii. Mam współpracowników, którzy pomagają mi w dwójnasób, czyli logistycznie w przygotowaniu podróży, ustalają szczegóły z liniami lotniczymi, przewodnikami tak, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Druga osoba dba o to, aby autorzy, którzy piszą na stronę goforworld.com wiedzieli jak to robić. Tam są newsy, filmy, materiały ze świata.

– W necie pojawił się tekst, że zarabiasz 6000 złotych na kliencie, na nazwisku. Wydźwięk tekstu jest negatywny dla twojej firmy. Jak ty do tego podchodzisz?

– Różne maile po tej publikacji odbieram. Byłem zdumiony. Pisze do mnie dziennikarz i zadaje mailem pytanie „stary co to jest, dlaczego to tyle kosztuje?”.

Wiem, że jest to dziennikarz, który za chwilę będzie do mnie strzelał więc nie mogę odpisać „a co Cię to obchodzi?”. Mam się z tego tłumaczyć, dlaczego to tyle kosztuje?

Też jestem dziennikarzem więc wiem, że nie mogę ostro odpisać. To był tekst z tezą „dopieprzyć Kuźniarowi”, czy „dowalić Kuźniarowi” i byłoby wodą na młyn gdybym ostro odpisał.

Odpowiedzą na ten tekst jest mail od nieświadomych i niemych bohaterów tego tekstu, którzy są teraz w Himalajach. Dotarł do nich ten tekst z różnych źródeł i zapewnili, że oni nie mają żadnego maila od autora tekstu z pytaniami. Próbowałem to wytłumaczyć, ale skończyło się tak, jakbym rzucał grochem o ścianę. Jeżeli porównujemy rzeczy nieporównywalne to dochodzimy do takich błędów jak w tym tekście. Ceny są uzależnione od ilości klientów, inne ceny są, kiedy jest ich 10, a inna kiedy 50. To jest czysta matematyka i marzeniem moim jest mieć marżę taką jaką ten pan opisał, czyli 6000 tysięcy złotych.

Natomiast, każdy kto się tym zajmuje wie, że jest to średnio marżowa instytucja niezależnie od filozofii, od miejsca, siły marki itd. Często słyszę – „…aaa ma pan znaną gębę, to panu jest łatwiej”. Znana gęba do tej pory mi tylko utrudniała pracę w tym biznesie, a nie ułatwiała. To wymaga ode mnie większego pilnowania się, większego skupienia, konsekwencji w działaniu na jakikolwiek wypadek. Każda wpadka może przynieść dużo więcej negatywnych konsekwencji.

Ten tekst jest uderzeniem we mnie i w moją firmę. To jest nawet czulszy punkt niż moja zawodowa praca. Moje poglądy nie powinny mieć znaczenia. Mówię co myślę. Niektórzy uważają mnie za sługusa Platformy. Jedno z drugim nie ma związku.

– Jesteś w studiu. Jest problem. Nie reagujesz, bo nie masz jak…

– Teraz np. jedzie przez Japonię mała grupa moich klientów i są w ciągłym kontakcie.

Nie ma problemu z komunikacją. Jak jestem poza studiem, to trzymam rękę na pulsie. W tym czasie moi współpracownicy są „na łączach” z klientami.

W sobotę dwa razy w nocy wstawałem, żeby odpisać na maile ze strony przewodnika. Nie jest dla mnie problemem wstać o drugiej czy piątej i odebrać telefon. Nawet gdybym miał wstać tuż przed wyjściem do pracy, to też nie jest kłopot. Jestem cały czas dostępny on-line. Nie robię tego sam, bo to byłoby nieodpowiedzialne.

africa_way

fot:http://www.goforworld.com/oferta

– Czy docelowo chciałbyś odejść od tego zawodu i zająć się tylko biznesem turystycznym?

– Chciałbym się zająć tym biznesem na całość w przyszłości, ale jednocześnie żeby to nie było tylko organizowanie podróży, ale żeby było to połączone z relacjonowaniem. Fajne opisywanie podróży nie tylko zdjęciami, ale też fajną historią szczególnie w czasach nowych mediów, a nie tylko na sposób programów, które znamy z telewizji pana Wojciecha Cejrowskiego.

Myślę, że ten czas prędzej czy później minie i będzie trzeba to robić trochę bardziej dynamicznie, inaczej, szybciej i live niż poprzez już zgraną opowieść. Tego chcę się trzymać i być jednocześnie osobą, która czuje zapowiadanie pewnych historii z podróży.

Pojawiają się też takie informacje, że w pracy dziennikarza informacyjnego może pojawić się konflikt interesów i z uwagi na to, że jeżeli kiedykolwiek będę postawiony w sytuacji wyboru albo rozwój biznesu, który zacząłem rozwijać, albo dziennikarstwo informacyjne zawsze postawię na własny biznes kosztem czegoś, co robię już od 22 lat, bo myślę, że jest ku temu  najlepszy  moment.

– Gdzie masz biuro?

Wynajmuję w takim miejscu, gdzie przy każdym biurku jest inny start up, albo jakaś firma która sobie prowadzi swój własny biznes. Jest tutaj wielu 30 latków i to jest fajne, że kiedy trzeba sobie coś zlecić albo podpowiedzieć, czy pomóc  to jest taka możliwość. Możemy sobie nawzajem w tym środowisku pomóc. Mam niewielkie biurko i tutaj działam.

– Rozumiem, że nie wynajmiesz lokalu w wielkiej galerii handlowej, gdzie będziesz widoczny, a ludzie będą pokazywać palcami: „ooo by Kuźniar”.

– Nie, to nie ma sensu. Tam możesz iść kupić wyjazd do Portugalii za 2499 złotych, proszę bardzo i to kupujesz jak bułki, a w moim biurze kupujesz to w co musisz wejść głębiej, przemyśleć, przedyskutować, zrozumieć, posłuchać. Choć nie ma reguły. Jedni z moich klientów rzucili monetą, gdzie chcą pojechać. Padło na Japonię i w pełni świadomie zaakceptowali ten wybór losu. W galerii handlowej kupuje coś na oślep, a tutaj chodzi też o to, aby się na chwilę zastanowić, trzeba innego klimatu do decyzji.

– Wiesz, tam są czynsze np. po 100 euro za metr…

– Heheh no tak, wtedy rzeczywiście musiałbym dokładać 6000 tysięcy marży…

– Dzięki. I powodzenia.

– Dzięki.

Czyli nie będzie systemu w systemie by Kuźniar.

Franczyza jest zagrożeniem i narzędziem do rozkręcania biznesu temu, kto jest jej właścicielem. Nierzadko-biznesu-wątpliwego.

I chapeau bas dla tego, kto to wymyślił  i wdrożył, ale nie rzadko drut kolczasty  temu-kto w to wszedł w owczym pędzie „globalnych” marek i sprawdzonych „konceptów”.

Jak na razie wychodzi mi statystycznie-że to było „dobre”, ale 10 lat temu. Mało tego, już wówczas wiele niesprawdzonych „modeli biznesowych” w ogóle się wcześniej- nie sprawdziło. Bo nie było zapotrzebowania i „fioletowej krowy”.

Niektóre „franczyzy” zostały… wymyślone na potrzebę chwili przez agencje reklamowe na świecie. Wymyślano logo, wizualizacje, wnętrza, strategię,  a sam produkt-był na szarym końcu. Klient płacił za całość, a potem sprzedawał produkt, na który nie było zapotrzebowania, bo je ktoś najzwyczajniej…wymyślił.