Franczyza jako sposób na przyszłość?-poradnik najemcy

 

Nowy rok szkolny. Edukacja. Nowe kierunki studiów. Publikacje. Doktoraty. Konferencje, spotkania. Dywagacje na temat gospodarki. Wykładowcy akademiccy będą szerzyć wiedzę o biznesie. O rynku. Biorąc to pod uwagę warto zaznajomić się z fragmentem książki Franczyza -fakty i mity.

 

Rafał Kinowski-autor bloga antykruchosc.blox.pl poszukał w sieci informacji o franczyzie w zmitologizowanych Stanach Zjednoczonych. Biorąc pod uwagę zwolnienia grupowe z In Postu, kopalni czy nie wykluczone, że też Kopexu (4,5 tys. ludzi) można założyć, że ludzie Ci niekoniecznie zechcą wyjeżdżać, ale tutaj coś rozkręcić.

Najlepiej- zdaniem sprzedawców franczyzy- o sprawdzony model. W miarę bezpieczny. Autor nie wspomina o historii biorców w gh, ale koncentruje się na szerszym wymiarze tzw. franczyzy. Należy zwrócić uwagę na to, że w zdecydowanej większości lobbing i sprzedaż franczyzy w Polsce dotyczy gh i wolno stojących budynków (Biedronka, Delikatesy Centrum, Intermarche). Galerie handlowe w systemie retail to wykańczalnia biorców lub/i narzędzie do rozkręcenia w oparciu o nie swoje pieniądze danej marki. Jako że odzywają się coraz częściej biorcy jubilerskich franczyz w Polsce posadowionych w gh-należy być czujnym przed podpisywaniem czegokolwiek.

LPP opublikowało najświeższe wyniki finansowe. Ciągle spada. Tymczasem zajrzyjmy w takim razie za ocean. Jakie to łatwe. Nie wychodząc z domu. 

 

„Nowym trendem na rynku franczyzowym – szybko zyskującym popularność – jest prowadzenie jednocześnie kilku marek. Część operatorów jednego rodzaju franczyzy, którzy już osiągnęli maksymalną, opłacalną ilość lokali w danej okolicy, chętnie otwierają nowe marki franczyz, aby kontynuować rozwój. Inni widzą w dywersyfikacji szansę na lepsze zarobki i zabezpieczenie przed cyklami rynkowymi, zmianami gustów klientów czy zwrotami w gospodarce.

 

Obraz rynku franchyzowego w USA

Z danych, przygotowanych na potrzeby Międzynarodowego Stowarzyszenia Franczyzowego przez firmę analityczną IHS Economics, wynika, że rynek amerykańskich franczyz jest bardzo stabilny, choć podatny na perturbacje, które dotyczą całej gospodarki Stanów Zjednoczonych.

Najlepiej o kondycji sektora mówią wyniki finansowe.
Produktywność generowana przez franczyzy rośnie niemal nieprzerwanie od 2007 roku, z małym wyjątkiem na rok 2009 i recesję spowodowaną upadkiem banku Lehmann Brothers. Jednak nawet zachwianie całej gospodarki nie przeszkodziło sektorowi w powiększaniu produktywności z roku na rok z dynamiką na poziomie 3,6% do 5,6%. W 2015 rynek wypracowała 892 miliardy dolarów, wobec 675 miliardów z roku 2007.

Podobnie wygląda wzrost dochodu franczyz. Dynamika po latach recesji to średnio 4,7%. W 2015 roku sektor zarobił 523 miliardów o 113 miliardów więcej niż w 2007 roku.
Kolejnym rosnącym od lat czynnikiem jest zatrudnienie. Rynek franczyz daje pracę ponad 8,83 miliona zatrudnionym, a średnia dynamika ostatnich pięciu lat przekraczała 2,5%. Jedyną obserwowaną wielkością, która ma kłopot z powrotem do poziomu sprzed recesji jest ilość punktów franczyzowych. W 2007 roku było ich ponad 770 tysięcy i dopiero w 2015 roku udało się przekroczyć tę liczbę o 12 500 lokalizacji.

 

Największymi udziałami w produktywności rynku franczyzowego w 2015 roku mogły się poszczycić branże: restauracje szybkiej obsługi (fast foody, kawiarnie, pizzerie, lodziarnie, piekarnie, bary z jedzeniem na wynos) – 26% i ponad 233 miliardy dolarów, usług dla biznesu (drukarnie, powierzchnie magazynowe, centra przetwarzania danych, agencje ubezpieczeniowe i brokerskie, administracja biur, usługi ochroniarskie) – 19% i blisko 166 miliardów dolarów oraz usług osobistych (edukacja, ochrona zdrowia, rozrywka, rekreacja, pralnie, transport oraz pośrednicy finansowi) – 11% i 97 miliardów dolarów.

W 2015 roku najbardziej dynamicznie rozwijały się nowe lokalizacje franczyz związanych z: barami szybkiej obsługi – 33%, usługami osobistymi – 15% oraz detaliczną sprzedażą spożywczą – 13%.

 

Duży wpływ na kształt obecnie działających franczyz mają zmiany demograficzne zachodzące w Stanach Zjednoczonych. Z powodu starzenia się społeczeństwa coraz większą rolę mogą odgrywać przedsięwzięcia związane z: opieką zdrowotną, dbaniem o kondycję fizyczną, dostosowaniem otaczającego świata do potrzeb osób w podeszłym wieku. Tym niemniej istotną, 70-cio milionową grupę konsumentów stanowią tak zwani millennialsi, którzy rozpoczynają wchodzenie na rynek i wspinaczkę po korporacyjnych drabinach hierarchii. Mają oni inne potrzeby niż pokolenia ich rodziców oraz dziadków, bardziej świadomie korzystają z mediów społecznościowych oraz nowinek technologicznych. Mogą być, jako klienci, poważnym wyzwaniem dla już działających marek franczyzowych.

Niebagatelnym – stale rosnącym – segmentem rynku konsumenckiego są mniejszości narodowe. Latynosi, Afroamerykanie czy Amerykanie pochodzenia azjatyckiego są grupami etnicznymi o znacząco innych wzorcach kulturowych. Będzie to zapewne miało istotny wpływ na powstawanie i rozwój franczyz, które dostarczą towary i usługi związane z ich rosnącymi potrzebami.

Mimo obaw o spowolnienie gospodarcze, prognozy dotyczące franczyz są bardzo obiecujące. IHS Economics w swoim raporcie przewiduje solidny wzrost branży o 1,7 procenta. Oznacza to, między innymi, otwieranie 36 nowych oddziałów dziennie. Jeszcze wyższy ma być przyrost zatrudnienia. IFA (Międzynarodowego Stowarzyszenia Franczyzowego) szacuje, że rok 2016 przyniesie ponad ćwierć miliona nowych miejsc pracy (dynamika – ponad 3%).

 

Żadne przedsięwzięcie nie jest wolne od ryzyka, ta sama zasada dotyczy franczyz. Analitycy sugerują, że największe nadzieje powinno wiązać z trzema sektorami, które – zważywszy na aktualne trendy – mogą być prawdopodobne atrakcyjne w najbliższych latach na tyle, aby się im dokładniej przyjrzeć.

 

1)  marki odporne na recesję. Do franczyz, które można zaliczyć do odpornych na ruchy tektoniczne gospodarki należą: pielęgnacja włosów, usługi podatkowe, biura rachunkowości, opieka nad dziećmi oraz nad zwierzętami, jak również warsztaty samochodowe, naprawy i remonty w domu czy agencje nieruchomości. Recesja, który uderzyła w 2008 roku mocno nadwerężyła jedną z najpopularniejszych branż franczyzowych bary szybkiej obsługi czyli popularne sieci fast foodów.

 

2) przedsięwzięcia ekologiczne. Ich rozwój był możliwy dzięki dotacjom federalnym i stanowym, które miały pobudzić rynek po załamaniu gospodarki w 2008 roku. Istotą wsparcia było powołanie podmiotów gotowych świadczyć usługi oszczędzania energii zarówno dla sektora komercyjnego, jaki i gospodarstw domowych. Przygotowywanie i certyfikacja budynków pod względem mniejszego zużycia energii, produkcja z wykorzystaniem materiałów pochodzących z recyklingu oraz projektowanie i wdrażanie energooszczędnych rozwiązań dla domów i firm.

 

3) fitness i zdrowie. Sektor obejmuje siłownie, kluby fitness, centra rekreacji i sportu, spa, solaria i „zdrowe” fast foody Zapewnia ukierunkowane możliwości dla każdej z grup demograficznych opisanych powyżej.

 

W połowie drugiego dzisięciolecia XXIw. potencjał wzrostu rynku franczyz jest bardzo zachęcający dla inwestorów, szczególnie w kontekście spadających cen surowców naturalnych oraz zadyszki giełd papierów wartościowych. Większość danych statystycznych za lata 2014-15, takich jak spadek bezrobocia, wzrost ilości pozwoleń na budowę nowych domów potwierdza tezę o stabilności wydatków konsumpcyjnych. W świetle informacji – przytoczonych przez raport IFA – sektor franczyz w roku 2016 będzie rósł w tempie przekraczającym wzrost całej amerykańskiej gospodarki.

Zagrożenia zewnętrzne

 

Do największych potencjalnych zagrożeń, które mogą powstrzymać czy wręcz zahamować rozwój rynku franczyz należą: regulacje stosunków pomiędzy fanczyzodawcami i inwestorami oraz ustalenia poziomu płac minimalnych.
Każde przedsięwzięcie komercyjne musi się liczyć ze zmiennym otoczeniem. Zazwyczaj w krajach o ugruntowanej kulturze kapitalistycznej gwałtowne zmiany w sposobie działania gospodarki zdarzają się niezwykle rzadko. Tymczasem amerykańska branża franczyzowa przeżywa obecnie, na przełomie lat 2015 i 2016, najpoważniejsze – od początku istnienia -dyskusje na temat dalszego kształtu funkcjonowania.

 

W pod koniec sierpnia 2015 roku organ władz federalnych –  Krajowa Rada Stosunków Pracy (The National Labor Relations Board) – wydał orzeczenie, rozszerzające definicję „pracodawcy”. Sprawa dotyczyła konkretnej firmy sanitarnej Browning-Ferries, działającej na zasadzie franczyzy, a arbitralna decyzja Rady zrównała prawa franczyzodawcy i franczyzobiorcy jako wspólnych pracodawców dla zatrudnionych w spółce.

Werdykt Rady ma ogromne znaczenie dla przyszłości branży franczyz. Prezes IFA (Międzynarodowego Stowarzyszenia Franczyzowego) Steve Caldeira zwracał uwagę, że zmiany w sposobie regulacji zatrudniania, będą miały gigantyczny wpływ na oblicze amerykańskiej gospodarki. Podkreślał, że aktualizacja definicji została wprowadzona decyzją administracyjną, nie zatwierdzoną przez kongres czy sąd. W odczuciu prezesa Caldeiry wejście w życie w nowych regulacji, wywróci wiele modeli biznesowych do góry nogami.

Stowarzyszenie – wspierające około 780 000 placówek franczyzowych, które mają w sumie 8,5 miliona pracowników – nie mogło bezpośrednio odwołać się od wyroku Rady. Jednak, dzięki mobilizacji członków, rozpoczęło protesty w całym kraju, namawiając do pisania petycji do senatorów i kongresmanów, aby – wszelkimi dostępnymi kanałami – wpłynęli na zmianę niekorzystnej – zdaniem IFA – decyzji.

 

Rada tłumaczyła swoje niejednogłośne postanowienie – stosunek wynosił 3:2 – dynamiczną sytuacją na rynku pracy. Prawda jest taka, że w aktualnym krajobrazie gospodarczym Stanów Zjednoczonych blisko 3 miliony ludzi są zatrudnione przez agencje pracy tymczasowej i ta liczba ciągle rośnie. Poprzednia definicja pracodawcy w dużej mierze nie odzwierciedlała mających miejsce przemian.

Wyrok Rady – w szerszej perspektywie – jest poważnym zagrożeniem dla franczyzodawców.  Potraktowanie ich jako odpowiedzialnych za pracowników franczyzobiorcy musi skutkować przedefiniowaniem zasad działania sieci i podniesieniem poziomu kosztów ogólnych oraz administracyjnych dla obecnych oraz potencjalnych nowych partnerów. Z pewnością wywoła to spory spadek zainteresowania i może skutkować przyhamowaniem rozwoju wielu franczyz.

Wszakże nie wszystkie koszty działalności da się od razu przerzucić na klientów.

 

Obecny model franczyz, o którym będę jeszcze pisał w dalszej części rozdziału, ewoluował od lat 50-tych, gdy franczyzobiorca był faktycznym właścicielem lokalu. W dzisiejszych czasach umowy franczyzowe prowadzą do tak dalekiej spójności i unifikacji w ramach sieci, że inwestor bardziej przypomina pracownika franczyzodawcy niż niezależnego przedsiębiorcę. Stąd wynika potrzeba – zdaniem NLRB – zmiany statusu osób zatrudnionych w oddziale prowadzonym przez franczyzobiorcę.
Powyższa interpretacja jest na rękę związkom zawodowym, którym trudno jest zrzeszać rozproszonych pracowników franczyzobiorców. Gdyby nowe zasady klasyfikacji zatrudnionych weszły w życie, wówczas łatwiej byłoby tworzyć silne organizacje związkowe.

 

Bardzo znamiennym przykładem kłopotów branży franczyzowej jest spór pomiędzy związkami zawodowymi, a McDonald’sem, która toczy się przez NLRB. Rada ma rozstrzygnąć czy podwykonawcy zatrudniani przez franczyzobiorców są bezpośrednimi pracownikami koncernu. Orzeczenie, że McDonald jest wspólnym pracodawca oznaczałoby, że  korporacja może być pociągnięta do odpowiedzialności za warunki pracy, wynagrodzenia i łamanie praw pracowników w poszczególnych oddziałach franczyzowych.

 

Pomimo niekorzystnej dla sieci franczyz definicji pracodawcy, daleko jeszcze do ostatecznych rozstrzygnięć. Zarówno strona reprezentowana przez IFA, jak i związkowcy wspierani przez NLRB, przewidują że na prawdziwy finał trzeba będzie poczekać do wyroków odpowiednich instancji sądowniczych.

 

Inną kwestią, istotną też dla sektora franczyz, a dziejącą się trochę na obrzeżach sporu o to kto powinien być czyim pracownikiem, jest spór o płacę minimalną. Łatwo dostrzec korzyści pracowników, którzy wywalczyli sobie – często strajkując – wyższe płace. Dla franczyzobiorców, rosnące wynagrodzenia są zagrożeniem dla opłacalności ich inwestycji. Z kolei franczycodawcy boją się rosnących wpływów związków zawodowych oraz zachwiania modeli biznesowych.

 

Poczynając od czerwca 2015 kolejne stany ustalają swoje godzinowe stawki minimalne, oddzielne dla aglomeracji i terenów wiejskich. Kwestia wdrożenia nowych kwot jest rozłożona na lata i zależy od wielkości zatrudnienia u konkretnych podmiotów gospodarczych. Pionierem zmian było Seattle, które ustaliło poziom stawki godzinowej na minimum 15 dolarów. Firmy dające pracę ponad 500 pracownikom mają trzy lata na dostosowanie się do nowych przepisów płacowych, mniejsze – nawet siedem lat.

Franczyzy zostały potraktowane przez ustawodawcę jako jeden organ. Oznacza to, że McDonald’s, Burger King czy tysiące innych franczyzodawców ma tylko trzy lata na zmianę siatki płac. Takie postawienie sprawy wzbudziło protesty IFA, która od razu zaskarżyła przepisy prawa do sądu.

 

W podobnym rytmie toczą się niemal wszystkie kwestie stanowych czy federalnych uregulowań prawnych, które mogą – nawet w niewielkim stopniu – dotyczyć franczyzodawców. Wszelkie nowe ustawy czy rozporządzenia są od razu oprotestowane i trafiają do sądów. Część środowiska – szczególnie franczyzobiorcy – woleliby pracować w nieco cichszej atmosferze, bez ciągłego skupiania na sobie opinii publicznej. Być może taki scenariusz byłby możliwy, gdyby nie problem z: nieprzejrzystością umów franczyzowych, brakiem partnerskich relacji pomiędzy franczyzodawcami i franczyzobiorcami oraz nieuregulowanymi możliwościami wyjścia z inwestycji. Słabsza strona z powodu ograniczonych perspektyw dialogu z operatorami sieci, zgłasza się po pomoc do władz stanowych lub federalnych, a one starają się nałożyć na branżę prawne wędzidła, regulujące najbardziej bolące problemy.

 

Pułapki franczyzowe w USA

 

Wykupienie licencji franczyzowej jest jednym z najłatwiejszych sposobów zostanie przedsiębiorcą. Prostota rozpoczęcia działalności nie powinna usypiać czujności inwestorow. Największe ryzyko, w przypadku złego wyboru – lub niepowodzenia – stanowi łatwść zostania bankrutem. Poniża lista omawia najpopularniejsze pułapki, jakie czekają na nieuważnych inwestorów w Stanach Zjednoczonych.

 

Ukryte opłaty. Przystąpienie do sieci franczyzowej wymaga – co oczywiste – wykupienia koncesji – najczęściej w przedziale od 30 000 do 50 000 dolarów. Prócz jednorazowej opłaty początkowej, franczyzobiorca musi płacić stały procent od sprzedaży brutto (od 2 do 10), corocznie, przez cały okres trwania umowy – nawet jeśli biznes wcześniej upadnie.
Jednak bardzo często prowadzeniu działalności towarzyszą dodatkowe koszty, na przykład: opłata wpisowa, płatne szkolenia czy współfinansowanie akcji marketingowych.

Zawyżanie i zły dobór danych. Inwestorzy powinni z ostrożnością podchodzić do liczb, które znajdują się w prospekcie, zachęcającym do zakupu licencji franczyzowej. Szczególnie dużym błędem są obarczone średnie dochody z oddziału, prezentowane dla poziomu krajowego. W wielu przypadkach o zyskowności decyduje lokalizacja. Każdy oddział ma charakterystyczną specyfikę lokalną, bez jej poznania nie ma szans na prowadzenia działalności gospodarczej z sukcesem.

Podobny kłopot dotyczy doboru wskaźników opisujących opłacalność franczyzy. Szczególnie myląca może być wielkość przychodów brutto. Przy wysokich kosztach często okazuje się, że zostaje zbyt mało zysku na godziwą egzystencję. Najlepiej wielkością, opisującą biznes jest zysk netto.

 

Ścisły nadzór. Cechą charakterystyczną własnego biznesu jest niezależność. Franczyza, mimo licznych chwytów marketingowych, nie oznacza pełnej suwerenności. Większość koncesji nakłada sztywne ograniczenia na politykę cenową, wystrój lokalu czy świadczenie dodatkowych usług. Zaletą wykupienia franczyzy jest otrzymanie pełnego know-how, co daje złudzenie na większe szanse sukcesu, niż własna firma.

 

Kłopoty z wyjściem. Zlikwidowanie franczyzy może być trudne. Wiele umów zawiera zapis o zakazie konkurencji, czy prowadzenia działalności w pobliżu lokalizacji oddziału. Dodatkowe restrykcje mogą dotyczyć poufności danych biznesowych czy ewentualnego kontaktowania się z poprzednimi klientami.

 

Wybór odpowiedniej franczyzy jest kluczowy dla odniesienia sukcesu. Specjaliści doradzają poprzedzenie inwestycji porządnym wywiadem. Poza wertowaniem folderów i wzorów umów należy odwiedzić inne oddziały i porozmawiać z operatorami. Często dobrym źródłem informacji strony internetowe, gdzie łatwo zebrać opinie zarówno samych franczyzobiorców, jak i ich pracowników. Niewątpliwie doświadczenie, sprecyzowane plany inwestycyjne, brak postępowań sądowych czy zapewnienie ciągłego wsparcia ze strony franczyzodawcy może być kluczowe. Inwestor nie tylko kupuje określony rodzaj działalności, ale także filozofię działania, która powinna mu ułatwić pozyskiwanie klientów i dalszy rozwój.

 

Przekręty, złe intencje i rola nadzoru

Jeśli kiedykolwiek w życiu słyszeliście o jakimś ewidentnym szwindlu czy oszustach, którym udało się wywieść w pole naiwnych klientów, i zakrzyknęliście „W Ameryce by to nie przeszło, tam by się z takimi łobuzami rozprawili raz-dwa”. Cóż, prawdopodobnie nic nie wiecie o Ameryce.

 

Istnieją sieci franczyz, które są nastawione na oszukanie franczyzobiorców. Głośnym echem odbiła się historia z New Jersey z 2013 roku. Franczyzodawca brał na cel imigrantów, którym obiecywał bardziej dochodowy sposób na życie poprzez bycie właścicielem firmy sprzątającej.

Za dziesiątki tysięcy dolarów pobrane z tytułu najróżniejszych opłat, operator zobowiązywał się do szkolenia franczyzobiorców, łudził dostarczeniem specjalistycznego sprzętu oraz dostępem do zapasów odpowiednich środków czyszczących. Dodatkowo, co najważniejsze, obiecywał strumień klientów, a także pomoc w prowadzeniu księgowości oraz rozliczeń z usługobiorcami. Jedyne co pozostawało skuszonym franczyzobiorcom to skupienie się na wykonywaniu pracy i utrzymywaniu zysków na odpowiednim poziomie.
Schemat oszustwa przypominał klasyczną piramidę finansową i dla wprawnego obserwatora był bardzo czytelny. Warto jednak pamiętać, że franczyzodawcy działali wśród imigrantów, chętnych do szybkiej poprawy swojej sytuacji finansowej. Umowy franczyz były spisane trudnym, prawniczym językiem, celowo wprowadzającym w błąd, z licznymi lapsusami logicznymi. Wiele osób nie dostało ich do przeczytania przed podpisaniem. Samo zerwanie kontraktu było obwarowane restrykcjami.

 

Dzięki sprawnemu działaniu, oszustom udało się przejąć ponad 5 milionów dolarów. System wyłudzania pieniędzy towarzyszył każdemu działaniu franczyzobiorcy. Operator wymuszał ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej, którego składki były kilkukrotnie wyższe niż rynkowe. W ramach umowy franczyzodawca przygotowywał umowy z klientami, ale – najczęściej – w dwóch wersjach. Franczyzobiorca otrzymywał tą z mniejszymi stawkami (zazwyczaj o 10%).  Operator zatrzymywał sobie różnicę, a następnie pobierał jeszcze prowizje od pozostałej kwoty w ramach – zapisanej w umowie – obsługi zleceń. Franczyzodawca wymuszał – od czasu do czasu – darmowe sprzątanie, w ramach pozyskiwania klienta, a następnie wystawiał fakturę za usługę. Do częstych praktyk, związanych z rozliczaniem kontraktów, należało zatrzymywanie wypłat od kontrahentów z powodu ich wydumanego niezadowolenia z poziomu serwisu, mimo że było wprost przeciwnie. Franczyzodawca faktycznie przywłaszczał sobie pieniądze, a usługodawcę oddawał kolejnemu franczyzobiorcy.

 

Złapani w pułapkę biznesmeni, byli uzależnieni od operatora, a ten potrafił sprawnie zarządzać nastrojami. Czasami – dla uspokojenia – dawał więcej zleceń, innym razem poprzez wstrzymywanie napływu klientów, doprowadzał franczyzobiorców niemal na skraj bankructwa. Drobni przedsiębiorcy stali się faktycznie ubezwłasnowolnieni przez operatora francyzy.

 

Czytając o matni, w jaką mogą popaść nieroztropni – czy wręcz zbyt ufni – franczyzobiorcy, pcha się na usta pytanie o obecność i kompetencje organów nadzorujących sektor franczyz.

Pierwszą linią obrony są stanowe regulacje prawne oraz stojący na ich straży adwokaci, który powinni nadzorować działalność sektora na poziomie lokalnym. Warto podkreślić, że ochrona prawna w dużej mierze dotyczy dokładnego poinformowania inwestora o warunkach franczyzy przed podpisaniem umowy oraz uczciwości samego kontraktu.
Ponieważ jednak większość francyzodawców operuje na terminie całego kraju, lokalne prawodawstwo jest niewystarczające. Korzystając z wcześniejszych doświadczeń stanowych powołano Federalną Komisję Handlu (Federal Trade Commission).

FKH jest drugą instancją, która monitoruje branżę oraz – w ramach swojej misji – ma przeciwdziałać oszustwom franczyzowym. W gestii Komisji jest stanie na straży tak zwanego Prawa Franczyzowego, nieaktualizowanego od 2007 roku – na skutek działalności lobbystów ze stowarzyszeń franczyzowych.

 

Poszkodowanym pozostaje jeszcze Biuro Ochrony Konsumenta, ale i ono najczęściej odsyła zainteresowanych do Komisji Handlu.

Warto w tym miejscu podkreślić, że duże sieci franczyzowe, w obawie przed oskarżeniami o przesadne kolorowanie perspektyw działalności w umowach, montują w kontraktach klauzule arbitrażowe oraz inwestują w agresywne doradztwo prawne. Wszystko w celu zastraszenia franczyzobiorców przed składaniem ewentualnych skarg.

 

Istnienie aż trzech poziomów ochrony prawnej franczyzobiorców powoduje ułudę, że sektor jest niesłychanie restrykcyjny i bezpieczny. Inwestorzy bardzo często natykają się na podobne stwierdzenia w prospektach zachwalających konkretne franczyzy. Przez dziesięciolecia argument o wysoce regulowanej branży z surowymi karami za nieprzestrzeganie przepisów – szerzony głównie przez IFA – stanowił o przewadze franczyz nad własnym biznesem.

Problem polega na tym, że faktycznie nie istnieją regulacji branży na poziomie federalnym. Jak wspomniałem powyżej FKH w pewnym sensie jedynie dubluje działania i regulacje ze szczebli lokalnego i stanowego. Jednak, poza regulowaniem fazy przygotowań do podpisania umowy franczyzowej, Komisja – mimo ustanowienia przepisów – sama nie nadzoruje egzekucji. Co za tym idzie kwestie aktywnego monitorowania franczyz czy charakter regulacyjny zachowań franczyzodawców stanowi czystą iluzję, wprowadzającą w błąd potencjalnych nabywców.

Prawnicy, specjalizujący się w doradzaniu franczyzobiorcom, często wytykają Komisji negowanie własnych przepisów i – co gorsze – uniemożliwianie wykorzystywania ich w prywatnych pozwach przeciwko franczyzodawcom, nawet gdy prawo zostało wyraźnie naruszone. Tylko FKH może reprezentować klienta w sprawach spornych przed sądem, jeśli podejrzewa się, że zostało przekroczone Prawo Franczyzowe.

Obecnie obowiązujące zasady po prostu wymagają od franczyzodawców ujawnienia pewnych informacji w procesie sprzedaży, więc potencjalni franczyzobiorcy mogą podejmować bardziej świadome – i w związku z tym zapewne lepsze – decyzje. Jednak Prawo Franczyzowe nie reguluje samej treści umów. Tak więc franczyzodawcy mogą przygotować swoje kontrakty w taki sposób, aby ograniczyć zakres i charakter ich obowiązków do niezbędnego minimum – w dobrej wierze.
Nie istnieją żadne przepisy, które regulowałyby relacje pomiędzy franczyzodawcą i franczyzobiorcą w trakcie trwania umowy. Skoro operator ma wolną rękę w sprawie warunków kontraktu oraz może nieskrępowanie wprowadzać do umów postanowienia jednostronne – nie może być mowy o równości wobec prawa. W kompletnie nieregulowanym świecie franczyzodawcy mogą otwierać nowe oddziały nawet obok już istniejących, gdyż brak jest przepisów lokalizacyjnych. Za normalne uchodzą praktyki zmuszania franczyzobiorców do kupowania towarów lub usług z konkretnych źródeł po z góry ustalonych cenach, najczęściej wyższych niż rynkowe, przy jednoczesnym czerpaniu korzyści z rabatów przez operatorów sieci.

 

Podobnie nie ma federalnych rozporządzeń, dotyczących zamykania oddziałów lub nieprzedłużania umów. Ogólne przepisy – uchwalone przez Kongres – regulują jedynie zaprzestanie działalności w przypadku stacji benzynowych oraz sprzedawców samochodów. W przypadku wszystkich pozostałych franczyz nie ma żadnych środków prawnych, chroniących franczyzobiorcę przed likwidacją lokalizacji lub nieprzedłużeniem kontraktu. Do kategorii miejskich legend należy przenieść zapewnienie o ustawowym przedłużaniu umów gdy inwestor wywiązywał się z warunków wcześniejszego porozumienia. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale nie istnieją regulacje, które zabezpieczyłyby interesy franczycobiorcy przed nieuczciwymi praktykami operatora sieci.

 

Jednym z ciekawych rozwiązań prawnych jest dokument o enigmatycznej nazwie SB610, powszechnie zwany aktem „rzetelnej franczyzy”. Ma on zabezpieczać franczyzobiorców, którzy wywiązują się z umów, przed likwidacją czy nieprzedłużaniem kontraktów po okresie ich wygaśnięcia. W kilku stanach jak Massachusetts, Vermnt, Pennsylvania czy Rhode Island, lokalne władze uchwaliły podobne rozwiązania prawne, ujmując się za przedsiębiorcami, którzy tracili biznesy swojego życia z dnia na dzień.

Franczyzodawca może dowolnie ułożyć umowę. Z biegiem lat prawnicy coraz bardziej zaostrzali wymowę kontraktów, skutkiem czego korzyści franczyzobiorcy zostały znacznie ograniczone. W przypadku restauracji, po podpisaniu umowy okazuje się, że przedsiębiorcy posiadają tylko maszyny i wyposażenie kuchni. Nie mają prawa do: lokalizacji, nazwy, kolekcjonowania danych odwiedzających klientów czy – w razie zakończenia współpracy – kontynuowania podobnego biznesu. Wszystkie powyższe obostrzenia mieszczą się – z perspektywy franczyzodawców – w ramach sprzedaży know-how, które ma zapewnić prowadzenie własnego biznesu.

 

Powszechną praktyką operatorów sieci jest nieprzedłużanie umów franczyzowych. Można stracić w ten sposób interes prowadzony przez – bagatela – 30 lat. Czasami franczyzodawca jest na tyle wyrozumiały, że pozwala przejść z umowy franczyzowej na leasingowanie oddziału. Tylko odpowiednie zabezpieczenia prawne dawałyby franczyzobiorcy szansę na przedłużenie kontraktu, w przypadku braku dobrej woli operatora sieci. Istniejące reagulacje pozwalają mu w każdej chwili zrezygnować z prowadzenia działalności w danej lokalizacji, likwidując oddział.

 

Mimo, że ustawa SB610 zdobywa kolejne stany, IFA jest jej zdecydowanie przeciwna. Według Stowarzyszenia ochrona kapitału własnego franczyzobiorcy może utrudnić zdolności rozwoju strategicznego franczyzodawców. Władze IFA podkreślają, że media skupiają się jedynie na sytuacjach gdy kończący umowę inwestor odnosi sukcesy. Tymczasem dużo częstsze są przypadki oddziałów, których wyniki są niezadowalające lub nie trzymają narzuconych standardów. W przypadkach gdy franczyzodawca nie mógłby zamykać podobnych lokalizacji, utraciłby jakość i skuteczność zarządzania siecią.

 

Liczba działających punktów franczyzowych wydaje się stała, z lekką tendencją zwyżkową od czasu załamania po Wielkiej Recesji 2008 roku. Jednak to tylko pozorna stabilizacja. Na przykład w latach 2010-13 powstało ponad 135 000 nowych oddziałów, przy jednoczesnym zamknięciu się blisko 120 000 działających. Już samo zestawienie ilości rzeczywiście otwartych i likwidowanych lokali wiele mówi o dynamice rynku franczyzowego. Połowa punktów wygasiła swoją działalność z przyczyn naturalnych, przedsiębiorcy wychodzili z biznesu i zamykali sklepy oraz punkty usługowe. Jedna trzecia była zmuszona do zamknięcia z powodu naruszeń umowy franczyzowej. Pozostałe oddziały zostały wykupione lub właściciele postanowili nie przedłużać umów.

Gdy się spojrzy na liczby z bliższej perspektywy – konkretnych sieci – sytuacja staje się jeszcze bardziej dynamiczna. Szczególnie duży ruch na linii otwieranych i zamykanych oddziałów widać wśród fast foodów. Na przykład w ramach sieć restauracji Quiznos w ciągu trzech lat powstało 600 nowych punktów, podczas gdy zlikwidowano ponad 2 800. To nie jest odosobniony przypadek, choć trzeba przyznać, że jeden z bardziej spektakularnych. Dla porównania jedna z największych światowych sieci franczyzowych kanapkarnia Subway zamyka i otwiera około 20% swoich odziałów rocznie..

 

W przypadku sieci franczyzowych duży ruch nie musi oznaczać, zagrożenia dla istnienia przedsięwzięcia. Skoro pewne lokalizacje nie przynoszą zakładanych zysków, lepiej je zamknąć i zacząć gdzie indziej, niż trwać aż do upadku. Franczyzy to duży biznes przyciągający corocznie blisko 30 miliardów dolarów i musi się zacząć szybko zwracać. Jeśli po dwóch, trzech latach nie widać szans na zyski, lepiej likwidować i przenosić się do lepiej działających sieci.

 

Wprowadzający w błąd czy niedoinformowany

O wyborze franczyzy często może zadecydować dobry marketingowy chwyt, zamiast rzetelnie przeprowadzonej weryfikacji danych. Przedsiębiorca, który ma – bagatela – 200 000 dolarów do zainwestowania, często łapie się na sformułowanie „wskaźnik sukcesu”. Szczególnie gdy sieć franczyz, chwali się, że wybór ich oferty to 90% szans na zyski, w porównaniu z 15% gdy startuje się z niezależnym biznesem. Brzmi zachęcająco? Oczywiście. Tylko, że to kłamstwo. Jedno z wielu, jakie stosują franczyzowi oszuści.

 

Bardzo ciekawe jest pochodzenie wyliczeń, które sugerują, że działanie w ramach sieci franczyzowej daje 90%, a nawet 95%, szans na odniesienie sukcesu. Abstrahując od niedefiniowalnego pojęcia „odnieść sukces”, które każdy przedsiębiorca może sobie różnie określać, nie wiadomo jakie są ramy czasowe zjawiska. Czy sukces w przypadku franczyz dotyczy dwóch, trzech czy pięciu lata działalności? A może rozciąga się na cały okres kierowania biznesem?

 

Franczyzy jako model prowadzenia działalności gospodarczej od lat jest analizowany przez ekonomistów. Istnieją dane globalne, określające na ile sieci franczyzowe przyczyniły się do rozwoju gospodarki oraz bardziej detaliczne, skupiające się na aspektach demograficznych, stopie zwrotu z zainwestowanego kapitału czy opłacalności poszczególnych lokacji. Analitycy mają jednak problem z odpowiedzią na pytanie czy i na ile wykupienie gotowej koncesji jest bardziej opłacalne od administrowania na własny rachunek.

Franczyzodawcy lubią mówić, że sektor jest jedną z najsilniej uregulowanych gałęzi przemysłu w Stanach Zjednoczonych. Nie bez powodu – to wynik przypadków przekrętów i oszustw. Krytycy wskazują, że określenie “95% sukcesu” umyślnie wprowadza w błąd i zachęca ludzi do kupowania franczyz. Wszechobecność opinii o opłacalności skłoniła ​​niejednego inwestora do wejścia do systemu, karmiąc złudzeniami, że powodzenie jest praktycznie gwarantowane.

 

Robert Purvin, autor książki „Franczyzowe oszustwo” z 1994 roku, jako jeden z pierwszych podważył wskaźnik sukcesu. Twierdzi on, że przez zawyżone dane wiele osób patrzyło na franczyzy jak na drogę do bogactwa, zamiast zwykłe posiadanie małego przedsięwzięcia. Sektor franczyzowy zaczął ewoluować w kierunku, który zagraża franczyzobiorcom.

 

Sławne “95% sukcesu” franczyz wzięło się z badania z 1980 roku, skierowanego przez Departament Handlu do ponad 2000 franczyzodawców, którzy zgodzili się na ujawnienie danych. Przede wszystkim nikt, nigdy nie zweryfikował udzielonych odpowiedzi. Ponieważ sondaż był dobrowolny, tylko nieliczni i ci, których przedsięwzięcia odnosiły sukcesy przesłali swoje wyniki. Na podstawie niesprawdzonych danych, federalni analitycy zinterpretowali, że w ciągu pięciu lat upadło 5% lokalizacji, więc podali 95%-owy wskaźnik sukcesu. Potem poszło już jak z płatka. Nierzetelność Departamentu Handlu zaczęła żyć własnym życiem. Dane zaczęły być podawane do publicznej wiadomości. Pojawiły się  w artykułach prasowych, opracowaniach akademickich oraz folderach reklamowych franczyzodawców. Lawina ruszyła.

 

Międzynarodowe Stowarzyszenie Franczyzowe (IFA) wystosowało specjalny list do swoich członków, pouczając ich aby zaprzestali wszelkich odniesień do nierzetelnych danych, które narażają na szwank wizerunek branży. W opublikowanym dwanaście lat temu piśmie, prezes Matthew Shay ostrzegał, aby usuwać z materiałów promocyjnych i stron internetowych wszelkie odniesienia do wskaźników sukcesu, które mogą być w później powodem do roszczeń. Wykorzystywanie danych w przypadku braku aktualnych badań rynkowych, może wprowadzić w błąd potencjalnych franczyzobiorców. Swoje żądanie IFA musiała powtarzać jeszcze wielokrotnie, trudno jest bowiem zamknąć raz otworzoną puszkę Pandory.

 

Wiele branż franczyzowych nadal publikuje wskaźnik sukcesu, ignorując otrzymane wytyczne. Istnieją franczyzodawcy, którzy są nawet bardziej perfidni,

nie dość, że zamieszczają nieprawdziwe dane, to jeszcze – w ramach zastrzeżenia – podają linka do strony z wyżej wspomnianym listem prezesa IFA. Tak więc otrzymujemy sytuację, w której franczyzodawca ostrzega przed swoją własną działalnością reklamową. Możliwe, że jest on niedoinformowany, albo ogłasza jawnie swoją nieuczciwość.

Przyczyną, dla której inkryminowana statystyka przetrwała ponad ćwierć wieku, jest brak jakiejkolwiek wiarygodnej alternatywy. Najbardziej kompleksowe badanie zostało przeprowadzone w 1994 roku przez Timothy’ego Batesa, profesora Stanowego Uniwersytetu Wayne. Jego analiza ponad 20 500 małych przedsiębiorstw wykazała, że 65,3% franczyzowych przeżyło po czterech latach, w porównaniu do 72% firm niezależnych. Dla handlu detalicznego dysproporcja na niekorzyść franczyz była jeszcze bardziej rażąca, 61,3% do 73,1%.

Niekorzystne dla franczyz wyniki badań zostało od razu oprotestowane przez IFA oraz federalną Small Business Administration. Wskazywano na brak potrzeby obliczania wskaźnika sukcesu franczyz. Podważono zakres czasowy oraz definicję sukcesu. Zaczęła się dyskusja o braku możliwości porównywania franczyz i prywatnych inicjatyw, z powodu dużych różnic w sposobie organizacji oraz zarządzania oboma działalnościami. Niektórzy przedstawiciele IFA zwracali nawet uwagę, że nie da się porównać ze sobą dwóch sieci franczyzowych w różnych fazach rozwoju.

Mimo kontrowersji, FranNet, broker franczyzowy przeprowadził badania nad poziomem sukcesu w 2015 roku. Przeanalizowano 1500 przedsiębiorców, którzy dzięki FranNet stali się franczyzobiorcami w latach 2006-10. Okazało się, że 91,2% operowało po dwóch latach i 85% po pięciu. Prezes firmy brokerskiej zastrzegła, że wyniki dotyczą tylko własnych klientów i nie można ich ekstrapolować na inne sieci franczyzowe. Dodała też, w ramach samoreklamy, że badania pokazują jak dobrze FranNet potrafi dobierać inwestorom franczyzy. Zamiast rzetelnych analiz, rynek otrzymał kolejny chwyt reklamowy, w sumie równie oszukańczy jak badania Departamentu Handlu z lat 80-tych.

 

Należy być bardzo sceptycznym wobec wszelkich badań, które próbują oszacować rynek franczyz jako całość. Każdy przypadek jest wyjątkowy, a sukces jest związany z działalnością poszczególnych franczyzobiorców, a często nie wynika z siły modelu franczyzy.

Trudno liczyć, że da się porównać sposób prowadzenia lodziarni w miejscowości wczasowej z warsztatem samochodowym na przedmieściach metropolii.

 

Oczywiście istnieją różne franczyzy. Nawet te o doskonałej reputacji, nie gwarantują przetrwania na rynku, zysków czy – szerzej – sukcesu. Można sobie nawet wyobrazić następujące zastrzeżenie: każdego roku upada znaczna ilość oddziałów franczyzowych, zatem drodzy przedsiębiorcy (wraz z rodzinami), jeżeli podejrzewacie, że będziecie czuć załamanie z powodu porażki, lepiej nie inwestujcie w naszą sieć. Brzmi szczerze i prawdziwie, ale który dział marketingu byłoby stać na podobną prostolinijność?

 

Dlaczego warto czytać umowy

 

Franczyzobiorca, który chce pozwać franczyzodawcę za domniemane oszustwa, musi najpierw zapoznać się z warunkami zapisanymi w regulaminie od deski do deski przed kupnem franczyzy. Dobrym przykładem może być przypadek kalifornijskiej firmy Big O Tires, pozwanej przez inwestora, który zarzucał operatorowi sieci szereg nieprawidłowości.

 

Po niecałym roku działania franczyzobiorca musiał zakończyć działalność z powodu trudności finansowych. Aby odzyskać zainwestowane pieniądze pozwał sieć Big O Tires do sądu. Skarga zawierała aż sześć zarzutów: brak informacji o wymaganym doświadczeniu przy otwieraniu oddziału, zawyżanie danych o zarobkach w folderach reklamowych, ukrywanie informacji o możliwości poniesienia porażki i ilości upadłych punktów sieci, zawyżanie cen opon do odsprzedaży klientom (w porównaniu z konkurencyjnymi źródłami zaopatrzenia), wprowadzenie w błąd zapewnieniami o możliwości świadczenia dodatkowych usług oraz generalny brak wiedzy co do zarządzania siecią przez operatora.

 

Mimo, że sieć Big O Tires działała w Kalifornii na mocy podpisanej umowy sporną sprawę rozstrzygał sąd w Kolorado. Według przepisów stanowych osoba oskarżająca o oszustwo musi wykazać nieprawidłowości w działaniu pozwanego. Tymczasem – w toku rozprawy – okazało się, że inwestor otrzymał od franczyzodawcy prospekty franczyzy szczegółowo opisujący warunki oraz zastrzeżenia dotyczące prowadzenia działalności.

Innymi słowy franczobiorca dostał do ręki niezbędny regulamin i miał czas oraz możliwości zapoznania się z jego treścią. Ponadto sąd wytknął inwestorowi brak dobrej woli, gdyż miał on szansę dopytać operatora sieci – przed podpisaniem umowy – o ewentualne nieścisłości czy nieporozumienia, wynikające z treści dokumentu, a tego nie zrobił.

Finalnie sąd oddalił pozew ze względu na niedopatrzenia franczyzobiorcy w procesie przygotowawczym, poprzedzającym podpisanie umowy. W szczególności sędzia zwrócił uwagę inwestorowi uwagę na zapis regulaminu, który głosił, że Big O Tires w jakimkolwiek względzie nie gwarantuje sukcesu ani zyskowności franczyzy.

 

Na koniec chciałbym wrócić do McDonald’sa, gdyż jest to doskonały przykład franczyzy, która działa. Inwestor, decydując się otworzenie restauracji, musi na dobry początek wyłożyć 45 000 dolarów opłaty franczyzowej. W trakcie prowadzenia biznesu musi uwzględnić odprowadzanie co roku około 4% od wielkości sprzedaży z tytułu opłat koncesyjnych (tak zwane royalty) oraz zrzucać się na kampanię reklamową (5%) i czynsz (około 13,5%). Na dodatek kierując restauracją McDonald’s trzeba godzić na wszystko, co każe centrala. Nawet ograniczenie jadłospisu ze 100 do 20 pozycji czy – najgorszą zmorę każdego franczyzobiorcy – jednodolarowe menu.

 

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że korzyści – takie jak doświadczenie w lokalizowaniu oddziałów, powszechnie rozpoznawalna marka czy chwytliwe reklamy o ogólnoświatowym zasięgu – znacznie przeważają nad obciążeniami. McDonald’s zapewnia sprawdzone, za pomocą prób i błędów, know-how , które w znakomity sposób ogranicza ilość znaków zapytania, mogących powstać w głowie franczyzobiorcy.

 

Skoro można skorzystać ze zweryfikowanego modelu, dziwne jest powstawanie licznych franczyz, które nie mają sprawdzonej koncepcji, żadnych danych historycznych czy ogólnokrajowej reklamy, a mimo to inkasują od nowych inwestorów opłaty początkowe, koncesje i czynsze wyższe niż stary, dobry klown Ronald.

Oto trzy przykłady franczyzowych nowalijek z ostatnich lat.

iSold It z 2007 roku był uznany przez magazyn Entrepreneur za najgorętszy towar na franczyzowym rynku. Z wpisowym w wysokości 22 000 dolarów, koncesją 10% i 3% zrzutką na reklamy operator sieci sprzedawał eksperymentalną koncepcję sklepu do handlowania na eBay’u – platformie aukcyjnej. Już po rozkręceniu 200 franczyz – koszt początkowy inwestycji wynosił około 150 000 dolarów – było wiadomo, że skończy się porażką, ale ostateczna ilość przegranych franczyzobiorców sięgnęła czterech setek. Franczyzodawca zmył się jak niepyszny, ale nieznajomość rynku pozostała.

 

Cereality była pomysłem na bary serwujące płatki śniadaniowe ze wszystkich możliwych zbóż. Zarówno CNBC czy USA Today rozpływały się nad genialnością pomysłu, który wydawał się tak nieprawdopodobnie prosty, że aż niemożliwy do zepsucia. A jednak okazało się, że wydanie ponad 200 000 tysięcy na inny pomysł na kawiarnię nie gwarantuje sukcesu. Niektóre punkty nie przetrwały nawet pół roku. Obecnie pozostało kilka punktów oraz operator sieci Kahala, który nadal łowi naiwnych.

I wreszcie wisienka na torcie – Make & Take Gourmet – w pełni wyposażona, profesjonalna kuchnia, do której można było wpaść po robocie – w drodze do domu – i, za drobną opłatą, upichcić obiad lub kolację, a potem zamrozić i zabrać dla całej rodziny. Oferta była skierowana do zapracowanych kobiet z korporacji, nie mające czasu na gotowanie we własnym domu. Ciekawe, że nikt nie przewidział, że skoro nie mają go we własnej kuchni, to czemu miałyby go marnotrawić w cudzej i w dodatku za pieniądze. Kuchnie zniknęły, ale każda z nich kosztowała grubo ponad 300 000 dolarów.

 

Szczególny rodzaj analiz zleca US Small Business Administration, które prześwietla franczyzodawców pod względem najwyższego wskaźnika niepowodzenia przy otwieraniu nowych oddziałów sieci, finansowanych z pieniędzy federalnych. Ponieważ to właśnie SBA udziela pożyczek, których spłatę kredytobiorcy gwarantują własnymi domami lub innymi składnikami majątków, jest żywotnie zainteresowane, aby potencjalni inwestorzy nie bankrutowali.
Okazuje się, że w przypadku wielu sieci franczyzowych, badanych przez SBA, możliwość zakończenia biznesu porażką sięga nawet 70%. Dotyczy to głównie fast foodów.
Podobne zestawienia są niezwykle istotne dla potencjalnych inwestorów. Franczyzobiorcy  mogą wybierać z tysięcy możliwości dostępnych na rynku. Ostrzeżenie przed sieciami, które mają historycznie większą szansę na porażkę wydaje się jak najbardziej zasadne.

 

Oczywiście nie każdy nowy pomysł na franczyzę jest nietrafiony. Dobrym przykładem jest Five Guys Burgers and Fries, opierający się na sprawdzonym schemacie: Amerykanie uwielbiają hamburgery z frytkami i colą. Wydaje się, że pomysł na podobną restaurację jest ograny, a jednak dobre rozeznanie rynku, lata doświadczenia i sprawny łańcuch dostaw – mogą zdziałać cuda. Szczególnie w porównaniu z niesprawdzonymi pomysłami na franczyzy, które zakładały, że ktoś będzie płacił za jedzenie dla smakoszy, w cenach dla smakoszy, ale serwowane z foodtracka, obozy letnie dla czworonogów, sprzedaż swoich gratów na aukcji, przywilej gotowania i mrożenia swojego jedzenia w cudzej kuchni czy wywalał 6 dolarów na miskę płatków z mlekiem.

 

Nie ma nic złego w eksperymentalnych, nigdzie nie sprawdzonych, pomysłach na biznes. Jednak lepiej byłoby gdyby pomysłodawcy wszystkich nowych, wyżej wymienionych franczyz, zaczęli od swojego własnego biznesu. Przetestowali go latami, sprawdzili różne możliwości, nauczyli się ograniczać ryzyka i wypracowali know-how. Dopiero wówczas gdy stali by się starzy, nudni i przewidywalni – rozszerzali by działalność o sieć franczyzobiorców”.

 

Warto sięgać do bloga Rafała Kinowskiego. Sporo materiałów o rynku, gospodarce i nowych technologiach. Nie wykluczone, że niebawem jeden z czołowych programów dedykowanych ekonomii potraktuje ” o franczyzie”. Zapowiem go tutaj. Czyli, gdzie i kiedy.

 

Pożegnanie w stylu vintage-poradnik najemcy

Domeną systemu retail jest m.in. to, że kiedy coś się otwiera czy zamierza-jest wow. Im bardziej znana marka tym większe to WOW. I ciągle rośnie. Pytanie co rośnie. Moim zdaniem to.

 kaka

Czyli kaktus. Kiedy spada, opada i dogorywa-zapada kurtyna milczenia. Tutaj statystyki milczą. Nie dojrzysz kto i ile. I się nie dowiesz ile w Polsce padło marek i sklepów pod logiem retailu. I myślisz. Marka, logo, tradycja. Media. Piszą. Wrzucają dane z zagranicy. Nie rzadko pełne uzasadnionego optymizmu. Mało tego. Faktycznie fajnie jest kiedy można kupić to czy tamto. Jednak czasy kiedy nic nie było to są lata świetlne. Marki-znane i lubiane- miały wzięcie. I wciąż mają. Jednak mniejsze. Lub żadne. Ktoś powiedzmy w mieście iks sobie myśli, wow. To będzie to. A tu kicha. Nie będzie.

Nie każdy miał okazję przytulić działkę lub/i kamieniczkę i wysiudać ludzi na ulicę. To jest biznes. Dziś szeroko opisywany, dyskutowany i analizowany na wszelkie sposoby. 20 tysięcy ludzi przez lata opuściło pod presją czynszów lokale po które sięgał establishment. Który niewątpliwie mógł sobie pozwolić na luksusowe marki. Jacyś lokatorzy, jakiś babcie, jakieś ruchy społeczne? Co to q..wa jest? Babcię podpalimy i się wyciszą.

Elita sądowo-prawniczo-samorządowa wypracowała swoje know how. Które komuś w mieście iks się wydaje-że zadziała.  Nie zadziała. Bo zmienia się trend. Przyzwyczajenia zakupowe. Portfel. Żeby nie być gołosłownym i trzymać się  zasady „nie wykład, ale przykład” zajrzyjmy w takim razie znów do stolicy. W końcu gdzie jak gdzie, ale to stolica. Firmy, biznes, korporacje, ministerstwa, urzędy. Papierek lakmusowy.

Ta marka.

cc1

 

 

Nawet się nie pożegnała. Wczoraj jeszcze wisiał szyld. Litery zdemontowano.  Spójrzmy zatem co tam było. Jazzowe klimaty. Na otwarciu było fajnie.

https://vimeo.com/42533637

„Sklep w Warszawie nawiązuje do światowej sieci punktów tej marki zlokalizowanych w najbardziej znanych miejscach związanych ze sportami deskowymi – górskim Chamonix, atlantyckim Ericeira czy miejskim Bercy. Wystrój BOARDRIDES to oryginalne i unikalne umeblowanie, łączące funkcjonalność sklepu z jego wyjątkowym klimatem, a dodatki w stylu vintage pozwalają zapomnieć, iż znajdujemy się w galerii handlowej. 

Do BOARDRIDERS można wpaść nie tylko na zakupy – do dyspozycji gości jest zbudowany w środku bar a także kącik chill out z dostępnym wi-fi, gdzie wygodnie można sprawdzić maile i odetchnąć. Niespotykaną atrakcją i elementem wystroju jest „taśmociąg” z wyeksponowaną kolekcją decków deskorolkowych przesuwających się nad głowami odwiedzających”. 

http://www.freestyle.pl/miejsca/cid,2542/Sklep-Boardriders-Sadyba.html

Unikalne umeblowanie nie pomogło. Załoga starała się przyciągnąć klienta.

„Twój Styl bardzo fajna gazeta, my lubimy, trzeba czytać. Także daliśmy zniżki, są w gazecie – 20% na zakupy. Bo popularyzujemy:) #wow #styl#smartshopping #całapolskaczyta

pupa

 

 Próbowano przyciągać ludzi kawą.

pupa2

I w końcu zgaszono światła. Warto przejrzeć asortyment na fan peagu.

Czyli ilu padło najemców w gh? Tylko w samej warmińskiej 23 lokale w niespełna dwa lata poszły pod młotek. Ile długów, jakie kary? Ile zajęć komorniczych? Trzeba by zapytać właściciela CCC. Ilu ludzi bez adresu, ilu zadłużonych jeszcze tam tkwi? Omerta. Tylko jeden budynek. W niespełna dwa lata po otwarciu. 11,5 firm rocznie razy pięćset gh w Polsce. Razy lata. Takie know how.  

Modo nie liczymy. 350 lokali do zamknięcia. W jednym miejscu. W rok. Dla równowagi można przyjąć, że pod Łodzią hula.

 http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,20589402,ptak-fashion-city-pod-lodzia-ubiera-sie-cala-polska-nawet.html

wniosek: przed podpisaniem umowy w gh czytaj i pytaj.

 

Na dożynkach zbierają podpisy-poradnik najemcy

Eko-jedzenie, auta, gospodarstwa, maliny, produkty. „Wystarczy” podpatrzeć i hajda na Soplicę. Ta ostatnia w płynie wydaje się jednak mieć więcej walorów niż eko-jedzenie. Nie wystarczy mieć nazwiska, kontaktów i środków.  I biznes się rozkręci, bo jest eko. Zauważalne są nowe marki, które skutecznie adoptują się w retailovych ścianach na retailovych umowach bez konserwantów. Powiedzmy sobie wprost-eko jest fajne i pachnie sukcesem.

Czyżby?

„Były duże pieniądze, doradcy i know-how. Nic nie pomogło. Po pierwszym samodzielnym biznesie Victorii Wejchert zostały tylko puste lokale i kupa śmiechu”.

friends

A o co chodzi?

O pierwszy samodzielny biznes najmłodszej polskiej milionerki Victorii. Miało być pięknie a wyszło jak wyszło. Autorzy polskinabogato przytaczają tę smutną historię.

„Lokal przy Marszałkowskiej – zamknięte. Ten na parterze nowoczesnego biurowca na Pięknej też. To samo na Alejach Jerozolimskich i w siedmiu innych miejscach, gdzie jeszcze niedawno Victoria Wejchert prowadziła swoją sieć lokali ze zdrową żywnością spod szyldu Friends.

 
Na polski rynek marka weszła pod koniec listopada 2013 r. – Pomysł na lokal typu Friends zrodził się w trakcie mojego pobytu i pracy w Londynie, gdzie działa wiele miejsc, które umożliwiają jedzenie świeżych i zdrowych posiłków podanych w krótkim czasie – mówiła Victoria Wejchert zaraz po otwarciu pierwszego lokalu przy Rondzie ONZ w Warszawie. Plany były ambitne. Do końca zeszłego roku najmłodsza polska milionerka chciała mieć już pod ręką 20 punktów Friends w samej stolicy. Pieniądze na lokale wyłożył fundusz Capital36, który zarządza aktywami o wartości 300-350 mln zł”.

Po szumnej marce pozostały opuszczone lokale. W Warszawie. Mieście fanu, sukcesu, milionerów i menegerki. To stąd ruszają na podbój znane światowe marki. Zastanawiające jest dlaczego Victoria nie poszła w warszawskie galerie handlowe. Przecież to miejsca skazane na sukces. Po:

  1. codziennie dziesiątki tysięcy pików, ba! dziesiątki milionów rocznie,
  2. światowe uznane marki,
  3. doskonale zarządzane pod względem logicznym, ekonomicznym, logistycznym i mentorskim,
  4. to tutaj robi się gigantyczne zakupy,
  5. budują atmosferę przyjaźni, miłości i wzajemnych pasji,

I pomimo to, Victoria postanowiła zrezygnować z tego know how. I pomimo to eko-jedzenie używając retailovej nomenklatury-nie wypaliło. Z zabezpieczeniem- z torbami nie poszła.

https://polskanabogato.pl/2016/07/14/pierwsza-biznesowa-wtopa-najmlodszej-polskiej-milionerki/

A w Tarnowie tymczasem naganiacze zbierają podpisy jakoby ludzie chcieli czegoś więcej. Czegoś the best of Rałał end friends.

Otrzymuję sygnały, że w teren ruszyli naganiacze. Po Tarnowie, po okolicznych miejscowościach i wsiach. Ruszyli na festyny i dożynki.

zdj4traktor

Zbierać podpisy „za rozbudową galerii handlowej”. Żenujący dramat zdesperowanych januszy biznesu. Dramatyczny apel do ludzi.

Rozhamletyzowany zarząd niemal rozdziera szaty. Na retailovej stronie czytamy:

„Radni Miasta reprezentujący mieszkańców Tarnowa, odrzucili możliwość rozbudowy w najbliższych latach centrum handlowego. 

Czy jest to jednak głos większości mieszkańców? 

Wypowiedz się w tej sprawie, zdecyduj o rozbudowie i wskaż propozycje nowych sklepów. Chcemy zebrać kilkadziesiąt tysięcy głosów pokazujących władzom miasta faktyczną wolę tarnowian i mieszkańców regionu, którzy chcą więcej marek, jeszcze lepszej rozrywki i jeszcze wygodniejszych zakupów.. „

http://www.tarnow.geminipark.pl/rozbudowa-wzor

Łapanka na zwykłych ludzi zwykle kończy się retailovym sukcesem (vide Jaworzno i przedszkolanka (z całym szacunkiem, nie uwłaczając) , która zbierała podpisy w tym mieście za budową gh, która teraz wymiata miasto, a najemcy w zalewanym budynku dopłacają do „interesu”). Ale jest kino.

Reasumując biznes się nie spina. Nosorożec biznesu się nie poddaje. Przestrzegam ludzi z Tarnowa i okolic. Gh w Tarnowie to biznesowa porażka. Miasto jest pod presją. Filantropii, miłości i przyjaźni w aurze i aureoli wolontariatu zarządu.

W gratisie -na dożynkach-chcą dorżnąć handlowo  to miasto.

P.S. Sprostowanie od czytelnika. Jeden z zamkniętych lokali nie zarabiał  w łączniku pomiędzy PKR,  a złotymi tarasami. (Polskie Koleje Retailove przyp. red.)

 

 

Rozliczenia tylko w gotówce

Są chętni do współuczestnictwa w tworzeniu bloga-nie tylko pod względem zawieranych umów „najmu” i sposobu windykacji czy pozyskiwania najemców-nie ma powodu zamykać się na tematy „około”. W tym sensie, że gh jadą na kredytach, mali inwestorzy-jadą na kredytach. Nie wszyscy, nie każdy i nie wszędzie.

Łatwiej brać-niż oddać. Stąd ciśnienie na spłaty spłat. I cesje umów na bank. To jest światełko w tunelu walki z systemem retail. I rzeszą powierników. Kilka dni temu został opublikowany wpis dotyczący kredytów. Autor. Czytelnik chce pisać. Zatem-niech pisze.

 

Przypomnijmy, że żyje na luzie. Dużo pracuje. Biegle angielski i japoński. Rozliczenia przyjmuje tylko w gotówce. Czasami za usługę ktoś płaci jego rachunek za telefon przelewem. Ma warunki do zaciągnięcia kredytu. Dużego.

 

„Ludzie, tacy jak ja – przeciwnicy usług bankowych, są niejednokrotnie traktowani jak osoby chore psychicznie – lub jak kto woli – sprawne inaczej. Nie należy się tym przejmować, ponieważ np.: Peter Higgs, odkrywca bozonu Higgsa (tak naprawdę do odkrycia przyczynił się cały zespół, ale nazwisko tego Szkota jest łatwe do zapamiętania), także był wyzywany od szaleńców, a teraz wiemy, że miał rację i dzięki temu wiemy, skąd się bierze masa materii we wszechświecie. No, ale ja nie o tym. Jakie to argumenty padają ze strony zwolenników usług bankowych.

 

Na przykład takie:

 

Pseudoargument  nr 1: „Jak ty gościu płacisz rachunki?” – pada pytanie. „Na poczcie” – odpowiadam. Dlaczego powinniśmy płacić na poczcie?

 

Dlatego, bo:

 

– utrzymujemy polską firmę (nieważne czy państwowe, czy prywatne – polskie),

 

– pieniądze są na rachunku odbiorcy tego samego dnia (możecie Państwo sprawdzić, jeśli mi nie wierzycie),

 

– nikt nie sprawdza mi PESEL, numerów dowodów osobistych, zdjęć, nie muszę się legitymować.

 

Oczywiście  zaraz pada stwierdzenie, że to 3,50zł kosztuje, więc podsumujmy potencjalny maksymalny zestaw rachunków do zapłaty, który mi przychodzi do głowy: prąd, woda, ogrzewanie, telefon, telewizja, czynsz, przedszkole (nieważne czy prywatne czy państwowe) = 3,50zł * 7 = 24,5zł miesięcznie, no ale powiedzmy, że jeszcze ze 2 rachunki mogą dojść i jest 31,50zł. Tutaj można łatwo policzyć, że to daje 378zł rocznie.

 

Oczywiście w tym momencie każdy apologeta systemu bankowego już mi się śmieje w oczy, żem frajer i jak to ująłem o sobie poprzednio – idiota. To są moje wszystkie koszty. Klient w banku robi tak:

– z reguły utrzymuje NIE polską firmę, ale oddział zagranicznego banku,

 

– pieniądze nie muszą być na rachunku odbiorcy tego samego dnia (a czas to pieniądz),

 

– jego/jej PESEL i numer dowodu osobistego, zdjęcia bank ma na podorędziu,

 

– oszczędzają 378zł rocznie

 

Czy na pewno ?

 

Niech mają to darmowe konto i darmową kartę (bo zakupy tylko kartą, więc tej opłaty może nie być wcale). No ale JA nie mam kosztów kredytów. Większość moich rozmówców miała kredyty, w tym hipoteczne. Wszędzie czytam, że taki kredyt kosztuje nas od 1,5 do 3 razy pożyczonej kwoty. Weźmy – 1,5 raza (już nawet nie mówię tu o dodatkowych kosztach spreadu w kredytach walutowych). Dajmy na to, ktoś pożyczy 300 tys. zł, musi oddać np: 450 tys. zł (nie mówię o ludziach z kredytami walutowymi, którzy mają więcej do oddania), na 20 lat (być może spłaci wcześniej).

 

Mamy 150 tys. zł dodatkowo do oddania w ciągu 240 miesięcy, co daje 625zł miesięcznie. Ja wydaję 378zł rocznie na pocztę dając pracę polskim pracownikom w polskiej firmie. Oni wydają 7500zł rocznie często w bankach niepolskich. Nie wiem, jakim cudem ja przepłacam, płacąc rachunki na poczcie? No ale idźmy dalej – stoję w kolejce – akurat nie stoję, bo znam placówki, gdzie nie ma kolejek. Ponadto, i tak bym poszedł na pocztę z listami. No ale załóżmy, że stoję godzinę tylko z tymi rachunkami. Minimalna płaca za godzinę to 12zł, ale podwójmy stawkę do 24zł. Załóżmy, że stoję 2 razy w miesiącu, bo jakiś rachunek doszedł. Koszty stania to 288zł rocznie. Muszę na pocztę dojechać, czas, paliwo, dodajmy kolejne 288zł. Razem (oczywiście bardzo ogólnikowo) daje to nam 666zł rocznie.

 

Ci co mają kredyt hipoteczny bulą ponad 10 razy więcej, ponosząc koszty samego, trochę moim zdaniem optymistycznego, kredytu hipotecznego. Dodajmy (przy korzystaniu z konta bankowego) koszty programów antyspamowych, firewallach, antywirusowych na komputer. Nie wyobrażam sobie logowania do banku komputerem niebezpiecznym. Dlatego argument, że na poczcie jest drogo w porównaniu do kogoś, kto korzysta z usług bankowych jest niedorzeczny (bądźmy realistami – ludzie mają kredyty, kogokolwiek nie spytam to – kredyt, kredyt, kredyt). Poza tym, nikt mi nie zcrackuje komputera i moje pieniądze są bezpieczne.

 

Pseudoargument nr 2 : Dotyczy kredytów hipotecznych – „Odkładać 100zł dziennie? Na jakim ty świecie żyjesz – gościu? Kogo na to stać?” Narzekać zawsze można, ale jeśli chce się gdzieś mieszkać, to nie kosztuje to 5 zł, a co najmniej 50 000 razy więcej. Czytałem na portalu money.pl, że średnia rata kredytu hipotecznego w Polsce to 1439zł, co daje 47zł dziennie do spłaty. Tak czy inaczej, 50zł dziennie trzeba mieć. Oczywiście raty są wyższe, jeśli chcemy mieszkać wygodniej, a mniejsze, kiedy i wygoda mieszkania mniejsza. Ja z reguły słyszę od zadłużonych z kredytami hipotecznymi o ratach wyższych, ale nie będę się znęcał. Jest jak jest – taka jest RZECZYWISTOŚĆ. Nie można mieć mniej niż 50zł dziennie, aby mieć gdzie mieszkać. Jest to nierealne, czy komuś się to podoba czy nie. 100zł dziennie, to 3000zł miesięcznie. Dwoje ludzi w małżeństwie razem jest w stanie tyle odłożyć, jeśli będą pracować i nie wydawać na niepotrzebne rzeczy.

 

Pseudoargument nr 3: „Co ty gościu mówisz. Pracodawca żąda podania konta. Jak ty pensje bierzesz?” Po pierwsze pracodawca nie ma prawa żądać od nas założenia konta bankowego i uzależniać od tego wypłatę wynagrodzenia. Po drugie, problem można rozwiązać, pracując u siebie. Nie mamy wtedy pracodawcy.

 

Pseudoargument nr 4: „No ale Urząd Skarbowy też zwraca nadpłatę podatku na konto bankowe, co ty gościu mówisz, że konta nie masz?” Nieprawda, może też zwrócić przekazem pocztowym.

 

Pseudoargument nr 5: „Gościu, co ty mówisz? Spytaj się ekonomistów – kredyty pobudzają i zwiększają gospodarkę.” Nieprawda, wystarczy popatrzeć na Grecję albo zaraz na Ukrainę, która jedzie praktycznie na kredytach. Leszek Miller (nieważne, czy się z nim zgadzamy politycznie) powiedział kiedyś, że „[…] nie po tym jak zaczyna, a po tym jak kończy”. Tak właśnie jest z kredytami. Kredyty nie generują wzrostu gospodarczego, dlatego bo:

A. Nieważna jest początkowa sprzedaż na skutek kredytowania zakupów, ale czy ludzie i firmy są finalnie w stanie finansowo udźwignąć te kredyty. Stąd np.: kryzysy. Wyobraźmy sobie taki wzór:

 

W – K = Z , gdzie W = wzrost gospodarczy na skutek konsumpcji za kredyty K = obniżenie wzrostu na skutek kryzysu Z = wynik finalny

 

Wcale nie jest powiedziane, że po kryzysie (a zawsze przychodzi, bo w końcu jest szał kredytowy) W – wynik finalny będzie powyżej zera. Nie może on być wyższy od zera, bo niespłacalne długi na całym świecie rosną (już nie wspomnę o Polsce i chyba najbogatszym mieście – Warszawie – dlaczego coraz częściej widuję ludzi grzebiących po śmietnikach na skrzyżowaniach w biały dzień). Skoro jest bogactwo, dlaczego ludzie i państwa nie są w stanie spłacić długów, które tak świetnie podobno rozpędzają gospodarkę? Bo gospodarka nie jest rozpędzana, tylko sprzedaż … kredytów.

B. Jeśli cały dzień np.: pracuję w ogrodzie, łażę po górach, zaiwaniam na swojej budowie, gram w gry, to nic nie zarabiam. Co innego gdybym był zatrudniony jako np.: ogrodnik, taternik, budowlaniec, tester gier. Zarabiam, bo ktoś mi płaci. Tak samo jest z gospodarkami. Państwa zarabiają dzięki eksportowi, a nie dzięki braniu kredytów. Chiny są bogate, bo dużo eksportują, a Korea Północna biedna, bo to kraj z ideologią Dżucze (czyli zamknięcie na innych) i nic nie eksportuje. Podobnie kraje które eksportują ropę. Wydaje mi się, że są bogate, bo eksportują ropę, a nie dlatego, że tam wszystko i wszyscy na kredytach jadą od rana do wieczora.

C. My konsumenci, nie biorąc kredytów (jak ja), wcale nie przyczyniamy się do spowolnienia wzrostu gospodarczego. Wręcz przeciwnie, posiadając np.: kredyt hipoteczny wszystkie odsetki i koszty ładujemy do banku (z reguły firmy zagranicznej, czyli wywóz pieniędzy z kraju), a moglibyśmy je przeznaczyć na zakupy bez kredytów (oraz oszczędności). Te zakupy mogłyby wspomóc firmy w ich rozbudowie. Firmy miałyby mniej kredytów, mniej ładowałyby w odsetki i koszty i tak dalej.

 

Dowód:

 

Mamy np.: 10 towarów po 100zł  cena za wszystko 1000zł. Za gotówkę. Ale bierzemy to na kredyt. Powiedzmy, że całość kosztuje nas 20% (to i tak optymistycznie). Całkowita cena do zapłaty to 1200zł. Zamiast kupić jeszcze dwa towary – nie kupujemy ich. Ich producenci nie mają z nich potencjalnego zysku, nie mogą zatrudnić więcej osób do ich produkcji, państwo nie ma od sprzedaży podatku. VAT to podatek od towarów i usług. Z tego co wiem, od kredytu bankowego nie ma podatku VAT [kraj nie ma od tego nic]. A to jest usługa pożyczki [zauważcie Państwo, że gdybyście to wy coś pożyczali, musicie o tym zaznaczyć w zeznaniu PIT].

D. Jeśli przedsiębiorca bierze kredyt na rozwój firmy, to musi koszt tego kredytu wliczyć w cenę towaru. On musi zarabiać na swojej działalności. Tak więc, zamiast zapłacić 90zł za towar [jak w punkcie nr 3], płacimy 100zł. Do tego – nasz kredyt. Dopłacamy [razem z punktem nr 3] 30zł. Oczywiście, są to liczby czysto teoretyczne, ważne, że mechanizm jest taki sam, jakie nie byłyby to kwoty. Ostatecznie, nasze zarobki są o ileś procent realnie mniejsze – mniej można kupić.

E. Ludzie, pakując się w długi po uszy [a podobno to dotyka już 5 milionów osób w Polsce], często są zmuszeni korzystać z pomocy społecznej, która idzie z kieszeni innych ludzi [podatników]. Państwo musi mieć dla ludzi zniszczonych życiem pieniądze. Zarabiamy – powiedzmy – 3000zł. Kupujemy te nasze 10 towarów – zamiast po 90zł za sztukę, to po 120zł za sztukę. Czyli już na wejściu mamy o 300zł mniej [na odsetki i koszty moich i firmowych kredytów] – realnie zarabiamy 2700zł. Do tego państwo musi nam zabrać część na ludzi wpakowanych w długi, aby im pomóc. Nieważne ile to jest – 1zł, 10zł, 1000zł. To zawsze mniej. Mniej pieniędzy na wykształcenie, mieszkanie [to apropos odkładania 100zł dziennie], po prostu życie. A ponieważ może nam nie starczyć, to idziemy po chwilówki. I mamy jeszcze mniej. To jest spirala i musi doprowadzić finalnie do tego co w punkcie nr 1 – kryzysu, bo w końcu nikt niczego nie ma.

F. Biorąc kredyty musimy pracować dłużej, aby spłacić odsetki i ich koszty. Jeśli zarabiamy te 3000zł [a z punktu 3 i 4 wychodzi, że np.: 2600…2700zł], to jeszcze dowalmy odsetki od kredytu hipotecznego z Pseudoargumentu nr 1. Zamiast 3000zł, zarabiamy realnie 2000zł. A potem nie ma jak oszczędzać [to znowu a propos tych 100zł dziennie]. Mało tego, zamiast spędzać czas z rodziną i budować relacje z żoną / mężem oraz dziećmi, to jesteśmy w pracy i stajemy się powoli ludźmi obcymi sobie, warczącymi na siebie. Jak mamy budować wspólnie silne państwo, skoro jesteśmy notorycznie przepracowani i zniechęceni do siebie? Jak mamy być wydajni w pracy i produkować więcej, skoro ledwo powłuczymy nogami? Kredyty wykańczają nas jak najbardziej finansowo, ale przede wszystkim robią z nas powoli ludzi znerwicowanych i tracących grunt pod nogami. 6000 samobójstw w Polsce rocznie to raczej nie z miłości. Ci ludzie mają swoje dzieci, partnerów. Oni także to odczuwają. Są mniej wydajni w pracy – to rośnie gospodarka czy spada?

 

Moim zdaniem, to co nam mówią to propaganda, bez pokrycia w faktach. A propos propagandy i Korei. Czy wiecie Państwo, że ideologia Dżucze, która w Korei Południowej jest zakazana, została wymyślona w Korei i kraj (kiedyś zjednoczony) opierał się na niej do mniej więcej 1905 roku?

 

Czy wiecie Państwo, że jeszcze w 1958 roku Korea Północna (tak, tak) miała najwyższy wzrost gospodarczy na świecie (pewnie dlatego, że kapitał zagraniczny walił wtedy drzwiami i oknami, otwierały się nowie oddziały banków a wszędzie powstawały Lidle, Leroy Merlin, Makro i inne)? Na południu ludzie klepali biedę. Kończąc, to wojskowy dyktator, który przejął władzę siłą – Generał Park wyciągnął Koreę Południową z nędzy, obecnie bohater narodowy tego kraju – zastrzelony przez swojego najbliższego współpracownika. Obecnie Korea Południowa eksportuje (Samsung, LG, Hyundai – kiedyś największa firma w kraju, założona przez Pana z Korei … Północnej) i ma te parę groszy na swoje wydatki.

 

Ja nie rozumiem, jaki jest związek pomiędzy wzrostem zakredytowania, a wzrostem gospodarczym, ale tak bywa z takimi jak ja – chorymi psychicznie, którzy opowiadają herezje i bzdety na temat usług bankowych. Wszystkie te pseudoargumenty są po to, aby pokazać, jakimi niedorozwiniętymi umysłowo ludźmi jesteśmy. Moim zdaniem, nagonka na osoby – przeciwników systemów bankowych będzie się powiększać.

 

Wcale bym się nie zdziwił, jeśli kiedyś WHO ogłosi to jako zaburzenie umysłowe. No, ale 100 lat temu ludzie myśleli, że cały wszechświat to nasza galaktyka a kobiety noszące spodnie były wyśmiewane na ulicy. Potem przyszła irlandzka doktorantka Pani Bell i odkryła pulsary. Wielu astronomów palono na stosach – jako czarowników. Dlatego nie bójmy się śmiechów, ataków, ja miałem kiedyś konto – i z całego serca – żałuję. Niczego mi to nie dało.

 

Kiedy miałem konto w banku, jedna sprawa mną wstrząsnęła. Są to „lokaty”. Specjalnie przejrzałem teraz oferty lokat i odkryłem, że oprocentowanie trochę liche. Tak oscyluje wokół 1% (dla nowych klientów nawet i 3,5%), ale bądźmy starym klientem.

 

Powiedzmy, że lokuję tę moją ratę z kredytu hipotecznego, czyli ok 1500zł na 1%. Po roku mam 15zł (bez podatku Pana Belki). Według GUS ceny spadają i podobno w Kwietniu tego roku to było 1,1%. Razem mamy 2,1% zysku (lokata+deflacja). No ale te same pieniądze można pożyczyć znajomym, rodzinie, teraz dużo jest ludzi w potrzebie, wszędzie starsze Panie grzebią po śmietnikach – w biały dzień. Ludzie już się nie wstydzą. Na pewno ktoś się znajdzie.

 

Pomagajmy sobie. Nawet jeśli oddadzą nam umówioną kwotę (tylko) i dorzucą np.: „Rafaello” to już zarobiliśmy w porównaniu do lokaty. Niech nam to 1500zł oddadzą za pół roku, „Rafaello” – 13zł , zysk o 11zł (26zł rocznie) większy niż w banku. Dochodzi do tego wdzięczność. Ja nikogo nie namawiam do pożyczania innym, ale prawdopodobieństwo, w obliczu tego co się dzieje, że ktoś może do nas zapukać jest duże. Możecie mi Państwo nie wierzyć, nie dbam o to, ja miałem i sąsiadów i rodzinę. I właśnie spałaszowaliśmy z żoną „Rafaello” i nie tylko. Nie, nie mam firmy pożyczkowej, ale można założyć firmę pożyczkową samemu, nie trzeba doić z ludzi, na uczciwy procent, tak aby każdy był zadowolony. Wiem, że to brzmi bardzo idealistycznie i nierealistycznie.

 

Za komuny też ludzie chcieli się pozbyć komuny (wtedy jakaś abstrakcja), i założę się, że w 1981 roku większość ludzi popukałaby się w głowę, gdyby im było powiedzieć, że za 10 lat (za 8 tak naprawdę) komuna upadnie. Nieważne, co jest teraz, ważne co w przyszłości. Nieważne, że teraz nie możemy odkładać 100zł dziennie, ważne, że poszukam, poszperam, pomyślę i w przyszłości uda mi się.

 

Oprócz, braku konta w banku, chciałbym Państwa bardzo namawiać do rozdzielności majątkowej – bezwarunkowo od pierwszego dnia małżeństwa. Ja mam taką z moją żoną, dodatkowo, mamy całkowicie oddzielne budżety (nie ujawnię tutaj jak było z naszym „lokum” – to już za prywatne).

Dlatego bo:

 

  1. Nie ma żadnych konfliktów o to kto, co, ile wydaje i na co – moje pieniądze – moje zachcianki

 

  1. W przypadku problemów z komornikiem, ZUS-em, US-em czy innym ustrojstwem, nasz współmałżónek/współmałżonka nam jest w stanie finansowo pomóc (zakładamy poprawne relacje w małżeństwie – to jest bardzo ważne i wielu ludzi nie rozumie, że w domu musi być przyjaźnie)

 

  1. Nikt nie ma pretensji, że ten czy tamten więcej „łoży” na dom – dzielimy się po 50%, chyba że ktoś woli inaczej (oczywiście może być dysproporcja dochodów, ale zawsze w zdrowym związku można się dogadać)

 

  1. Prezenty dla żonusi lub mężusia – pełna konspiracja – nie ma mowy, aby się dowiedzieli

 

  1. W przypadku bankructwa, nie zabiorą nam własności współmałżonka (warunek w Polskim ustawodawstwie – wierzyciel musi być poinformowany o rozdzielności majątkowej z wyprzedzeniem), czyli jeśli ktoś nas … ten tego, możemy się uratować od rabowania nas w biały dzień

 

Podsumowując, uważam, że bankowcy celowo dają nam konta i pseudoułatwiają nam życie, aby nas pozbawić naszej własności. Może się mylę, ale ostatnio jest moda, aby wszystko mieć pożyczone:

 

  1. Mieszkania / domy na kredyt – kto jest właścicielem – nie my

 

  1. Samochód na kredyt / leasing – kto jest właścicielem – nie my

 

  1. Do samochodu obowiązkowe ubezpieczenie – a może ja nie chcę (osobiście i tak bym wykupywał, bo ryzyko finansowe mojej szkody jest zbyt duże, ale chodzi o prostą zasadę: moja rzecz – mój wybór)

 

  1. Nasze informacje i zdjęcia np.: na facebooku – kto jest właścicielem – nie my

 

  1. W pracy „dają nam (pożyczają)” telefon, laptopa, samochód – to nie nasze

 

  1. Wynajem pomieszczeń, biur, mieszkań – nie siedzimy u siebie

 

  1. Każą nam jeździć rowerami Veturilo po mieście – pożyczonymi, bo nie naszymi; albo komunikacją miejską (a dlaczego nie SWOIM samochodem?)

 

  1. Państwo mi się wtrąca do wychowania i edukacji MOJEGO dziecka – czy ono jest moje, skoro nie mogę „wypisać” go z powszechnej szkoły (nieważne, czy chcę, czy nie, ważne, że nie mogę o tym decydować); mój syn dostaje podręczniki w szkole (z jednej strony wspiera to biedniejsze dzieci i to jest całkowicie w porządku, z drugiej to nie są jego książki i cały czas w stresie, aby nie pobrudzić i nie zniszczyć)

 

  1. Ktoś ma konto w banku, a tu FATCA – rząd Amerykański chce od nas coś wiedzieć; mamy im się spowiadać – to nasze polskie pieniądze czy amerykańskie?

 

To co jest nasze – zwykłych ludzi? Kredyty do spłacenia? Jeśli komuś przeszkadza 3,50zł na poczcie – w porządku. Mi 3,50zł pasuje i jestem szczęśliwy”.

 

Tyle ze strony czytelnika.

 

 

Pracadokitu wzywa do czytania-poradnik najemcy

Z reguły-tak się przyjęło, że poniedziałek choć dzień jak co dzień-nie jest dniem lubianym. Z perspektywy bloga jednak to nowe sygnały, linki, jakieś cytaty, maile, namiary- w kontekście: franczyzy, tekstów dotyczących gh czy centrów handlowych spływające z różnych stron. Zwał jak zwał.  To nie był dobry tydzień-ten poprzedni- dla retailu w Katowicach. Zabójstwo 19 latka przy dworcogalerii katowickiej i alarmy bombowe biznesową bombonierką dla klientów i najemców-nie są.

http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/3835371,ewakuacja-galerii-katowickiej-1000-osob-ewakuowano-po-alarmie-bombowym-zdjecia,id,t.html

http://www.dziennikzachodni.pl/wiadomosci/katowice/g/ewakuacja-supersamu-w-katowicach-zdjecia-policja-pilnuje-wjazdow-w-centrum-katowic,10520333,19813541/

Kto inicjuje takie jazdy? Nie wiadomo. Na myśl przychodzi „konkurencyjna walka”.  Zagrożona karą więzienia do lat ośmiu. Bez znaczenia, kto dzwoni czy podrzuca maile, zostawia paczki czy torby. Straty ponoszą wszyscy zainteresowani. Bo strach związany z natychmiastowym opuszczeniem budynku nie zapisuje się pozytywnie w pamięci.

Strach paraliżujący najemców sprawia, że siedzą w boksach cicho. Co innego pracownicy tesco. Stracili cierpliwość. I zapowiada się pierwszy bojkot sieci. Zapowiadany, bo realnie ogłoszony jeszcze nim nie jest. Niemniej jednak warte zauważenia samo zawezwanie. W sumie biorąc pod uwagę sposób w jaki traktuje się ludzi-zawezwanie warte podjęcia. Ludzie tracą cierpliwość. W zasadzie niczego nie osiągnęli. I zostają na lodzie. Stąd ten społeczny wkurw.

„My Pracownicy zatrudnieni w sklepach sieci Tesco w Polsce prosimy Klientów o bojkot tej sieci i zaprzestanie robienia zakupów w jej sklepach w proteście przeciwko działaniom Zarządu Tesco Polska” – tak zaczyna się anonimowy list, jaki miał trafić do redakcji dziennika „Fakt”. „Róbcie zakupy w innych sieciach handlowych, takich które dobrze traktują swoich pracowników i klientów”.

kicha1

http://innpoland.pl/129227,robcie-zakupy-gdzie-indziej-pracownicy-tesco-namawiaja-klientow-do-bojkotu-swojej-sieci

Pod protest podpięło się upadające ugrupowanie.

http://wyborcza.pl/1,76842,15256548,Zakowski_chwali_pomysl_PSL_u_na_bojkot_Tesco___Cameron.html

Co istotne pomysł znalazł się na zagranicznych łamach co znacząco „podnosi” jego rangę.

https://www.theguardian.com/world/2014/jan/08/polish-politician-tesco-boycott-migrant-benefits-row-cameron

Akcja bojkot sieci tesco nie pomoże, ale realnie rzecz biorąc-średnio też zaszkodzi. I tak sieć upada choć rzekomo są to plotki. Wyrżnęli najemców wraz z pracownikami i nie specjalnie to uderzyło tych, którzy siedzą na handlowych stołkach.  Dane z czapy o zamknięciach. Jest ich więcej niż ta symboliczna siódemka.  Ludzie z tesco o tym wiedzą. I dyskutują na potęgę na swoistym współczesnym areopagu.

http://www.pracadokitu.com/temat/356/tesco-polska-sp-z-oo/strona/1847/

Ok. pół tysiąca nowych czytelników bloga w weekend i dyskusja na całego. O rynku, o zarobkach, o przyszłości. Masa wątków i tysiące wpisów.  Forumowiczów pozdrawiam i choć życzyłbym każdemu dobrze to realia i perspektywy są m.in. takie:

http://natemat.pl/187971,powstanie-nowa-bieda-pakowalnia-niemieckie-zalando-na-guten-morgen-dostaje-jeszcze-zwolnienie-z-podatku

Tego rodzaju iwęty-jak to zawezwanie do bojkotu-nazywane są wizerunkowym kryzysem. Specjaliści ruszą do naprawy sytuacji i z reguły po czasie sprawa-przysycha. Ma jednak znaczenie. Dlatego nie polecam podpisywania czegokolwiek dziś i w przyszłości w pasażach galeryjnych tej sieci.

 

 

Szczecinek ma nowy kościół-poradnik najemcy

Wydaje się, że na temat retailu zgromadziliśmy wystarczającą wiedzę, aby wykazać oddziaływanie gh na tzw. lokalne społeczności. To modne określenie zawiera w sobie tych, którzy jeszcze w danych miastach-pozostali. Kupujących, sprzedających, pracujących, niepracujących,  starszych , młodszych -wreszcie zarządzających czy rządzących w danych miastach.

Casus Szczecinka podpowiedział czytelnik bloga. O tyle interesujący, że złudzenie o wiedzy na temat retailu okazuje się wciąż wycinkiem, jakimś wybrakowanym fragmentem tego w jaki sposób załatwia się tego rodzaju tematy na poziomie-nie tylko lokalnym.

Gościem bloga jest pan Stanisław Żerko (historyk stosunków międzynarodowych)- nie był najemcą, nie będzie, ale postanowił interweniować w sprawie budowy gh w swoim rodzinnym mieście.

Bloger: Złożył pan doniesienie do prokuratury w sprawie budowy galerii handlowej w Szczecinku. Dlaczego?

 

Stanisław Żerko: uważałem – i nadal uważam – że została złamana ustawa o ochronie zabytków oraz miejscowy plan zabudowy. Poza tym poraziła mnie poczucie bezkarności ludzi, którzy to forsowali. Byłem przekonany, że przynajmniej w przypadku pani konserwator zabytków z Koszalina mogło zachodzić podejrzenie korupcji.

 

 

Wieża świętego Mikołaja w Szczecinku to jakieś szczególne miejsce?

 

To najcenniejszy zabytek w mieście, wieża zbudowana w XVI w. w stylu późnogotyckim, ale ze średniowiecznych cegieł dawnego klasztoru. Zarówno w czasach niemieckich, jak i w PRL była swoistą wizytówką miasta, jest na licznych pocztówkach i okładkach przewodników.

jajco

Na placu (obecnie zabudowanym przez centrum Hosso) przed wieżą kręcono sceny do słynnego niemieckiego filmu historyczno-propagandowego „Kolberg”. Wieża znajduje się w ścisłym centrum miasta, jakieś 100 metrów od rynku i ratusza

 

 

Starostwo wydało zgodę na to, aby „tereny zielone” czyli trwa, powstały na dachu?

 

Tak. Złożyłem w tej sprawie osobne zawiadomienie do prokuratury, ale nawet nie dostałem odpowiedzi. Nieoficjalnie-w starostwie-byli na mnie wściekli.

 

 

Tam był cmentarz?

 

Tak. Wydobywane w trakcie budowy szkielety wkładano do niebieskich worków na śmieci i gdzieś wywożono. Był o tym reportaż w tvn24.

 

Jak wyglądała budowa?

 

Nie potrafię odpowiedzieć.

 

Co robiono ze szkieletami?

4387491czaszkacmentarzkosci900667

 

ludzkieszczatkikosci_19578444

Vide wyżej

 

Gdzie trafiły te szkielety?

Nie wiem.

 

Próbował pana burmistrz ośmieszyć. Jak władze lokalne zareagowały na pana działania?

Burmistrz spowodował, że zorganizowano w tej sprawie specjalne posiedzenie Rady Miasta z udziałem przedstawicieli inwestora. Mówił m. in., że się nie znam na biznesie itp. Poza tym ostro polemizowaliśmy na łamach lokalnego dwutygodnika „Temat Szczecinecki”

 

 

Kto jest właścicielem tej galerii?

 

Spółka z Gryfina, właścicielami są Ormianie.

 

Naruszono przepisy, studiował pan plany, konsultacje przeprowadził. Jakie?

 

Kolega architekt udzielał mi wskazówek, inny przekazał mi kopię miejscowego planu zabudowy

 

 

Czy pan próbował zainteresować ministra kultury, jakieś inne instytucje?

Wysłałem list do Generalnego Konserwatora Zabytków (wtedy był nim wiceminister Tomasz Merta, zginął w Smoleńsku w 2010). Raz też byłem osobiście w biurze GKZ.

 

Jakie było stanowisko ministerstwa? I Generalnego Inspektora Ochrony Zabytków?

 

Zwróciła się tam również prokuratura z wnioskiem o wydanie ekspertyzy. Po wielu miesiącach ekspertyza – kuriozalna – nadeszła. Generalnie, mimo paru zastrzeżeń, rozgrzeszano postanowienie koszalińskiej konserwator zabytków. Napisano m. in., że wieża „pozostanie dominantą” w pejzażu miejskim, co świadczyło, że autorzy nie mają pojęcia o czym piszą. Polemikę (zjadliwą) z treścią ekspertyzy zamieściłem na łamach „Tematu szczecineckiego”.

 

 

Z czego pana zdaniem wynika fakt wydania pozwolenia przez panią inspektor z Koszalina?

 

Jak napisałem wyżej, podejrzewałem korupcję. Nie wierzę bowiem, że pani konserwator jest osobą do tego stopnia niekompetentną. Po mojej interwencji wyjaśniała w prasie, że jej zdaniem dobudowane do wieży centrum handlowo-rozrywkowe „nawiązuje do nieistniejącej nawy kościelnej”.
 

 

Ostatecznie prokuratura umorzyła postępowanie. Dlaczego?

 

Jestem złego zdania o szczecineckiej prokuraturze. Szukali pretekstu, by umorzyć. 

 

Jeździ pan tam na zakupy do tej funeralnej w pewnym sensie gh?

 

Byłem raz, ze szczecineckim (później mianowanym) miejskim konserwatorem zabytków w Szczecinku. Pokazał mi, że od środka ściana przylegająca do wieży jest przeszklona, a na tafli – na tle wieży kościelnej – jest rozwieszona damska bielizna (stringi, majtki itp.).
 

Dziękuję za rozmowę.

Stanisław Żerko jest dostępny na twetterze. Interesujące spostrzeżenia zamieszcza właśnie tam. 

https://twitter.com/StZerko

 

 

 

 

 

Galeria jest jak Twoja matka-poradnik najemcy

Krajowy Rejestr Długów opublikował dane dotyczące prosperity.

„W bazie danych KRD BIG wpisane jest 3 456 firm z branży spożywczej, ich łączne zadłużenie wynosi 197 mln zł. Na jedno przedsiębiorstwo, wpisane na listę dłużników, przypada średnio 57 tys. zł do zapłaty”. (…)

„Obecnie największe łączne zadłużenie mają firmy zarejestrowane w województwie mazowieckim. Wartość długu firm działających na terenie tego województwa przekracza 33,6 milionów złotych, to o 7,5 mln więcej niż jesienią ubiegłego roku. Drugim co do wielkości dłużnikiem są przedsiębiorstwa z Wielkopolski, które zalegają 26,8 mln zł”. 

http://next.gazeta.pl/next/7,151003,20584951,polska-branza-spozywcza-tonie-po-uszy-w-dlugach-przez-podatek.html#BoxBizLink

Warto ten tekst przeanalizować pod kątem już nie samej spożywki, ale patrząc szerzej. Czyli postawić sobie pytanie czy skromny klient kupi spodnie czy bułkę. Ubrania też stoją. Czyli nie idą jak kiedyś. Tekst nie jest kompleksową diagnozą. Głównym „winowajcą” są problemy z Rosją, ale i przede wszystkim nowy podatek przerzucony na dostawców. Jeszcze się nie pojawił-a już zadłuża. Powód leży jednak w zupełnie innym miejscu.  Tutaj.

biedrahttp://www.biedronka.pl

W ilości. Kanibalizacji rynku. Jeśli Rossman sprzedaje tornistry to jak ma je sprzedać handlowiec z torbami, walizkami i tornistrami gdzieś przy ulicy? Klient kupi w Rossmanie, bo taniej. Chyba, że ma taki kaprys, środki i ochotę to zdarzy się, że sięgnie po produkt marki „premium”  w gh.

http://natemat.pl/187305,tylko-w-tym-roku-biedronka-zamknela-14-sklepow-szok-klientow-jestesmy-w-ciezkiej-sytuacji

To jest czas oszczędzania, szukania gdzie taniej. W sieci, w promocjach, w gazetkach.  O tym się głośno nie mówi, żeby nie siać paniki, ale Niemcy oszczędzają.  Poza tym to nie brzmi dobrze, że ktoś oszczędza i pcha do skarpety. Tną koszty w budżetach domowych. Nie ma szału. Polacy, którzy tam pracują też oszczędzają-Ci, których akurat znam. Wracają i odkładają. I jeśli pojawiły się siłki na wolnym powietrzu to dbający o kondycję łączą dwa w jednym, biegają i ćwiczą. Za darmo.  Nie tylko z oszczędności, ale wygody.

Dlatego retail nie ma przyszłości choć jestem więcej niż przekonany, że naganiacze naciągną jeszcze wielu ludzi. Na wirtualne dane, na sfałszowane dokumenty, na opowieści, psychomanipulacje. Komunikat, że najemcy zwiększają powierzchnię…choć brzmi fajnie, jest realnie zmuszeniem do powiększenia nie ze względu na szybujące obroty. Chodzi o dopychanie pustostanów. I mają dwa wyjścia. Odmówić-co wiąże się z natychmiastowym wypowiedzeniem umowy i opuszczeniem rolet, albo powiększyć i ciągnąć ten wóz. Tak to działa. Z wyłączeniem takich budynków jak gh w Rawie Mazowieckiej czy społemowskich budynkach. Bo z kolei w takich miejscowościach jak np. Węgierska Górka budynek zwany gh miał kilkunastu najemców. Dziś właściciel budynku sam prowadzi sklepiki i windykuje dłużników. Pomimo stosunkowo nie wysokich czynszów na poziomie 2-3 tysięcy/mc. Nie ma chętnych tam na zakupy w takiej ilości, żeby te czynsze uciągnąć.

Zajrzyjmy teraz na drugą stronę mapy. Czyli na Ukrainę. Do stolicy. Do rekinów biznesu. Lepiej to brzmi niż Janusze.

rekiny

Szał na otwarciach. Prasa, radio, telewizja. Wstęgi, uściski dłoni.

rekiny2

Ocean Plaza ma coś czego nie mamy my, a wg specjalistów od komunikacji-niewątpliwie na to czekamy.

ocean3

Akwarium. I tysiące bankrutów. Czynsze z sufitu. Rekordowy to 600 dolarów za metr. Poza tym standardowo. Przy czym jest drobna różnica. W ogłoszeniach o możliwości najmu firmy otwartym tekstem piszą o wysokości czynszu. Nie jest to tajemnicą jak i to, że kraj zbankrutował.

Okradziony przez oligarchów i naciągnięty na hipoteki w dolarach praktycznie jedzie tylko na kredycie. A ludzie stamtąd masowo uciekają, gdzie się tylko da wyjechać. Utopieni. Najemcy na UA płacili po kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy zł (w przeliczeniu) za lokal. Najmniejsi najwyższe. Podobna zasada. Też dali się nabrać na frekwencje, mapki, galeryjne franczyzy. Też pustostany zakleja się reklamami. Tam jednak dziś nikt nie twierdzi, że ciągle rośnie. I jest komukolwiek potrzebne.

Ludzie retailu mają wiele legend. Jedna z nich.

Galeria jest jak matka. Wychowuje swoje dzieci. Prowadzi za rękę. Uczy. Doradza. Pomaga. Rozumie. I kiedy dziecko dorośnie-to dzięki niej zaczyna zarabiać. 

wniosek: jako niedorosłe dziecko musisz wiedzieć, że ona jest jak matka.

 

 

 

 

Retail po londyńsku-poradnik najemcy

Taki dostałem list z Londynu:

„Witam. 1 września minie dokładnie rok odkąd opuściłem Polskę, spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i wyjechałem do Londynu. Nie wiem nawet kiedy to dokładnie przeleciało, ale przez te 12 miesięcy moje życie znowu nabrało barw i kolorów. W polskim retailu przepracowałem blisko 9 lat kończąc swoją karierę na stanowisku menadżera salonu. Firma w której pracowałem wyłożyła się na galeriach handlowych – otwierała sklepy gdzie się dało i to się zemściło: rynek się załamał, marże spadały, a wieloletnie umowy obowiązywały. I tak 14 sierpnia 2014 roku firma w ciągu 24 godzin zniknęła z polskich galerii handlowych.

Ale wracając do Londynu. Zobaczyłem tutaj kompletnie odmienny świat – bez klasycznych galerii handlowych. Oczywiście jako takie supermarkety, hipermarkety oczywiście są, ale nie mają nic wspólnego z galeriami handlowymi jakie możemy spotkać co krok w Polsce. Tutaj po prostu dana sieć budując swoją galerię handlową po prostu stawia wielką halę, która nie posiada pasażu, bo dwa czy trzy małe boxy pasażem nie można nazwać. Boxy najczęściej wynajmowane są dla działalności takich jak: szewc, fotograf itp. Nie ma tutaj setek małych lokali i wysp, które finansują inwestycję i stanowią źródło napełniania portfeli inwestora i prowadzą do kanibalizmu pośród najemców.

To jak wygląda retail w Londynie? Tutaj handel żyje na ulicy. W ostatni poniedziałek korzystać z wolnego dnia wybrałem się ze swoją partnerką na wycieczkę do innej dzielnicy Londynu, żeby pospacerować wzdłuż Tamizy, napić się w pubie lokalnego angielskiego piwa i najzwyczajniej w świecie odpocząć. W drodze powrotnej zawędrowaliśmy do przysłowiowego centrum aby dostać się na dworzec i wrócić dla odmiany pociągiem (szybciej, wygodniej, ale drożej).

Zapewne zastanawia Was teraz to jak wygląda to „centrum”, jak wygląda handel przy ulicy w Londynie.

 20160822_175134

Centrum miasta (dzielnicy) jest centrum z prawdziwego zdarzenia. Ono po prostu żyje. Główne arterie są pełne ludzi od rana do wieczora. Partery budynków są pełne:

  • sklepów spożywczych tych markowych jak i przysłowiowych „ciapaków” prowadzonych przez hindusów,
  • sklepów obuwniczych (tych markowych typu Nike, Adidas, Puma jak i „prywaciarzy”,
  • sklepów z wszelkiej maści ciuchami.

20160822_175145

(http://roztocze.net/zamojska-twierdza-bez-marksa-spencera/)

20160822_175154

Jeśli potrzebujesz załatwić kontrakt na telefon to nie jedziesz do galerii handlowej tylko uderzasz do „centrum”. Znajdziesz (często na jednej ulicy) salony wszystkich operatorów.

20160822_1752161

A dla pasjonatów aktywności fizycznej firmowy salon North Face. Widzieliście kiedyś coś takiego w Polsce w sklepie przy ulicy? Ja nie. Wszystko zmigrowało do galerii handlowych.

20160822_180130

20160822_180236

A na koniec po zakupach, albo tak jak w naszym przypadku po spacerze możesz iść zjeść „Chickena” albo wyskoczyć na piwo do pubu, dalej tylko dworzec i do domu.

20160822_180240

Można bez galerii handlowych? Można :)”

Dzięki za zdjęcia i tekst. Polacy za granicą zarabiają lub/i odrabiają długi. Wg workservice z kraju wyjedzie jeszcze 1,5 mln Polaków. Emigracja faktycznie ciągle rośnie. Eurosierot przybywa. Byli najemcy-jeśli zostało na bilet-wyjechali. Niektórzy walczą o przetrwanie na różne sposoby. Jeszcze inni popadli w depresje, uzależnienia. Niektórzy się wywinęli. Inni powiesili. Jeszcze inni pospłacali długi wyprzedając co się dało. Retailova dżuma to współczesna kanwa Dżumy Alberta Camusa.

 

ooo

zdj.odkrywcy.pl

Retail jak ospa oplata wiele miast.

Kraje skandynawskie np.  nie wpuściły retailu, ani na obrzeża, ani do centrów swoich miast. 1,5 miliona Skandynawów nie zalewa Europy szukając zajęcia. Subtelna różnica. Biorąc powyższe pod uwagę obcokrajowcy z kolei w Polsce są klientami biedronek. Szukają jak najtaniej. To nie są klienci „polskich” gh. Śpią na wojskowych piętrowych łóżkach, bywa, że w 10 osobowych salach. Taki jest trend i- ciągle rośnie. 

P.S. Dziękuję za list i zdjęcia. Do niezobaczenia jak rozumiem. 

 

 

 

Podróż za niejeden uśmiech-poradnik najemcy

Dziś o wyjazdach. O tym, że w Europie jest niespokojnie-wiemy. Ale tego co będzie jutro już nie. Dlatego też rekordowe w obroty lato dało tym razem efekt-nie tylko nad polskim morzem. Wprawdzie medialnie rzecz biorąc hitem są parawany, brzuchy i frytki-w pejoratywnym znaczeniu-niemniej jednak powstaje pytanie czy warto nie dziś, ale jutro-bawić się w biuro podróży. Jako, że nie wiemy co będzie jutro wydaje, się że jeszcze warto. Bo część turystów latała i latać będzie tam gdzie niespokojnie. Jedni dla fanu, drudzy z ciekawości, a jeszcze inni chcą, lubią i latać będą. Wszelkie zawirowania mają wpływ na obroty. Branża turystyczna jest specyficzna. I do wahnięć pogodowych dołączyło wahnięcie poczucia bezpieczeństwa. Lata temu destynacje się zmieniały w ramach mody i cen. Czyli przed wprowadzeniem euro hitem było Lloret de Mar, Bibbione czy Rimini. I żelazny punkt zwiedzania czyli butelkowe San Marino. Potem weszły Bałkany i dalekie destynacje. Kuby, Jamajki i Dominikany (polecam Barcelo Dominican Beach szczególnie w grudniu). Serca turystów na świecie podbijały Grecja, Turcja, Tunezja i Egipt. I to się zmieniło. Jeden z czytelników podesłał zdjęcia z Turcji.

t41

Wg niego pustostanów przybywa.

t31

t21

Podobno-Egipt też opustoszał.

Zrywane są rezerwacje, wstrzymane kontraktacje hoteli, odwoływane wyjazdy. Jako, że życie nie znosi próżni do łask wraca stare: czyli Hiszpania, Włochy. Pojawia się częściej Bułgaria i nie tknięta od lat Chorwacja. Wprawdzie sezon turystyczny się kończy, ale ta branża jest wyjątkowo delikatna na zawirowania. I powstaje pytanie czy warto uruchamiać biuro podróży np. franczyzowe np. w gh. Biorąc pod uwagę wysokość czynszów i zawarte w umowach klauzule-nie warto.  Nie wiele zostaje-jeśli zostaje. Topowych lokalizacji w gh jest niewiele (np.CCC). Jak spojrzeć na boksy to bywa, że w jednym budynku jest kilka biur. Marża jednak jest niska w stosunku do czynszów i uzależniona od ilości sprzedanych imprez, biletów lotniczych, ubezpieczeń. I zagrożeń na które nikt wpływu nie ma i nie wie jak będą zmieniały się destynacje. I jakie pozostaną.

Wydaje się, że aby prowadzić biuro koniecznie musi być lokal. Tak jednak nie jest. Wisttravel od lat działa na tym rynku.

http://www.wisttravel.com.pl/referencje.html

Nie ma biura, loga w sensie rozpoznawalnej znanej marki. Nie ma też czynszu. Skromna  strona w internecie i lojalne zadowolone grupy, które w tym roku odpuściły Paryż.

Od lat chodzi Praga, Budapeszt, Wiedeń. Tutaj Kazimierz nad Wisłą czy Sandomierz. Krótkie wypady za kilkaset złotych mają swoich nabywców i szyte na miarę objazdówki tam gdzie spokojnie można wypić kawę i zobaczyć to co warto. Ile jest takich biur, które nie mają szyldów, ale markę? Trudno powiedzieć. Takich statystyk nie ma. Trzeba poszukać w sieci choć czasami znalezienie tego co było- bywa trudne. Po latach trudno dociec co było przyczyną upadku sieciowej dużej Triady. Modne biuro z marką. Mnóstwo reklam i dziesiątki tysięcy klientów. Dziś o Triadzie niewielu pamięta.

Można przypuszczać, że nieodkryte do tej pory miejsca wpiszą się w programy imprez objazdowych po kraju i za krótką  granicę. I może to dotyczyć też wycieczek szkolnych. Lepiej tu-niż tam. Turystyczna kołdra staje się coraz krótsza.  Warto o tym wiedzieć i obserwować rynek nie skupiając się tylko na parawanach, ale perspektywach zarabiania. 

Te są coraz bardziej niepewne. I nie ma siły na know how.  Warto mieć swoje małe know how. Bez czynszów. Bez umów. Tak, żeby móc w każdej chwili powiedzieć „pas”, albo rozwijać się po swojemu.  W ostatnim czasie ktoś podjął temat nacisków na franczyzowych sprzedawców turystycznych imprez. Czyli z ulicy do gh. I ultimatum: bierzesz albo wejdzie ktoś inny. I powstaje dylemat co robić. Jestem zdania, że dziś-choć nie wiadomo co będzie jutro-nie warto. Niech wchodzi ten inny i jedzie w podróż na tysięcznym czynszu z karami, bo to może i często jest- podróż -w jedną stronę. I nie jest to podróż-za jeden uśmiech.

P.S. Turyści wracają do domów. Opuszczają campingi, zagrożone rejony. W umowach nazywa się to, siłą wyższą.

http://www.tvp.info/26667818/silne-trzesienie-ziemi-w-srodkowych-wloszech-rosnie-liczba-ofiar-nie-ma-pol-miasta-ludzie-sa-pod-gruzami

Biznesowy gang bang-poradnik najemcy

Warszawa. Czytelnik bloga. Biegle angielski, japoński. Czterdziestka na karku. Kumpel zadłużony w fitness clubie. Rozmowa dotyczy „wyruchanych” –to często używane słowo przez rozmówcę. Skojarzenie- gang retailfranchise bank (gang bang-odsyłam do Encyklopedii PWN). Z każdej strony. Taki groupon. Wciąga mnie jego opowieść. W końcu proponuję -weź napisz. I napisał.

 

„W dzisiejszych szybkich i rozwiniętych czasach mamy dostęp do licznych narzędzi nazwijmy ich – „życia”. Może to być pojazd, telefon oraz oczywiście pieniądze. Nie wiem jak je do końca zdefiniować, bo jedni powiedzą, że to kolorowe papiery, inni że to konkretne przedmioty. Ja skłaniam się do opinii, że to wszystkie przedmioty (banknoty, ziemia i tym podobne) pochodzące tylko i wyłącznie z pracy.

           

No dobrze, odrzućmy materię, a przejdźmy do gromadzenia tej naszej pracy. Mogą to być monety, banknoty oraz konto bankowe. Od razu się przyznam, że całkowicie nie korzystam z usług bankowych. Nie dlatego, że zostałem osobiście specjalnie orżnięty przez system bankowy (jeden bank próbował, ale to nie jest powodem u mnie), ale dlatego, że usługi bankowe nie są mi do niczego potrzebne. Namawiam też na to innych. Nie dlatego, że sam nie mam, a dlatego, że to czyni człowieka bardziej wolnym.

 

Wcześniej napisałem o gromadzeniu naszej pracy w formie tzw. pieniądza (gotówka, konto bankowe). Jeśli ktoś się decyduje na taką formę (co oczywiście trzeba robić, nigdy nie wiadomo, czy taka „szybka gotówka” nie będzie nagle potrzebna), to jedynym wyborem, jest oczywiście całkowity brak konta bankowego. Dlatego bo:

 

  1. Nie musimy szukać „bankomatu”, co kosztuje czas i na przykład paliwo do naszego pojazdu – jeśli potrzebujemy gotówki; nie musimy się dowiadywać gdzie taki bankomat jest i jaka jest prowizja

 

  1. Nie martwimy się telefonami z ofertami bankowymi, przez co oszczędzamy czas na zbędne rozmowy i tłumaczenie się, że my tego nie potrzebujemy – bo oczywiście nie potrzebujemy jakichkolwiek usług bankowych

 

  1. Nie ponosimy kosztów prowizji, prowadzenia konta, kosztów związanych z wypłatą oraz wpłata gotówki (np. w Alior Bank obca osoba płaci prowizję za wpłatę na nie swoje konto – ja tak zapłaciłem wpłacając znajomemu)

 

  1. Obce osoby nie mają dostępu do informacji o naszych pieniądzach; można oczywiście sobie powiedzieć – oczywiście żartem – że Banki to zaufanie publiczne; ja wtedy pytam jak się czują frankowicze, albo osoby których „powinęła się noga” – czy mogą ufać bankom i powiedzieć: „jestem chory na raka – dla mnie zdrowie jest ważniejsze, proszę was – dajcie mi spokój z ratami na 3 lata – ja się musze teraz leczyć”; osobiście uważam, że taki człowiek będzie spuszczony „do kanałów”; no ale załóżmy – błędnie – że są to instytucje zaufania publicznego, tam pracuje wiele osób – czy 100% zatrudnionych w bankach to osoby uczciwe?

 

  1. Obce osoby nie ukradną nam gotówki z konta poprzez crackowanie (czy też jeśli Państwo wolą hackowanie) kont bankowych

 

  1. Nie chodzimy ze wszystkimi pieniędzmi przy sobie (mówię o kartach bankomatowych); rzadko kto chodzi z całą swoją „gotówką w formie banknotów lub bilonu” przy sobie

 

  1. Nie ryzykujemy przy płatnościach kartą, że coś nie zadziała – nie ma zakupów; lub zadziała podwójnie – podwójne ściągnięcię środków, co jak można poczytać się zdarza; ponato karta to urządzenie elektroniczne, a elektronika się psuje – nie „czy”, a „kiedy”.

 

  1. Przy wyjazdach zagranicznych żywa gotówka jest praktyczniejsza, w większości krajów na świecie tak zapłaci się szybciej i bez dodatkowych kosztów np.: przewalutowania, prowizji i tym podobne

 

  1. Banki to prywatne firmy, która bankrutują, a wraz z nimi nasze pieniądze. Jeśli ktoś wierzy w BFG, to ja na to, że to prywatny fundusz, który płakał po SKOK-ach, podobno ma uzbierane 9 mld złotych. Depozyty są większe, więc to raczej żadna dla mnie gwarancja

 

  1. Na Cyprze obcięli ludziom oszczędności. Kto da wam gwarancję, ze gdzieś tam w jakimś banku lub kraju, gdzie leżą wasze pieniądze nie będzie tak samo?

Biorąc pod uwagę powyższe – jesteśmy bardziej bezpieczni (nikt nie wie ile mamy i nie ma dostępu do naszych pieniędzy); bardziej swobodni (jeśli chcę coś kupić nie szukam bankomatu lub jeśli jestem za granicą – ile to będzie kosztować); oszczędzamy czas bez ofert i innych super rzeczy oferowanych przez „specjalistów do spraw finansów”.

 

W tym miejscu ktoś może powiedzieć, że no taaaak, ale załóżmy, że jestem w sklepie i coś zobaczę muszę to mieć, a akurat nie mam tyle gotówki. Ja odpowiadam – i co z tego? To przykład konsumpcjonizmu lub jak kto woli zachowanie „dziecka”. To dzieci już, teraz muszą mieć zabawkę. Dorosła osoba potrafi poczekać. Ponadto, sklepów jest teraz tyle, że nie ma problemu z kupnem czegokolwiek. Ponadto, można zostawić zaliczkę, jeśli rzeczywiście jest coś wyjątkowego i unikalnego (bo trafiają się jakieś unikalne przedmiotu sprzed lat). Poza tym, proponuję zapłacić kartą bankomatową za samochód w salonie. Życzę wam po-wo-dze-nia, bo dealer na pewno naliczy wam koszty swojej prowizji. Natomiast gotówkę przyjmą. Kredyt / leasing odrzucamy, bo nie korzystamy z usług bankowych.

 

Ostatecznym argumentem przeciwko kontom bankowym są życiowe sytuacje, takie jak, komornik blokuje wam konta – nieważne, czy macie faktycznie długi czy nie – jak zapłacicie za obronę, skoro skarga na komornika też kosztuje? Żywe banknoty mogą wam dać szansę. Kiedyś uciekałem przez burzą w górach. Pan w samochodzie prywatnym zażądał 30zł za zawiezienie mnie i mojej rodziny. Kart raczej nie przyjmował – terminala nie zauważyłem. Jestem z dziećmi na wakacjach – Pan sprzedaje watę cukrową – terminala nie ma. I tak dalej, i tak dalej. Pozostaje kwestia waluty (ten sam problem jest przy kontach bankowych) do oszczędności i miejsca.

 

            Dobrze, gromadzenie naszej ciężkiej pracy w formie pieniądza mamy za sobą. Niepotrzebne usługi bankowe, to nie tylko konta bankowe. Mam tu na myśli, chyba jeszcze powszechniejsze zjawisko, a mianowicie kredyty bankowe. Ja osobiście nie wziąłbym kredytu na absolutnie NIC. Może jestem głupi, albo idiotą, ale wolę być idiotą dobrze wyspanym bez nerwicy. Zdrowszy będę, a zdrowie jest moim zdaniem z rodziną najważniejsze bezwarunkowo. Ja mam prostą zasadę – nie mam, to nie kupuję. Kluczem do kupna drogiej rzeczy (czyli takiej, na która nas teraz nie stać), jest zgromadzenie funduszy, aby uiścić jej cenę. Zwróćcie Państwo uwagę, co napisałem – NIE STAĆ (nas). Jakim cudem nas może być jeszcze stać na prowizje, odsetki i inne ubezpieczenia, to nie wiem – taki idiota ze mnie. Dlaczego bym nie wziął nigdy jakiegokolwiek kredytu:

 

  1. To co napisałem powyżej – skoro nie stać mnie na cenę towaru, to tym bardziej na cenę + odsetki + prowizję + ubezpieczenie

 

  1. Nie jestem dzieckiem w piaskownicy, potrafię poczekać z zakupami, aż zarobię na swoje „cacko”

 

  1. Nie jestem wróżką – nie wiem jaka będzie sytuacja gospodarcza oraz zwłaszcza moja (może bedę chory przed spłatą kredytu albo stracę pracę), co oznacza, że każdy kredyt to tak naprawdę gra, a ja nawet nie gram w „węża” w telefonie – nie lubię gier i już; wróżenie także uważam za naciągane

 

  1. Pieniądze, które potencjalnie musiałbym przeznaczyć na odsetki + prowizję + ubezpieczenie mogę przeznaczyć na np.: oszczędzanie

 

  1. Składając wniosek kredytowy całkowicie podaję na tacy moją sytuację finansową, zawodową, a często też rodzinną – powtórzę – czy 100% zatrudnionych w bankach to osoby uczciwe?

 

  1. Żyję bezstresowo – nie ciśnie mnie ewentualna utrata dochodów, nie cisną mnie, jeśli spóźnię się z ratą (wszyscy wiemy, że tak ludzie mają), nie ciśnie mnie rodzina na kolejny kredyt (a podobno sa i takie z kilkoma + chwilówki + pożyczanie po rodzinie) – ja jestem na to za słaby psychicznie, można powiedzieć NIE przystosowany do dzisiejszych czasów, ale dlaczego to JA mam się przystosowywać do „instytucji zaufania publicznego”?

 

  1. Rozglądam się dookoła i widzę, że nadspodziewanie wiele ludzi, zaczynając od kredytów skończyła z długami; może to przypadek, może przeinwestowanie, może traf życiowy; fakt pozostaje faktem

 

Ale brnijmy dalej – kredyty na zakup naszego lokum do mieszkania (no bo kątem u rodziców to tak trochę ten tego – nie tego). BZDURA! To chyba normalne, że z czasem mamy więcej, w tym pieniędzy i na początku naszej drogi – bądźmy realistami – niewielu młodych stać na kupno własnego lokum. Napisałem wcześniej, że zdrowie i rodzina sią najważniejsze. Ja sam jestem ojcem 2 dzieci i z perspektywy rodzica, mogę się „przemęczyć” z potencjalną żoną i dziećmi mojego syna. I dlatego warto mieć zdrowe i przyjazne relacje z rodzicami i naszą rodziną (żona, mąż itp). Nie chcę moralizować, konkret.

 

Jak zacząć. Odkładać ile i jak się da na mieszkanie lub dom. Nie patrzeć na to, że znajomi mają wypasione domy i mieszkania (w większości prawdopodobnie za długi), ale patrzeć na siebie i obrać sobie cel. Absolutnie wszystko ładujemy w to nasze lokum. Czym szybciej, tym będzie mniej boleć. Można zacząć zrzędzić, że pensje małe, ale to po to studjujeta, aby zarabiać więcej [na marginesie, osobiście uważam, że żadne studia nie są potrzebne, aby mieć super życie, ale o tym kiedy indziej]. Można pracować na 2 etatach, albo założyć coś swojego. Ja mogę podpowiedzieć 2 etapy. Osobiście uważam, że szkoda czasu i życia na kupno mieszkania – docelowo – dlatego proponuję inną drogę:

 

  1. Mieszkamy przy rodzicach i zbieramy pieniądze np.: po 100zł dzienne (chciałbym dodać, że też stosowałem metodę 100zł na dzień i nic z tego nie wyszło – po roku czasu mało co mieliśmy oszczędzone, w następnym to samo, ale przyszły pierwsze wnioski i w końcu się jednak dało) na:

a). kupno najmniejszego mieszkania jakie się da np.: 17m2 (najmniejsze, bo przejściowe) << takie ja widziałem najmniejsze

b) kupno działki docelowej dla domu i postawienie tam 2 garaży po np.: 18m2=36m2 (koszt około 15 tys. zł z podstawą do nich) lub drewnianego domku z najniższej półki (koszt około 25 tys. zł), oczywiście wykańczamy. – ta opcja jest szybsza, bo w rok zbieramy około 35 tys. zł; dochodzi kwestia kupna działki, ale cena zależy od lokalizacji – ja bym się w centrum nie ładował – koszta dojazdu nie są takie duże jak mogłoby się wydawać [Ode mnie: Ja dojeżdżam samochodem, bo w trakcie jazdy uczę się języków obcych oraz „oglądam” wykłady naukowe – poświęcam więc dzięki temu dużo czasu na naukę. Dojazdy rowerem nie wchodzą w grę, z powodu zimy oraz brakiem możliwości uczenia się w trakcie – na marginesie nie lubię rowerów. Komunikacja miejska zajmuje zbyt dużo czasu], a dodatkowy plus to brak hałasu miasta.

 

  1. Zostaje nam, przy opcji B około 10 tys. zł. na jakieś tam „umieszkalnienie” tych garaży lub domku drewnianego; dalej zbieramy 100zł dziennie, ale powiedzmy sobie szczerze, że zaiwaniamy dużo z pracą, więc i 200zł może być realne po jakimś czasie. Moim zdaniem 300 tys. zł to kwota wystarczająca, aby mieć dom dla rodziny. Dzieci nie będą z nami mieszkać do „oporu”, więc i tak docelowo to chata na 2 osoby.

 

Ja i moja żona zadaliśmy sobie pytanie: czy żyjemy skromnie przez powiedzmy 10 lat, czy 20 lat z kredytem hipotecznym (sytuacja frankowiczów, to tylko jedna z pułapek). Odpowiedź Państwo znacie. Ponadto, pomyślcie o odsetkach + prowizjach + ubezpieczeniach – czy stać was na topienie tych pieniędzy w błocie – hobby typu off-road jest chyba lepsze dla topienia pieniędzy w błocie – jest przyjemność.

 

Uważam, że każdy da radę to zrobić. Dobre układy z rodziną (zwłaszcza z żoną / mężem) są oczywiście niezbędnym warunkiem. Zdrowie jest kolejnym (ja np.: nie palę i nie piję – nigdy nie miałem alkoholu w ustach – wiele osób mówi, że kłamię, ale nie interesuje mnie to). Nie ładujcie się w długoletnie układy z bankami, bo nie jesteście w stanie Państwo przewidzieć co będzie za 10 lat, a co dopiero za 20 lub 30 lat. A jeśli ktoś jest w stanie, to kasę taką zrobi, że i tak mu kredyt nie będzie potrzebny, kto wie może nawet to nie jest głupi pomysł założyć własny bank.

 

Na zakończenie. Nie zgadzam się, że pieniądz robi pieniądz. To wbrew zasadom fizyki. Z jednej planety nie zrobimy drugiej – identycznej planety. Dlatego jestem przeciwnikiem systemu bankowego. On nam kłamie, że 1×0=2. Ja uważam, że prawdziwy pieniądz i bogactwo bierze się z pracy, a nie z kont, kredytów i tak zwanych instrumentów finansowych. Dlatego ja trzymam się od nich z daleka, bo co tu dużo ukrywać lubię mieć pieniądze. Praca daje mi tę możliwość.

 

Gadanie o pieniądzach z tak zwanymi doradcami finansowymi uważam za stratę czasu, a poza tym jakoś budzi podejrzenia we mnie fakt, że człowiek chwalący się, że ma kredyt i dojeżdżający do pracy autobusem doradza temu, co nie ma kredytów i podjechał na rozmowę swoim własnym (nie skredytowanym) gratem. Oczywiście ma do tego prawo (przemieszczać się jak chce i żyć na kredyt) – jako wolny człowiek – z tym, że ja nie podzielam jego poglądów. I też mam do tego prawo. Dlatego, Jeśli ktoś mi wciska kredyt na np.: 20 tys. zł, pytam, czy prezes tego Banku także ma taki kredyt? Jeśli nie (oczywiście odpowiedzi są, że nie „o Prezesie mówimy” i inne dyrdymały), to mi też nie jest potrzebny. Jeśli Prezes ma inny kredyt, np.: na 2 mln zł – pytam także o taki. Jestem takim samym człowiekiem, jak taki lub inny prezes. Ja takiego kredytu nie dostanę, bo dla nich jestem gorszy. Ja sobie nie pozwalam na takie traktowanie i dlatego trzymam się od nich z daleka”.

 

Tyle od czytelnika. Ciekawe. Umowy w gh nie podpisze. Nie musi. Temat retailu promuje wśród znajomych. Bez prowizji. I odsetek.

P.S. Dziękuję za zdjęcia z Turcji.