Thomas Cook wyszedł po „angielsku”.

W 1841 roku Thomas Cook zorganizował pierwszą wycieczkę turystyczną. Do 1865 roku jego biuro podróży miało oddziały w większości państw Europy. Dziś tj. 23 września 2019 roku marka Thomas Cook bezpowrotnie zniknęła z turystycznej mapy Europy. Zniknęła „po angielsku”.

Pierwsze sensacyjne informacje prasowe o poważnym kryzysie w tej najstarszej brytyjskiej firmie turystycznej pojawiły się zaledwie kilka dni temu.

Link: https://www.thesun.co.uk/travel/9973080/thomas-cook-holiday-bust-private-rescue/

Link: https://www.independent.co.uk/travel/news-and-advice/thomas-cook-stranded-passengers-turkey-greece-civil-aviation-authority-failure-a9114471.html?fbclid=IwAR3ny58c2UOiFvBw4L8q3cYDBJ-5bBtCQVYVcR2DcAv5xKFb9Nvsyt5Wlj0

W ciągu kilku dni ciesząca się ogromnym zaufaniem konsumentów brytyjska marka turystyczna zwinęła żagle. Choć próby ratowania firmy trwały do ostatniej chwili to nie przyniosły skutku. Wsparcia odmówili zarówno inwestorzy jak i brytyjski rząd.

Link: https://www.thesun.co.uk/travel/9976196/thomas-cook-government-cash-holiday-stranded/

Link: https://www.theguardian.com/business/2019/sep/23/row-breaks-out-government-refusal-rescue-thomas-cook

Rano 23 września spółka oficjalnie zakończyła działalność w trybie natychmiastowym. Komunikat na stronie Internetowej informuje, że upadła spółka znajduję się pod zarządem Urzędu Lotnictwa Cywilnego, który rozpoczał akcję sprowadzania do kraju turystów rozsianych po całym świecie.

Od rana w radiu BBC2 można było przysłuchiwać się dyskusji na ten temat. Co się stało? Jak mogło do tego dojść? Pojawiło się wiele głosów, że Thomas Cook stał się pierwszą ofiarą Brexitu – jeszcze zanim do niego doszło. Analitycy spekulowali, że być może wpływ na to miały wahania kursu funta wywołane zawirowaniami politycznymi na linii Bruksela – Londyn. Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć – nie jestem ekonomistą i nie posiadam kompetencji w tej dziedzinie. Mogę jedynie powtórzyć informację zasłyszane w radiu.

Radiowi spikerzy apelowali do osób poszkodowanych, aby Ci nie wyładowywali swojej frustracji na pracownikach biur podróży. Oni nie są temu winni, a poza tym są już wystraczająco załamani widmem utraty pracy. „Nie dokładajmy im” – apelował Ken Bruce z radia BBC2.

Wedle doniesień prasowych upadek Thomas Cook pociągnie za sobą utratę pracy przez około 9.000 ludzi w samej Wielkiej Brytanii i 22.000 osób w skali globalnej (pracownicy biur, rezydenci biura, piloci, personel pokładowy – Thomas Cook posiadał własną flotę).

Około 150.000 klientów biura utknęło w różnych zakątkach świata – bez możliwości powrotu do kraju w terminie. W radiu nie milkną telefony od osób, które utknęły poza granicami kraju bez dostępu do niezbędnych leków, które muszą przyjmować regularnie aby przeżyć.

A dlaczego ta informacja pojawia się tutaj?

Po pierwsze – Ku przestrodze. Pamiętaj, że otwierając franczyzowy biznes turystyczny w galerii handlowej nigdy nie możesz być pewny jutra. Nawet najwięksi, najpotężniejsi mogą się wyłożyć. Dzisiaj marka jest, a jutro już jej może nie być. Wyszła – „po angielsku” – jak Thomas Cook.

Po drugie – Thomas Cook posiadał sieć franczyzową. Może nie jakoś spektakularnie rozwiniętą, ale jak podaje portal money.pl W Łodzi działa agencja, która od 2011 roku posiadała pozwolenie na używanie szyldu i nazwy handlowej „Thomas Cook”. Szczęście w nieszczęściu – oferta Thomas Cook nie znalazła uznania w oczach polskiego konsumenta ze względu na zaporowe ceny (jak przyznaje agencja w tym roku nie sprzedała żadnej oferty z wachlarza ofert Thomas Cook).

Link: https://www.money.pl/gospodarka/thomas-cook-bankrutuje-polska-agencja-musi-zmienic-logo-6427560510744705a.html

Przekładając to na język franczyzowo-retailowy: wszystko co zbudowałeś posługując się logiem franczyzodawcy przechodzi do kart historii. Od dzisiaj jesteś zmuszony do zmiany nazwy i loga. Zaczynasz budowanie nowej marki, nowego wizerunku. Wczoraj każdy rozpoznawał Twoje logo – dzisiaj nikt nie wie co to za firma.

W galerii handlowej to Ty zostajesz z wieloletnią umową. Podpisując umowę w GH zadbaj o zapis w umowie gwarantujący zwolnienie z wszelkich kar jeśli Twój franczyzodawca zwinie biznes po angielsku, a Ty przez jakiś czas nie będziesz w stanie normalnie prowadzić biznesu. W przeciwnym wypadku ta umowa może doprowadzić Ciebie i Twoją rodzinę do bankructwa. Ale tutaj nie będzie opcji wyjścia „po angielsku”.

Michał, Cheltenham, Wielka Brytania, stały czytelnik bloga.

Otwarcie młócin wydarzeniem dekady

Homo sapiens na zakupach

-Inwestor liczy na milion ludzi miesięcznie

Kanibalizacji c.d

To nie był zamierzony wyjazd na największe otwarcie ostatniej dekady w Warszawie czyli g młóciny. Największe media niemal na livie zapowiadały to wyjątkowe wydarzenie. Z relacji wynika, że mamy do czynienia z czymś absolutnie wyjątkowym, niepowtarzalnym i do stolicy nareszcie przyjechał wielki świat. Opisywane dantejskie sceny przypominały lata 90 minionego wieku, kiedy to „nic nie było”. I faktycznie na otwarciu były tłumy, a konfetti jak na finale Ligi Mistrzów obwieszczało nową erę.

Tymczasem już o 14.15 część parkingu podziemnego wyglądała tak:

W środku iwęty gwiazd modowych. Jak widać na załączonym obrazku zainteresowanie takie sobie.

I co ciekawe, a nieopisane nigdzie czy nieopowiedziane od Radia Zet poprzez poważne media -czyli pustostany skrzętnie pozaklejane i zapowiadające tysiące metrów kwadratowych „wkrótce otwarć”.

W pustostanach samochody, motory, a nawet już na starcie galeria obrazów czyli standardowa zapchajdziura.

I co zastanawiające nowy projekt, który jeszcze na dobre nie zaczął a już dostał retailovą nagrodę za super smaki czyli nowy brand

Meksykańska kuchnia nie zdążyła.

W sieci pojawiła się frustracja niektórych klientów zainteresowanych Primarkiem. Z zapowiedzi wynikało, że ma być, a nie ma. Zamiast zapowiadanych Muszkieterów jako spożywka na 2500 metrach kwadratowych jest Biedronka na 800 metrach. Nie można wykluczyć , że zamiast Primarku wejdzie Textilmarket.

I kilka refleksji. 1,5 miliarda-tyle wg branżowych mediów inwestor wyłożył. Już na starcie jest do przodu. Na samej budowie. Stawki dla najemców, które proponowano to m.in. 20 eur z metra.

Biorąc pod uwagę realia i ponad 30 restauracji w jednym miejscu przewiduję młóckę w dosłownym znaczeniu tego słowa. Paranoidalny pomysł retailu. Skazany na porażkę. I opowieści o przewadze konkurencyjnej i wygraniu najlepszych.  Ten wątek czyli „przewaga konkurencyjna” był poruszany podczas konferencji organizowanej przez Rzeczpospolitą w maju b.r. Konferencja ogólnopolska, dwudniowa p.n „Przyszłość galerii handlowych 2019”.  Koszt uczestnictwa to 2200 złotych  brutto. Jak dla mnie 1500 złotych, bo zgłosiłem się na dwa dni przed. Czyli cena promocyjna. Ostatecznie nie uczestniczyłem w tej konferencji, ale ilość uczestników nie zwala z nóg.

Aż 20 osób (wg koordynatorki)  z całego kraju przyjechało porozmawiać o przyszłości gh.

I na zakończenie drobny szczegół. Chaos w windach na parking. Parkujesz na poziomie

Ale w windzie musisz nacisnąć -3. Zero informacji dla klientów. I tak jeździsz windą-jak potłuczony, aż w końcu trafiasz na właściwy poziom.

Jestem teraz na kawie w g północnej. Kilka kilometrów od młócin. Cicho, spokojnie, pusto, a z głośników kojący głos Krystyny Czubówny wita „gatunek homo sapiens, który właśnie przyszedł na zakupy”. Niebawem zrobi się tłoczno. Nadchodzi casting na Miss Polonia 2019 i Dzień Dziecka. Będą giga dmuchańce i jazda pociągiem.

Tylko powiedz wszystkim

Nie ulega wątpliwości, że galerie handlowe, plus do tego franczyza to dla klienta-najemcy-dodatkowe koszty obsługi prawnej. W szczególności korzystają te, które pracują dla systemu retail czy Ci, którzy z niego żyją sprzedając sprawdzone biznesy. Kancelarie prawne jednych bronią, drugich atakują. Taka ich rola. Rzesza nowych klientów napłynęła wraz z biznesowymi nowinkami zza wielkiej wody. Głównie stamtąd przychodzi know how. I na naszych oczach-oprócz uzasadnionych przypadków -rodzi się nowy biznes. To „nowe” może naruszyć całą strukturę organizacji (Kościół), firmy czy danego państwa. Brak konsekwencji za czyny, które zasługują w odpowiednim momencie na karę i ich nakładanie (o tym poniżej) -jak komu się chce-prowadzi do degrengolady na wielu płaszczyznach-biznesowych czy światopoglądowych- i dotyczy to wielu ludzi czyli nas-odbiorców. Brak jasnych, klarownych regulacji prowadzi do ludzkich porażek, którzy ostatecznie wierzą, że sami są porażką. Wszyscy. Są też i tacy, którzy chętnie im w tym pomogą. Aby w to uwierzyli. Po co ten wstęp?

Jakiś czas temu dotarły do mnie takie oto wieści:

W USA kancelarie prawne zwietrzyły nowy biznes już kilka lat temu. Kolędują po parafiach i szukają poszkodowanych przez księży pedofilów-m.in. byłych ministrantów. Mechanizm jest prosty. W parafii X ksiądz molestował chłopca. Sprawa trafia do sądu, a w międzyczasie kancelaria prawna rusza na łowy do tych ministrantów, którzy z poszkodowanym byli w grupie .

Spotkania odbywają się w mieszkaniach i mecenasi rozpytują czy przypadkiem ksiądz nie molestował i innych dzieci. Rozpytują rodziców. Chcą im w ten sposób pomóc . Początek rozmowy dotyczy dramatu setek  poszkodowanych (choć spawa się toczy w jednej sprawie) i zgwałconych.  Potem następuje „instrukcja molestowania” czyli prawnicy tłumaczą co mogło tym molestowaniem być i ile można  na tym ugrać. Ministranci i rodzice przypominają sobie, że rzeczywiście ksiądz ich też molestował. Dołączają do procesu, a oskarżony nie ma szans-bo molestował. Trafia za kratki z dodatkowym bagażem.

Z jednego czy dwóch pokrzywdzonych robi się dziesięciu.  Tak się robi pieniądze.

Pedofilska maszynka do zarabiania pieniędzy przyniosła odszkodowania idące w setki milionów dolarów.

Jak to może wyglądać w kraju?

Cennik:

-znak krzyża na główce dziecka -dotykanie części intymnych-od 20.000 złotych

-polanie główki podczas chrztu-wychłodzenie organizmu-od 50 tysięcy w górę,

-gra w piłkę nożną (chłopcy pokazywali nogi „obnażając” się przed księdzem, który też grał)-od 15 tysięcy złotych.

Mechanizm –jak franczyza czy system retail-wchodzi do Polski ( w zasadzie zadomowił się, jest u siebie). Skorzystają kancelarie prawne i tysiące „zgwałconych”. Cyniczne? Cyniczne. Jak to możesz interpretować? Twierdzisz, że jesteś ofiarą, a nie jesteś. Myślisz, że to wszystkich dotyczy, a dotyczy jakiejś części-pokrzywdzonych jak wyżej czy biorców jak niżej. Czyli, gdyby słusznie w odpowiednim momencie nałożono karę, dramatów można było uniknąć. Niesłusznie nałożona kara może kogoś zniszczyć. Psychicznie i fizycznie.

Piszę o tym łącząc te dwa tematy, bo gromadomyślenie o powodzeniu systemu doprowadza nierzadko ludzi do ruiny, gromadomyślenie o tym nowym biznesie i skali zjawiska- ma też i drugie dno. Nieopisane w literaturze fikcji czy faktu.

A pozostawiając ten wschodzący jeszcze biznes w Polsce- wracamy do sprawy właśnie kar, które miały zniszczyć do końca biznes o którym była mowa we wpisie „Jak z gazeli zedrzeć skórę”. W efekcie miały zniszczyć człowieka. Jednak Sąd jest zdania, że w tym przypadku trudno o wątpliwości, kto komu powinien zapłacić. Nie wyprzedzając. Lektura długa. Wyroki precedensowe w Polsce.

W nawiązaniu do tematu jak z gazeli zedrzeć skórę-parę dokumentów.

To część dokumentów dotyczących wpisu „Jak z gazeli zedrzeć skórę”. Dziś wraca w wersji rozbudowanej jako corpus delicti nie pozostawiający złudzeń co do faktów. Dlatego warto, abyś powiedział o tym wszystkim.

Jak z gazeli zedrzeć skórę, czyli 100 mln złotych strat

„Gazele Biznesu” są to nagrody dla firm, które w okresie co najmniej trzech lat generują zyski z działalności, nieprzerwany wzrost i rozwój firmy zarówno co do obrotów jak i poziomu zatrudnienia, dodatkowym argumentem „za” przyznaniem Gazeli Biznesu jest prowadzenie firmy w zgodzie z etyką w biznesie.

GGG

G0

Firma Centrum Handlowo-Dystrybucyjne RT Projekt powstała w 1996 roku i za wyniki wypracowane za lata 2006-2013, nieprzerwanie przez kilka lat otrzymywała tytuł Gazeli Biznesu. W szczytowym okresie zatrudniała blisko 600 osób. Jeszcze w 2014 roku otrzymuje Medal Europejski od Business Centre Club. Dziś sytuacja wygląda inaczej.

Co takiego się wydarzyło, że firma notująca wzrosty nagle traci majątek , który w 2015 roku został oszacowany przez biegłego na kwotę ok. 64 mln złotych ? Aby móc namalować ten swoisty obraz biznesowego pobojowiska , które dziś bada prokuratura w Poznaniu, cofnijmy się wiele lat wstecz – na pole golfowe- którego pierwszym zarządzającym był Robert Ducki – główny udziałowiec firmy nagradzanej m.in. wspomnianymi  Gazelami Biznesu.

G11

G31G41G2015

Robert Ducki:

Ukończyłem specjalizację z biologii molekularnej  na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Biologia molekularna to biochemia z genetyką. Ukończyłem także studia na Wydziale Ogrodniczym SGGW w Warszawie. Dodatkowo dwuletnie studia podyplomowe z zarządzania i marketingu u Leona Koźmińskiego, studiowałem także w Stanach Zjednoczonych, a później sporo szkoleń w Szwecji, Szwajcarii i Anglii oraz w Business Center Club (BBC). Po powrocie ze studiów zagranicznych, jeszcze w trakcie studiów dziennych w kraju, wygrałem konkurs na stanowisko Greenkeeper’a  na polu golfowym w Rajszewie dzięki czemu miałem przyjemność być szkolonym przez sławnego w świecie golfistów Jana Sedercholma.  Pracowałem najpierw przy budowie tego pola golfowego w nadzorze inwestorskim, a potem prowadziłem to pole przez kolejne kilka lat. Nadzór inwestorski polegał na dbaniu o interes inwestora przy budowie, nadzorowałem ekipy budowlane, które budowały samo pole golfowe i jego system nawadniania jak i budynki w jego obrębie. Zaplecze techniczne, klub golfowy, nadzorowałem odpowiednie utrzymanie trawy , relacje z klientami itd.

Daniel Dziewit:

I  jak rozumiem porzucił pan etat i poszedł na swoje?

Poznałem tam wielu ludzi, także ze sfery biznesu i dyplomacji , którzy namówili mnie do tego żebym zajął się czymś na własną rękę. To był czas kiedy w Polsce dopiero biznes stawiał pierwsze kroki i możliwości było dużo więcej niż dziś. Sam fakt, że mówiłem wówczas biegle po angielsku sprawiał, że nawiązywanie kontaktów przychodziło mi łatwo. Tam jeden z klientów namówił mnie do tego żebym zrobił studia z zarządzania i tak też zrobiłem.  Zdobyłem podbudowę teoretyczną  i studia w Wyższej Szkole Zarządzania i Marketingu Leona Koźmińskiego były pod tym kątem przydatne. Byłem pierwszym Greenkeeper’em w Polsce i tej sztuki uczyłem się od guru w Szwecji. Potem zdobytą wiedzę przekładałem na praktykę czyli w praktyce zarządzałem polem golfowym. Na studiach zdobywałem teorię, którą wykorzystywałem w praktyce.

Pierwsze szlify w biznesie zdobyłem dzięki importowi sprzętu do wyposażania laboratoriów do analiz chemicznych żywności. Trafiał do laboratoriów weterynarii, Sanepidów, Państwowej Inspekcji Handlowej w całym kraju. Wyposażaliśmy także laboratoria firm przemysłowych takich jak: PKN Orlen, Lotos czy Zakłady Chemiczne .

W tamtych czasach to był bardzo opłacalny biznes. Nawet przetargi  pozwalały zarobić, bo najniższa cena nie była jedynym kryterium .  Po kilku latach rozkręcałem już biznes na większą skalę z największą spółką giełdową  w latach 90-tych. Zajęliśmy się sprzedażą wysyłkową , dla której nośnikiem oferty były katalogi wysyłkowe zawierające blisko 6.000 artykułów przemysłowych  i  sprzedażą internetową.

W latach 90-tych klienci do sprzedaży katalogowej i internetowej podchodzili jak pies do jeża, a my wówczas byliśmy pionierami sprzedaży wysyłkowej  w Polsce. Prawie rok przygotowywaliśmy się do wdrożenia pomysłu który z powodzeniem funkcjonował od wielu lat w USA, Niemczech i setkach innych krajów.

Stworzyliśmy katalogi produktowe, które również były umieszczane na stronach internetowych i prowadziliśmy dystrybucję tych katalogów.  Wystartowaliśmy w 2000 roku by rok później zrobić obrót na poziomie 20 mln złotych. Jako współudziałowiec i dyrektor zarządzający zajmowałem się częścią operacyjną, handlową i marketingową , a także byłem redaktorem naczelnym katalogów. Niestety już w 2002 roku główny udziałowiec „wyeksportował” pieniądze ze spółki na swoje inne zobowiązania i nadszedł czas do rozpoczęcia budowania bardziej trwałego biznesu m.in. w oparciu o liczne domeny internetowe, które kupiłem po powrocie ze Stanów  Zjednoczonych , w latach 90-tych.

Przewidująco…

Wiedziałem, że internet to przyszłość stąd też wykupiłem kilkadziesiąt domen już wtedy.

… i co się dzieje dalej?

Kontynuowałem  działalność handlową w nieco innym obszarze w sposób bardziej niezależny.

I staje się pan człowiekiem zamożnym

Z PIT-ów wynikało, że zarabiałem rocznie od 800 tysięcy do sporo ponad miliona złotych rocznie.  Dużo reinwestowałem , uruchamiałem kolejne firmy , a później firmy inwestowały w następne firmy.

Jakie i po co?

Chodziło mi o to, żeby zbudować stół z pięcioma nogami

Klasyczny stół ma cztery nogi

Tak, ale jak jedna się wyłamie to biznes się chwieje  , a przy pięciu nogach to stół nadal stoi stabilnie na pozostałych czterech. Kiedy się chwieją dwie nogi – branże – formy działalności gospodarczej, to ten stół wprawdzie mniej stabilnie, ale wciąż stoi. W każdej branży jest czas koniunktury i dekoniunktury czyli większych i mniejszych przychodów , na zasadzie sinusoidy. Chodzi o to żeby doprowadzić  firmę do maksymalnej stabilności, żeby zajmowała się pięcioma formami działalności, których sinusoidy nie pokrywają się ze sobą.  Krzywa wypadkowa dla tych pięciu sinusoid jest prawie linią prostą , co pozwala skoncentrować się na parametrach wzrostowych bez tracenia znacznej części zysków w okresie dekoniunktury dla danej branży.

Ale stolarzem pan nie został

Budowaliśmy domy jednorodzinne od fundamentów pod klucz. Podpisywaliśmy umowy z producentami i różnica pomiędzy ceną detaliczną i fabryczną dawała możliwość generowania ogromnych zysków. To był strzał w dziesiątkę. W pewnym momencie zostałem już nie tylko człowiekiem zamożnym ale milionerem.

Był pan zawodowym greenkeeper’em, a nie budowlańcem.

To można powiedzieć, że jestem także zawodowym biochemikiem , ratownikiem WOPR, sędzią pływackim, pedagogiem, ogrodnikiem, handlowcem , marketingowcem , specjalistą od zarządzania itd.  Ale na poważnie to na polu golfowym miałem inżynierów, ściśle współpracowałem z ekipami budowlanymi. Musiałem nauczyć się czytać projekty budowlane , a podstawy miałem jeszcze z SGGW przy okazji projektów szklarni , suszarni itd. Wtedy się nauczyłem wielu zagadnień, które przełożyłem na kierowanie firmą realizującą budowę domów jednorodzinnych. Nie stałem się wprawdzie spawaczem , ale nie byłem zupełnie oderwany o tego tematu. Uczyłem się na bieżąco nowych rzeczy.  Zatrudnialiśmy fachowców z uprawnieniami. Rocznie budowaliśmy 3-4 domy i za każdy zakończony etap płacił klient , będący właścicielem działki. Niewielkie zaangażowanie kapitału własnego minimalizowało ryzyko, że klient przejmie dom bez zapłaty bo płacił za każdy z 17-tu oddanych etapów.  Przez kilkanaście lat trochę tych domów pobudowaliśmy .

Czyli stół miał kolejną nogę

I powstała następna czyli od 2003 roku hurtownia RT Projekt centrum handlowo dystrybucyjne ze sprzętem AGD. Zrestrukturyzowałem ze wspólnikami firmę z wolnostojącego AGD, która dostarczała do hipermarketów i sklepów meblowych sprzęt  pod kątem AGD do zabudowy. Wiem .. , była to specjalizacja bardzo wąska, spore ryzyko i wymagająca dużych nakładów m.in. na wyszkolenie fachowców z najwyższej półki ale w 2003 roku kuchnie zabudowane stanowiły w Polsce tylko 5%, a we Francji 84% , czy w Luxemburgu nawet ponad 95%. Czasami ważniejszy jest potencjał wzrostowy branży na kolejne lata , a to w naszym przypadku się sprawdziło.

I kolejny złoty strzał

Każda z tych firm generowała zyski.

A skąd pomysł na sklepy spożywcze?

Za długi przejęliśmy dwa sklepy spożywcze, od kontrahenta, który się z nami nie rozliczył za sprzęt AGD. To były dwa sklepy po 200-300 metrów kwadratowych. Dwa lata później kolejne dwa też przejęliśmy w rozliczeniu i te cztery sklepy jakoś się kręciły. Po drobnej restrukturyzacji każdy z nich dawał od 5000-10.000 zysku miesięcznie.

To drobne…

Zależy jak rozumiemy zysk. Niech pan wyciśnie 10.000 zł czystego zysku z Żabki.

Zostawmy Żabkę. Chodzi o skalę. Jeżeli poprzednie firmy generowały konkretne pieniądze to po co sobie brać problem na głowę. To mam na myśli.

Na początku te sklepy były nierentowne. Później sukcesem było to że zaczęły zarabiać a dużym było to, że w 2006 generowały razem 40-50 tysięcy miesięcznie, więc można powiedzieć, że to był sukces. Tym bardziej, że obroty nie były szalone, około 200-300 tysięcy miesięcznie i trzeba było naprawdę się nagłowić żeby tanio kupić i dobrze sprzedać, tak żeby na tym zarobić.

O spożywce pan nie miał pojęcia.

Osobiście, to do 2009 roku byłem jak szczypiorek na wiosnę. Zatrudniłem do tego kierownika nadzorującego wraz zastępcą i to był nadzór bezpośredni nad tym biznesem. W celu uzyskania lepszych parametrów finansowych połączyliśmy te firmy i zrobiła się taka sytuacja, że w 2008-2010 jedna firma miała kilka działów czy departamentów z których każda zajmowała się innym profilem działalności i każda z nich zarabiała, a  stół miał nie pięć ale sześć nóg.

Czyli osiągnął pan cel. Wielu marzy, aby zostać rentierem

Zgłosił się do nas pracownik Eurocash’u, który dotarł do moich pracowników zajmujących się prowadzeniem branży spożywczej i oni zarekomendowali, że warto by się spotkać z pracownikiem ekspansji Eurocash Franczyza, potem z Dyrektorem, a potem z prezesem Eurocash Franczyza . To był pierwszy kwartał 2008 roku.

Czym zachęcali, żeby pan zdjął swój szyld i założył optymistyczny zielony Delikatesów Centrum?

Eurocash SA jako hurtownia zobowiązywał się w umowie do nieprowadzenia sklepów własnych co dawało pewność , że franczyzobiorcy będą równo traktowani. Przedstawiono nam wyniki finansowe innych sklepów, które już funkcjonowały jako franczyzowe  i to były wspaniałe wyniki. Oni pokazywali nam wyniki na poziomie 2000-2100 złotych z metra kwadratowego sali sprzedażowej. Czyli w przypadku moich sklepów miałaby to być  prawie potrojenie obrotów. Kolejna kwestia to fakt, że współpracujemy z dużą giełdową spółką mającą i odpowiedni kapitał i zaplecze do rozwoju. Co później nie koniecznie kompilowało ze stanem faktycznym.

Wyniki zostały przedstawione jako co?

Jako prezentacje w power poincie. Tak.

Że sklep generuje 2100 złotych z metra?

Tak. I powiem szczerze okazało się to prawdą o tyle, że było kilka sklepów, które takie wyniki osiągały,  nie była to średnia sieci. Pokazywano to jako średnią sieci na podstawie najlepszych kilku sklepów z około dwustu w całej sieci. To wyszło na jaw dopiero później.

Uwierzył pan w to na podstawie slajdów w power poincie?

Zupełnie inaczej podchodzi się do powszechnie znanej spółki notowanej na giełdzie od 2005 roku która jest prześwietlana przez nadzór giełdowy więc  podawane przez nich dane nie wymagały w percepcji mojej i innych członków zarządu, żadnej dodatkowej weryfikacji. Jeżeli dyrektor spółki czy prezes 100 procent zależnej od Eurocash SA czy spółki Eurocash Franczyza na oficjalnych spotkaniach z franczyzobiorcami przedstawia określone dane liczbowe no to, przepraszam, może to świadczyć, że robią to po to aby wyciągnąć od ludzi pieniądze ?. Czyli fałszują te dane w celu uzyskania korzyści majątkowej co w przypadku spółki giełdowej byłoby niedopuszczalne.

Teoretycznie niedopuszczalne

Teoretycznie

W jaki sposób przedstawiali cud gospodarczy polegający na podwojeniu obrotów?

Dzięki temu, że mają bardzo silną hurtownię, duże obroty i są w stanie dla budowanej pod swoim patronatem sieci sklepów dostarczać towary w cenach atrakcyjniejszych niż dostarczają te towary do innych sieci, co wydawało się logiczne i zrozumiałe. I analizując w 2008 roku przedstawiane nam cenniki dla Delikatesów Centrum było to zgodne z prawdą. Jeden z naszych sklepów był w sieci ABC, a inny w sieci Groszek to mieliśmy bezpośrednio materiał porównawczy.

Przekonali pana.

Tak. Najpierw jeden z tych czterech sklepów zamieniliśmy na Delikatesy Centrum. Na początku był to niewypał, bo estymacja przychodów – czyli przedstawione przez Eurocash prognozy dotyczące obrotów i uzyskiwanej marży na danym sklepie – była po pierwszym kwartale na poziomie  470.000 zł  przychodu miesięcznego brutto.

A ile ten sklep własny generował obrotów?

Około 200.000 złotych.

I po zmianie szyldu miało być 470.000 złotych?

Tak prognozowali fachowcy z Eurocashu. Pierwszy kwartał miał właśnie wygenerować  taki wynik. Po dwóch latach miał dojść do 700.000 złotych miesięcznie. Okazało się to, totalną wpadką, bo sklep miał w pierwszym miesiącu 175 tysięcy sprzedaży, po pierwszym roku generował jakieś 250 tysięcy sprzedaży miesięcznie.

Mija rok. Prognozy się nie sprawdzą i co? Pozostałe sklepy działają pod własnym logiem?

Tak. W 2008-2009 roku mieliśmy jako spółka duże nadwyżki finansowe. Osiągaliśmy je z innych form działalności i szukaliśmy możliwości atrakcyjnego inwestowania. Stwierdziliśmy, że powiedzieliśmy A to powiemy B pomimo, że ten pierwszy sklep to była wpadka.

Ale nie przynosiła strat…

Przynosiła straty. Eurocash miał określone wymagania co do ilości zatrudnionych osób, w tym sklepie np. wcześniej pracowało 10-11 osób, a Eurocash wymagał żeby to było 26 osób. Spółka musiała zatrudnić te 26 osób przed uruchomieniem Delikatesów Centrum. Rozumie pan? Do tego marża efektywna jaką uzyskiwaliśmy wcześniej bezpośrednio na sklepie wynosiła 26-30 procent, a po otwarciu DC w pierwszym miesiącu wyniosła niecałe 11%, a po pierwszym kwartale niecałe 13%. Pod koniec pierwszego roku  14,50%.

Nie zapaliła się panu lampka ostrzegawcza? Że zaraz:  miałem sklep własny, który generował zyski, a po podpisaniu umowy franczyzowej nagle pan zaczął dopłacać?

Uzasadnienie ze strony Eurocashu było dosyć logiczne. Mówili tak: słuchajcie, my inwestujemy w niskie ceny hurtowe, wy inwestujecie w niższą marżę po to, żeby szybko pozyskiwać kolejnych klientów, którzy widząc atrakcyjne ceny w sklepie będą przychodzili do was, a nie do Biedronki czy innego sklepu. Był jeszcze jeden aspekt Delikatesy Centrum, które otworzyliśmy były oddalone ok. 300 km od najbliższych Delikatesów Centrum na południe od Rzeszowa i był to dopiero 232 sklep w sieci w skali całego kraju.

Ale powstawały jak grzyby po deszczu inne sklepy, inne spożywki, galerie handlowe…one stanowiły konkurencję. Nie widział pan tego?

My byliśmy tak naprawdę pionierem na danym terenie i okazało się, że to my ponosiliśmy w całości koszty tego pionierstwa , czego żaden z „fachowców” w Eurocashu nie przewidział i nie podjął stosownych środków zapobiegawczych co powinien zrobić profesjonalny franczyzodawca. Na przykład produkty dostarczane przez Eurocash chociażby marki własnej „Dobry Wybór” były całkowicie nieznane na terenie województwa lubelskiego w przeciwieństwie do Podkarpacia. Tam po dwóch latach się przyjęły i ich cena przekładała się na znaczne zwiększenie obrotu, ale u nas nie. Generowała tylko przecenę za przeceną i straty na przeterminowanym asortymencie „Dobry Wybór”. U nas to było coś na zasadzie „no jakiś tam sklepik powstał”, nie był jeszcze kojarzony z siecią Eurocashu (2008). Dopiero nasze dodatkowe ogromne nakłady na reklamę lokalną, dodatkowe ulotki własne z promocjami produktów lokalnych zaczęły sukcesywnie zmieniać ten stan. W województwach : mazowieckim i kujawsko-pomorskim też otworzyliśmy pierwsze sklepy.

Niecałe pół roku po przemianowaniu naszego sklepu na DC otrzymaliśmy od Eurocashu propozycję otworzenia drugiego sklepu, który był prawie przygotowany, bo tam franczyzobiorca w ostatniej chwili się wycofał.  Koszty jego otwarcia były już nie 750.000 zł ale znacznie niższe,  a trzeci sklep okazał się hitem od samego początku. Drugi nie był wpadką, ale tutaj już postawiliśmy nasze warunki czyli nie zgodziliśmy się na przerost zatrudnienia, zawyżonej estymacji i przyjęliśmy własne kalkulacje również w zakresie inwestycji i zaangażowania własnych środków. Nie zostawiliśmy inicjatywy całkowicie pracownikom Eurocashu. Tutaj na przykładzie pierwszego błędu zobowiązaliśmy się do takiego zatrudnienia które będzie racjonalne w stosunku do obrotów, bo z roku na rok koszty pracy rosły i rosną do dziś.

Ten trzeci sklep po pierwszym kwartale przyniósł przyzwoite zyski pomimo niskiej marży procentowej. Po niecałym półtora roku koszty inwestycji się zwróciły więc to był rezultat satysfakcjonujący. Później otwarliśmy kolejne sklepy, ale  mieliśmy wciąż trzy nasze niezależne.

Dlaczego?

Ale co dlaczego?

Trzymaliście wasze skoro było już kilka franczyzowych, one sobie radziły,  no to logiczne by było i te trzy włączyć do sieci…

Te sklepy sobie dobrze radziły i mimo wszystko generowały wyższe zyski niż Delikatesy Centrum, pomimo mniejszej sprzedaży i nie było takiego ciśnienia na zamianę i te własne sklepy nie wymagały inwestycji. Jak mieliśmy kasę , to lepiej było otworzyć kolejny sklep Delikatesów Centrum.

A nie przyszło panu do głowy, żeby tę nogę podzielić na dwie ? Czyli własne sklepy plus franczyzowe?

Jeden z moich znajomych tak zrobił. Po otwarciu dziesiątego sklepu Delikatesów Centrum rozwijał równolegle własną sieć. Był po prostu mądrzejszy … dobrze zrobił, on podzielił od razu te sklepy na kilka spółek, zabezpieczył się i bardzo dobrze funkcjonuje.

Wciąż zarabialiśmy wciąż na tych innych działalnościach. W 2012 mieliśmy już 12 sklepów w tym 10 franczyzowych. Po drodze kupiliśmy jeszcze jednego  groszka i osiedlowy sklep, który przez jakiś czas prowadziliśmy poza siecią, a potem włączyliśmy go do sieci. W tamtym czasie pracowaliśmy na starszym systemie księgowym, który nie dawał nam możliwości dokładnego rozgraniczenia zysków z poszczególnych form działalności. Oczywiście przy podsumowaniach wiedzieliśmy, że to generuje tyle, to tyle, a tamto tyle. Otwierając dwa- trzy sklepy w roku to były także duże nakłady inwestycyjne i nawet jeśli papierowo wychodziła nam jakaś nieduża strata to wydawała się ona uzasadniona tym, że zainwestowaliśmy np. 2,5 mln zł w nowe sklepy. Opieraliśmy się na systemie zainstalowanym przez pracowników Eurocash’u  , KC-Market i na wynikach kwot marży które poszczególne sklepy generowały.  Dopiero znacznie później okazało się to niezgodne z rzeczywistością.

Jak działały pozostałe cztery nogi?

Zarabialiśmy na wynajmie nieruchomości i to dawało zysk, AGD sprzedaż hurtowa dawała zyski, sprzedaż internetowa też, programy lojalnościowe też były na plusie więc …

Czy ta piąta noga w pewnym momencie stała się problemem?

Dopóki zysk z czterech nóg przewyższał straty tej piątej nie odczuwaliśmy problemu i niższy zysk traktowaliśmy jako inwestycję długoterminową w rozwój poziomu sprzedaży. Problem zaczął się w drugiej połowie 2013 roku kiedy de facto w ciągu 10 miesięcy  czyli pod koniec 2012 i w 2013 roku otworzyliśmy kolejne 11 sklepów i zainwestowaliśmy w te sklepy ok. 10-12 mln złotych, gdzie również lwią część środków przesunęliśmy z innych form działalności . Sklepy zamiast przynosić spodziewany zysk tak jak te pierwsze dziesięć to od połowy 2013 roku przestały go przynosić. Szukaliśmy początkowo naszego błędu , a okazało się że przyczyna tkwi gdzie indziej.

Skoro coś nie przynosi zysku to się to zamyka.

Nie było takiej możliwości. Umowa franczyzowa jest podpisywana na pięć lat plus rok wypowiedzenia , dodatkowo duże zobowiązania leasingowe itd. Mieliśmy też umowę partnerską dodatkowo podpisaną na początku 2013 roku i zamknięcie sklepów wiązało się także z karami, które w 2014-2015 mogły przewyższyć możliwości finansowe spółki.

Czyli te 4 nogi pożyczając pieniądze na kolejne otwarcia nie miały już środków na pokrycie tych kar?

Tak. Eurocash nas wykończył nie uruchamiając nam kredytu kupieckiego na te dziesięć nowych sklepów.

Zwiększenie tego limitu kredytowego  wynikało z umowy?

Z zasad zwyczajowych.

Czyli na gębę?

Tak. Nawet biorąc pod uwagę nowych franczyzobiorców z poza sieci to mechanizm był taki że Eurocash Franczyza nie mógł podpisać umowy franczyzowej i otworzyć sklepu z nowym franczyzobiorcą dopóki nie został ten biorca zweryfikowany i zaakceptowany przez Eurocash SA

Wychodzi na to, że ten Eurocash SA to jest bank…

Tak , można by powiedzieć, że to jest taka działalność parabankowa. Jest to przełożenie dodatnich przepływów Eurocashu wynikające z umów z dostawcami towarów. Oni mają terminy płatności 60, 90, 120 dni, a obrót pieniądzem w hurtowni jest na  poziomie 10-20 dni. Wiadomo, że mają określone nadwyżki finansowe, a z drugiej strony przyznanie  limitu kredytu kupieckiego jest czymś normalnym w handlu. Upraszczając zagadnienie to każdy producent czy inny dostawca tak robi żeby mógł wystawiać faktury terminowe.

Zgłosiliśmy problem naszej Spółki z limitem kredytu kupieckiego , a tym samym z kapitałem obrotowym i  Eurocash zaproponował wejście z udziałami najpierw na 49%. My byliśmy trzecim co do wielkości partnerem. Rozmowy się przeciągały. Najpierw deklarowali kwotę satysfakcjonującą potem ją zmniejszali, a czas leciał. Uznawaliśmy to działalnie za profesjonalne i w dobrej wierze. Przy kolejnej, piątej zmianie warunków przez Eurocash SA, zerwaliśmy te rozmowy. Jednocześnie Eurocash , prawie natychmiast po tym fakcie, zredukował nam o połowę limit kredytu kupieckiego. Mieliśmy 14 dni na zapłatę ponad dwóch milionów złotych i zablokowane dostawy od Eurocashu SA. Po tym terminie Eurocash z wekslem wystąpił do Sądu o uzyskanie nakazu zapłaty i ruszyło  komornicze działanie zabezpieczające, dążąc do rozłożenia sklepów i spółki w całości.  W grudniu 2016 roku udało nam się uzyskać finansowanie bankowe na poziomie 11 mln złotych. Doprowadziliśmy do zawarcia ugody co do spłaty zobowiązań, które zostały i cały czas nie rozumieliśmy dlaczego te zobowiązania są tak duże .

Udało się uzyskać consensus w rozmowach z Carrefourem i w grudniu otworzyliśmy sklepy pod szyldem Carrefour Express. Niestety w 2016 straciliśmy kilka sklepów, ale 17 jeszcze było. Jeden straciliśmy bo Eurocash , jako bezpośredni wynajmujący, przegrał przetarg w Lublinie na kolejne 4 lata na daną lokalizację i musieliśmy się wynieść. Straciliśmy lokalizację w którą zainwestowaliśmy ponad 2 mln złotych. Eurocash zapewniał, że ma zagwarantowaną tą lokalizację na 10 lat. W drugim przypadku nie płaciliśmy czynszu a w trzecim zmienił się właściciel lokalu i nie przedłużył nam 10-letniej umowy najmu.

Skąd wątpliwości co do wysokości zobowiązań wobec franczyzodawcy i Eurocashu ?

To jest temat bardzo obszerny. W skrócie to

– uno: zawyżanie na fakturach ilości sztuk dostarczonego towaru,

– secundo: zawyżanie na fakturach cen produktów w stosunku do cen z dnia złożenia zamówienia,

– tertio: nie uwzględnianie reklamacji ilościowych i jakościowych przez Eurocash SA składanych przez sklepy , etc. etc.

Jak podsumowaliśmy to wszystko na przełomie 2017 i 2018 roku , analizując dokument po dokumencie , to zebrała się kwota rozbieżności na ponad 4.000.000 zł.

Sygnalizowaliście, że coś się nie zgadza?

W pierwszym roku po uruchomieniu u nas nowego systemu SAP Business, kiedy zyskaliśmy już 100%-ową pewność , że to nie jest nasza niekompetencja – to tak, zasygnalizowaliśmy. Słyszeliśmy, że  niemożliwie, aby coś się nie zgadzało i że sprawdzą . Jednocześnie cały czas robiliśmy wszystko żeby czymś nie zrazić Eurocashu jako przyszłego udziałowca i partnera w biznesie, przecież trwały negocjacje.

W momencie kiedy zerwaliśmy rozmowy to przestaliśmy być mili i zapytaliśmy na piśmie.  Nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Pytanie brzmiało skąd wynika rozbieżność z faktycznie uzyskiwanej marży w naszym systemie SAP z ich systemem KC-Market, na poziomie 2 mln złotych.

Później się okazało, że faktury za towar z Eurocashu w przypadku 20 pozycji  są zawyżone w stosunku do cen z formularzy zamówień. Wyszło, że średnio te faktury były zawyżane były o ok. 4%. Po cichu nam zabierali 4 procent marży. To był rok 2016 kiedy jesteśmy już w sądzie i w prokuraturze.

Zarzucamy świadome działanie mające na celu przejęcie spółki, doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem. Oni dążyli do tego, abyśmy upadli. Kiedy  w grudniu 2016 otworzyliśmy Carrefoury to w marcu 2017 pojawiły się pierwsze bezpodstawne pozwy o odszkodowanie z tytułu zerwania umowy franczyzowej . Czyli kary i to kary wyssane z palca. Oni zrobili 8 pozwów. Każdy pozew to jest od czterystu kilkudziesięciu tysięcy złotych do ponad 700 tysięcy złotych za sklep. Łącznie na jakieś 6,5 mln złotych.

Na podstawie samego pozwu i nieprawomocnego nakazu z weksla (!) komornicy weszli do sklepów i zajmowali gotówkę. Komornik wysłał zajęcie naszych należności do naszych dostawców. Dążyli do sparaliżowania sklepów i przejęcia lokalizacji. Kilka przejęli. Do kilku nie mają chętnych, chyba nie chcą sami otworzyć. Kilka sklepów przejęła „Stokrotka”, ale czy jest to efekt kapitałowego powiązania z Eurocashem to już ….

Moja spółka ma dziś ok. 16 mln złotych długów. W ZUS, US i u dostawców.

s212

Ta piąta noga rozwaliła cały ten stół i został stół z powyłamywanymi nogami.

Niestety tak. Ta piąta noga kiedy uzyskała 65 procent obrotu firmy to rozwaliła cały stół. Czyli gdybyśmy nie otworzyli tych ostatnich 10 sklepów to jeszcze nie byłaby w stanie rozwalić całej firmy. W różny sposób, namawiani zainwestowaliśmy w kolejne sklepy na swoje nieszczęście. Dziś jestem przekonany, że cały ten mechanizm przyczynowo skutkowy dążył do wyciągnięcia pieniędzy z firmy w sposób świadomy i z góry zaplanowany co najmniej od 2013 roku.

Jak pan dziś ocenia franczyzę Eurocashu. Kiedyś pan chwalił. Był pan w pewnym sensie twarzą systemu. Rekomendował pan, rekrutował innych biorców. Był pan marionetkowo przedstawiany jako człowiek sukcesu.

Do 2016 roku nie miałem świadomości, pomimo szeregu zastrzeżeń, że Eurocash działa celowo po to, żeby przejmować sklepy franczyzobiorców. Pewne niedogodności były, ale nie spodziewałem się, że ostatecznie po 10 latach współpracy zostanę pozbawiony tego co budowałem przez 25 lat. W grupie pokrzywdzonych w prokuraturze jest jeszcze 17 byłych właścicieli sklepów. Też nie wiedzieli gdzie uciekają pieniądze. Początkowo było ponad 50 osób ale nie wszyscy dołączyli do śledztwa. Niektórzy wyjechali z kraju, za innych spłaca długi cała rodzina. Dwoje z nich popełniło samobójstwo.

W praktyce Eurocash stosuje wiele cenników i każdy dostosowuje do danego biorcy. Moim zdaniem mechanizm jest taki: kiedy dany sklep generuje 30 tysięcy złotych zysku z marży to wówczas wdraża mechanizmy, które powodują obniżenie tej marży i jej przechwycenie poprzez braki w dostawach na których nie są uznawane reklamacje, zawyżanie cen na fakturach vatowskich w stosunku do cen na formularzach zamówień lub innych mechanizmach, które stosowali. To dlaczego nasze 20.  sklepów, tego samego dnia kupowały ten sam produkt w kilku różnych cenach hurtowych zakupu ? Czy może mi Pan podać jakieś inne logiczne uzasadnienie ?

Chodzi o to żeby za dużo nie zarobił.

Żeby więcej zostało w  Eurocash’u czyli mechanizm maksymalizacji zysku kosztem franczyzobiorców. Do 2016 roku nie miałem świadomości, że jest to działanie celowe ze strony Eurocash’u. Starałem siebie wewnętrznie przekonać, że są to błędy pracowników niższego szczebla, które skutkują tym czy czymś innym.

Są tak zwane złote strzały.  Mieliśmy  cztery takie, które generują po roku, dwóch – blisko milionowy obrót miesięcznie i są w stanie wygenerować marżę, która daje spore zyski nawet pomimo wspomnianych mechanizmów wdrażanych przez Eurocash. Natomiast jeśli Eurocash podejmie decyzję,  że chce przejąć tę lokalizację to je przejmuje. Podam przykład : jeżeli sklep robi mln obrotu i ma milion kredytu obrotowego czy 700 tysięcy to wystarczy, że temu biorcy obetną limit kredytu kupieckiego z miliona do pół miliona i on już się dusi. Albo przez miesiąc nie ma dostaw piwa , tak jak to miało miejsce w jednym czy dwóch naszych sklepach i już obrót spada o blisko 20% i z zysku pozostaje wspomnienie.

Teoretycznie Eurocash powinien w takim razie przejmować wszystkie rentowne sklepy

I tak jakby do tego  dążą.

„Tak jakby” to brzmi słabo

W 2013-2014 roku zmieniła się polityka firmy Eurocash SA.  Przejęli dwóch największych franczyzobiorców, gdzie przejęli nie tylko 50 procent udziałów. Łącznie z moimi to jest ok. 90-100 lokalizacji plus mniejsze gdzie franczyzobiorca miał jeden czy dwa sklepy. Mataczenie, następnie groźby kar , a na końcu łaskawa ugoda zamykająca usta franczyzobiorcy. Prosta i czysta robota rzec można . Szacuję , że w ten sposób Eurocash przejął majątki franczyzobiorców warte łącznie ponad miliard złotych, a biorcy pozostali w ogromnej większości z długami, komornikami i sądami na głowie.

Tak jak Eurocash Franczyza jest „falochronem” dla Eurocash SA w temacie dziwnych niezgodności w systemie KC-Market , tak te dwie firmy oraz prawdopodobnie inne stały się falochronem dla Eurocash SA dla przejmowania następnych sklepów. Ponownie słychać „Przecież to nie my , Eurocash SA, to spółka XYZ , a my mamy w niej tylko 100% udziałów …. Ha ha „  I na to właśnie pozwalają obecnie funkcjonujące regulacje prawne ?

Systemy franczyzowe cieszą się dobrym pijarem, wizerunkiem, że jest to najbezpieczniejszy sposób na skorzystanie z czyjejś wiedzy, dorobku, są szkolenia, opieka. Dobrze to wygląda.

Brak jest regulacji prawnych, przepisów wykonawczych, ustawy w odniesieniu do tego co może franczyzobiorca, a co dawca, jakie strony mają prawa i jakie obowiązki. W momencie kiedy Eurocash zmienia warunki umowy jednostronnie np. zwiększając obowiązkowe zakupy z 30 tysięcy złotych do 96% całego obrotu sklepu tylko u nich to jest całkowite uzależnienie sklepu od dawcy. Moim zdaniem jest to  przejęcie całości odpowiedzialności w zamian za całkowite trzymanie biorcy w garści. Wystarczy podniesienie ceny hurtowej o jeden procent, gdzie przy obecnym braku przepisów franczyzodawca nie ma obowiązku utrzymywania cen albo zmiany proporcjonalne do np. poziomu inflacji. W naszym przypadku w ciągu czterech lat czyli w latach 2013-2016 średnie ceny hurtowe wzrosły o kilkanaście procent , a w przypadku niektórych produktów nawet ponad trzydzieści procent.  W ten sposób już Eurocash jest w stanie regulować nim czy będzie konkurencyjny  cenowo w stosunku do okolicznych, czy będzie miał spadki sprzedaży czy nie. W momencie przejęcia sklepu  z powrotem wraca do cen i odzyskuje klientów.

Obrońcy franczyzy mówią tak: mamy wolność gospodarczą, swobodę zawierania umów.

No to w tym momencie Eurocash nie powinien mieć prawa do nakładania kar po podpisaniu ugody. Nakładania kar za przejście do innej sieci. Z jednej strony człowiek jest przymuszony żeby w tym związku 6 letnim być, a z drugiej Eurocash przez te 6 lat tak może zmieniać ceny, że nawet jak człowiek chce z tego wyjść – to nie ma z czym, bo wychodzi bez skarpetek.

Prowadził pan wiele firm-każda-na własnym pomyśle, wiedzy i zaangażowaniu. Każdy okazywał się sukcesem. Tymczasem wejście we franczyzę praktycznie doprowadziło pana do tego miejsca w którym pan jest. Teoretycznie zgodnie z ogólnie przyjętą tendencją ten franczyzowy miał być tym najbardziej sprawdzonym, bezpiecznym, perspektywicznym. Jakie dziś ma pan wnioski i refleksje na ten temat?

Na razie wygrywam w pierwszej instancji procesy o kary. Uzasadnienia tych wyroków są miażdżące dla Eurocash Franczyza. Powództwa są odrzucane w całości. Tylko niech ktoś odpowie mi szczerze na pytanie ilu tych pozbawionych skarpetek franczyzobiorców stać na wyłożenie dziesiątek tysięcy złotych na obronę własnego sklepu , czy więcej niż jednego na stu czy trzystu drobnych , polskich przedsiębiorców ? Mam jeszcze jakieś źródła dochodu i stać mnie na obsługę prawną. Przeciętny biorca jest doprowadzany do ruiny wręcz błyskawicznie. Eurocash wdraża mechanizmy takie, że z 10-20 tysięcy zysku miesięcznie dla biorcy wychodzi kilkadziesiąt tysięcy długu. W ciągu pół roku, może roku, biorca ma setki tysięcy zobowiązań na które nie ma pokrycia. Wiąże się to z przejęciem za bezcen całego sklepu z wyposażeniem, towarem i najczęściej także z wyszkoloną na koszt franczyzobiorcy załogą. Majątek mojej firmy przejęty przez Eurocash szacuję na kilkadziesiąt mln złotych, najprawdopodobniej kolejne 50 mln to są utracone korzyści z minionych kilku lat i przyszłego okresu.

Żałuje pan swoich decyzji?

Tak. Każdy kto ponosi straty żałuje. W tym przypadku złudna jest nadzieja, że współpraca z dużym może dać stabilną przyszłość.  Brak regulacji prawnych powoduje, że duży robi to co chce w dowolnym momencie i w sposób jaki chce , w rzeczywistości jest całkowicie bezkarny.

Jak pan sobie radzi?

Jakoś sobie radzę. Całe życie zarabiałem i muszę nadal zarabiać, także na konieczne działania prawne.

O jakie odszkodowanie będzie pan walczył?

Wszystko się da policzyć. To zależy od tego co przyszłość przyniesie, bo aktualnie można powiedzieć że przy tych 20 poszkodowanych wstępnie szacowane straty są na poziomie przekraczającym 100 mln złotych. Są to duże straty są to często majątki całych rodzin i dorobek życia kilku pokoleń.

Dziękuję za rozmowę.

Agora zamyka blogi, nie idziemy na lody-poradnik najemcy

Takiego dostałem maila.

„Decyzja o zamknięciu Bloxa nie była łatwa. Robimy wszystko, co w naszej mocy, żeby ułatwić Ci przeniesienie Twojego bloga w nowe miejsce.

Przygotowaliśmy mechanizmy, które umożliwią Ci przeniesienie treści bloga na platformę WordPress oraz przekierowanie ruchu z bloga na nowy adres”.

Agora rezygnuje z blogerów. Nie dziwi mnie to. Najpierw zniknęły darmowe blogi na onecie. W minionym roku. Znana platforma o nazwie zblogowani została przez onet zlikwidowana. Wp też zamknęła platformę. Blogerzy poszli we własnym kierunku. To niejedyna platforma, która odeszła. Końcem 2017 roku taki pojawił się tekst

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/z-tokfm-pl-znikaja-blogi-agora-nie-ciesza-sie-juz-popularnoscia

Przeniesienie się na wordpressa chyba nie ma sensu. Wg tekstu poniżej wordpress dołuje.

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/platformy-blogowe-na-czele-blogspot-mocno-w-dol-wordpress-i-blox-pl-tumblr-com-przyciaga-najdluzej

Osobiście jestem wdzięczny Agorze, że pomimo przeróżnych nacisków miałem poczucie, że ta redakcja stoi po mojej stronie. W tym sensie, że realnie rzecz biorąc mogli zgodnie z prawem go usunąć, ale tego nie zrobili. Dziękuję w sposób szczególny Ewie Furtak z Bielska Białej, która jako pierwsza zainteresowała się tematem i poświęciła swój czas, a Gazeta swój papier i Przemkowi Jedleckiemu z Katowic, który  opisał praktyki stosowane w Katowicach. Nie mam problemu mentalnego związanego z Agorą w sensie politycznym. Obiektywnie w kontekście galerii handlowych była to Gazeta, która statystycznie najczęściej poruszała ten problem. Dużo zawdzięczacie też Tomkowi Moldze-kiedyś w natemat, dziś w wp.pl. Nie patyczkował się pisząc odważnie o patologiach i przeroście formy nad treścią. Dziękuję tym, którzy linkowali, komentowali, wysyłali zdjęcia. Stworzyliście coś unikalnego, choć niestety nie są to teksty budujące, motywujące, pozwalające na optymistyczne patrzenie na świat. Symbolicznie wszystkie blogi znikną 29 kwietnia czyli na dzień przed 5 urodzinami bloga Przeliczeni. Nie sądziłem, że doczekamy tego momentu. I przypadkowo się nie myliłem.

img_1120img_1121Te zdjęcia podesłał Czytelnik ze Stalowej Woli. Kolejny biorca światowego brandu symbolicznie zgasił światło bez pożegnania. Właściciel marki chciał sprzedać mi ten lokal za symboliczne 50-60 tysięcy.

I pytanie brzmi co dalej. Niewykluczone, że w innej wersji blog pojawi się w sieci. Z linkami do tekstów jako dokumentacja tego co tutaj zostało zrobione. Umówmy się na ten ostatni tydzień w kwietniu, że podrzucę nowy adres-jeśli zdążę to zrobić i będzie na to jakiś pomysł. Temat z punktu widzenia galerii handlowych w mojej ocenie jest zamknięty. Zabawka się znudziła-przestała być rentowna. Podobnie jak blogi-przestały być dla właścicieli rentowne. Internauci migrują na portale społecznościowe-a klienci-na platformy zakupowe, a nie na płytki kwadratowe.

W marcu opublikuję interesującą rozmowę. Czekam na autoryzację. Warta uwagi. Duży system, duże pieniądze i jeszcze większe długi. Na sprawdzonym know how giełdowej spółki. 

P.S. Obiecałem kumplowi, że podpromuję tę stronę. Człowiek sprzedaje papcie, ale też  pisze bloga… o papciach. Mistrz!

https://crobbe.com/shop/pl/blog/p-o-mi-o-ci-ktora-nigdy-si-nie-ko-czy-cz-pierwsza

 

 

 

 

 

 

Wiatrówki za kilkaset „koła”-poradnik najemcy

Kwadratura kary.

„Zdecydowaliśmy się na franczyzę, ponieważ liczyliśmy na wsparcie znających się na tym osób – franczyzodawców.

 

Chcieliśmy nie mieć nad sobą szefa, chcieliśmy być na swoim. Jak bardzo nasze wyobrażenia o franczyzie i to w dodatku w Galerii Handlowej były mylne z rzeczywistością.

Pierwsze znaki ostrzegawcze w głowie pojawiły się w momencie, gdy przyjechali do nas przedstawiciele franczyzodawcy w celu przygotowania naszego lokalu do otwarcia – na trzy dni przed jego otwarciem.

 

Podczas rozmowy wyniknęło, że każda z osób, które zajmuje się obecnie werbowaniem nowych franczyzobiorców, ich szkoleniem i byciem ich opiekunem na czas trwania umowy, miało kiedyś swoją pizzerię, ale z jakichś (niewyjaśnionych nam powodów) się jej pozbyło, sprzedało, oddało komuś innemu.

 

Zastanawialiśmy się dlaczego?! Skoro jest to taki świetny interes, który ma przecież przynosić tak wielkie zyski, którymi i my zostaliśmy omamieni!. W głowach nam się to nie mieściło, do czasu, aż przejrzeliśmy na oczy i zobaczyliśmy że nie jest tak cudownie. Że obietnica zwrotu inwestycji w przeciągu kilku miesięcy jest bujdą. Po pierwszym miesiącu działalności stwierdziliśmy, że widocznie klient o nas jeszcze nie wie, dlatego obroty są niskie, że w kolejnym miesiącu będzie lepiej. Cóż… kolejny miesiąc przywitał nas pustkami na food courcie i pierwszymi klientami o godzinie 13:00-15:00.

Chcąc zawalczyć o jeden dzień odpoczynku dla siebie postanowiliśmy porozmawiać o zamknięciu lokalu w niedziele niehandlowe. Konsultowaliśmy to z innymi najemcami gastronomicznymi w naszej Galerii i każdy narzekał na brak klientów, na nieopłacalność. Każdy chciałby otworzyć się później albo wcale w tym dniu. KiIkoro najemców przed nami wystosowało pisma do zarządu obiektu, ale zderzyło się ze ścianą – odpowiedź była jednoznaczna – każdy lokal musi być otwarty zgodnie z zapisami w umowie najmu, czyli zgodnie z godzinami otwarcia Centrum. I tyle. Żadnego wsparcia czy reklamowego czy w postaci obniżki czynszu w tych dniach, 

Sprawdzałam w kilku źródłach jak to jest z tym zakazem handlu w niedziele i czy zarządca obiektu może zmusić najemcę do bycia otwartym, czy jednak właściciel lokalu sam o tym może  zdecydować, przecież są galerie handlowe, które w niedziele niehandlowe są całkowicie zamknięte dla klientów. Dlaczego, więc jedni mogą, a drudzy nie?

 

Zadzwoniłam w tej sprawie do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, po kilku przełączeniach do niby wreszcie kompetentnej osoby, usłyszałam, że Pani nie chce mnie wprowadzić w błąd, musi się z kimś skonsultować, a  najlepiej żebym skontaktowała się za pomocą formularza kontaktowego na ich stronie internetowej, a oni odpiszą w najszybszym możliwym terminie. Wysłałam więc zapytanie za pomocą formularza, jak również i na adres mailowy podany na stronie www. Do tej pory nie otrzymałam żadnej odpowiedzi.

 

W dalszym ciągu nie wiemy na czym stoimy – czy możemy się legalnie zamknąć w niehandlowe niedziele czy też MUSIMY być otwarci, mimo, że w innych galeriach handlowych punkty gastronomiczne są nieczynne z woli właścicieli lokali.

 

Relacja z franczyzobiorcą:

wszystko pięknie przed podpisaniem umowy, a później…

Pierwsze spotkanie z franczyzodawcą odbyło się w 2018 roku. Umowę podpisaliśmy dwa miesiące później, otwarcie lokalu nastąpiło końcem roku.  Na pierwszym spotkaniu powiedzieliśmy jaką kwotą dysponujemy, usłyszeliśmy, że powinno wystarczyć… Kilka miesięcy próbowaliśmy uzyskać od franczyzodawcy specyfikację sprzętów, które mieliśmy od nich zakupić. Nasze prośby zostały bez odzewu.

 

Gdy w końcu otrzymaliśmy ich wycenę, w opisie sprzętu było napisane np. piec do pizzy i jego wymiar, no i cena. To wszystko. Cena była dla nas nie do przejścia. Zadzwoniliśmy do osoby, z którą podpisywaliśmy umowę, doradziła nam zadzwońcie do kierownika sieci, negocjujcie. Tak też zrobiliśmy. Uzyskaliśmy rabat, ale cena i tak była dla nas za wysoka. Zaczęliśmy pożyczać pieniądze od rodziny, zaczęły się kredyty… Sprzęt wreszcie zaczął do nas trafiać.

 

Oczywiście żaden z nich nie został zamontowany przez ekipę franczyzodawcy, jak było nam obiecane na pierwszym spotkaniu. Sami musieliśmy wtachać sprzęt na I piętro Centrum (winda towarowa była zbyt mała na większość sprzętów) i sami musieliśmy je zamontować. Nikt nie wspomniał, że najważniejsze sprzęty w tym lokalu, jak piec czy zmywarka nie mają w zestawie kabla zasilającego i trzeba na własną rękę ich szukać i sobie kupić. 

 

W momencie, gdy miesiąc po otwarciu pękła nam szyba w piecu, napisałam do producenta aby zweryfikować cenę tego elementu. Otrzymałam informację, że szybka kosztuje 15 zł netto. Napisałam w tej samej sprawie do franczyzodawcy, otrzymałam wycenę ok. 400 zł netto za szybkę i jej wymianę. Koszty są nieporównywalne. 

 

Co jakiś czas otrzymujemy maile z nowymi wytycznymi np. co do ubioru. Tak też do końca stycznia musimy kupić pracownikom nowe koszulki z nowym kolorem logo. Nikogo nie interesuje, że dopiero co się otwarliśmy i mamy przecież nowe koszulki. Musimy też kupić do końca lutego wiatrówki dla pracowników, ale logicznie na to patrząc po co kupować wszystkim pracownikom wiatrówki? Czy kelnerka ma być ubrana w koszulkę firmową, zapaskę i wiatrówkę? Absurd. Wiatrówek nie mamy zamiaru kupować dla wszystkich pracowników, ewentualnie tylko dla dostawców, ale też nie widzimy w tym głębszego sensu…

 

Prawda jest taka, że franczyzodawcy nie interesuje to czy mamy pieniądze czy też nie. Mamy je na nich wydawać, coraz więcej, coraz więcej…

 

W załączeniu przesyłam fragment umowy najmu z Centrum Handlowym oraz mój mail do ministerstwa”.

kara1

kara2

List do ministerstwa.

 

 k2

 

Tyle z listu franczyzowego najemcy. Za nie otwarcie lokalu: kara od wynajmującego, za otwarcie kara z PIPu. Jak na razie obiektywnie rzecz biorąc wynajmujący kar nie nakłada, czynszów nie obniża. Ustawodawca nie wnika w umowy cywilnoprawne. Nawet jeśli dotyczy to tysięcy firm. 

Ministerstwo jeszcze nie odpowiedziało.

Franczyzobiorca niebawem wyjdzie z tego budynku. Straty plus długi to kilkaset tysięcy złotych. Na koniec kary. Od dawcy i wynajmującego. Na pamiątkę zostaną

2018INSBOBOCHOSESEnfantsgaronsfillesCoupeVentVentManteauWynStyle

 

Death malli przybywa-poradnik najemcy

„Witam

 

Niestety dopiero teraz kiedy trafiłem w tarapaty znalazłem Pańskiego bloga. Gdybym tylko to wszystko wiedział przed podpisaniem umowy. Mój błąd polegał na tym że umowę analizował mi kolega, który skończył prawo i nie wiele się znał, dodatkowo zapewnienie Pani od komercjalizacji przed podpisaniem umowy że jak nam nie pójdzie to można rozwiązać umowę. Teraz Pani w rozmowie zaprzecza że w ogóle coś takiego padło z jej ust a prawnik z którym się kontaktowałem powiedział mi że umowa jest tak skonstruowana że nie mam możliwości jej wypowiedzenia i nawet jak się wyniosę to oni nie zerwą ze mną umowy tylko naliczą mi płatność na resztę lat które pozostały czyli 4.

Lokal wynajęliśmy prawie rok temu, jesteśmy przed 30 więc głupi zapał i wiara że się uda. Ja pracuje na etacie ale często jestem w delegacji i żona siedzi tam po 12 godzin dzień w dzień. Nie stać nas na pracownika zresztą i tak o niego ciężko, kiedy mogę to ja siadam za ladę. Prowadzimy sklep kosmetyczny i jak do tej pory w miarę na lekkim plusie wychodzimy oczywiście o zmniejszeniu czynszu nie ma mowy.

Do tego dochodzi fakt że mamy zastrzeżone w umowie marki jakimi możemy handlować co skłoniło nas do myśli że żadna sieciowa drogeria się nie wprowadzi bo przecież nie da sobie zastrzec marek którymi większość handluje. A tu nagle strzał z nieba że wprowadza się hebe, 80% marek jakimi handlujemy oni mają więc już wiemy że z siecią nie wygramy. Po za tym żona przez to wszystko upada fizycznie i psychicznie, nie chce się jej już żyć i nie wie jak sobie z tym wszystkim poradzić. Bo teraz jest źle a co dopiero kiedy wprowadzi się hebe.

Jestem uczciwym człowiekiem i nie podejrzewałem że takie rzeczy przy takich dużych podmiotach w biznesie potrafią tak kłamać i że coś takiego jest w ogóle zgodne z prawem. Rozmawiałem z Panią od komercjalizacji i od razu mi powiedziała że raczej nie będzie zgody na rozwiązanie umowy ale że mogę napisać oficjalne pismo a ona przedstawi je zarządowi. Wiem jedno nie damy rady tam się utrzymać przy takim czynszu i hebe. Toniemy w długach i nie ma chęci do życia, aż nieprawdopodobne że to się dzieje w kraju prawa.

Przepraszam za chaotyczną formę ale nie mogę dojść do siebie. Jeżeli jest jakaś droga chociaż niewielkie  światło to proszę o znak. Czy jest sens pisać do nich prośbę rozwiązanie umowy za porozumieniem stron? Dodam że to galeria Auchan czyli immouchan czy miał Pan z nimi kiedyś styczność?”

 I następny mail:

 

„Dziękujemy za wsparcie.

Od rana telefon jest gorący i terror ze strony ochroniarzy w Galerii pilnują naszego pracownika nawet przy wyrzucaniu śmieci.

Jest to żałosne non stop utrudniają.

 

Mam tylko dwa czynsze nie zapłacone , bo nie ma z czego płacić i nie chce dokładać więcej.

 

Staramy się od dłuższego czasu umowę polubownie.

Nie reagują, zaczęli reagować gdy zabrałem w sobotę prywatne rzeczy i kasę.

 

Dziś chcą mi anulować dług i obniżyć czynsz o 50% 

 

To i tak nic nie zmieni, bo po drugiej stronie jest firma tzn. właścicielem Baru Bistro Leclerc jest tak bezczelny, że przerabia jedzenie co im nie schodzi na sklepie przychodzą do nas do Baru i kopiują jedzenie oraz to samo zaniżają o 50%.

 

Mamy firmę biznesmen jest Zainteresowany naszym lokalem i jest w stanie z nimi konkurować bo jest po kilku wizytach u Nas i w tej Galerii.

 

Lecz CBRE chce na siłę nas zatrzymać. 

 

Jeśli ma Pan adres e-mail: do Pana Tomasza Henclewskiego, to proszę o informację.

My zrywamy z nimi umowę, a ani grają na zwłokę.

 

Dwa tam jest problem z prądem podejrzewam oszustwo z ich strony.

 

Dopiero jak napisałem pismo o zerwanie umowy z dostawcą energii elektrycznej też chce zejść z ceny o 50% 

 

Lokale płacą dwa,  trzy razy więcej za prąd- to gdzieś ucieka.

 

Ja mam lokal w Zamościu 160,mkw.

Dwa razy większa chłodnia , więcej sprzętu i więcej ludzi w pracy płacę o połowę mniej za prąd niż u nich.

 

Odpisałem tak:

 

Proszę zagrać va banque. Nie wiem na czym ma polegać ta zwłoka w tym przypadku, ale z nimi rozmawia się jedynie z pozycji siły i desperacji. Jeśli chcą się dogadać to niewykluczone, że tak jest. Oni mają teraz sprawę w Sądzie w Katowicach z najemcami z Bielska-Białej więc może nie chcą mieć awantury. Tam też chodzi m.in. o koszty prądu. Tam jest kilkanaście punktów do rozstrzygnięcia przy czym sędziego to nie interesuje. Najchętniej by zamknął sprawę. Był przesłuchiwany główny szef CBRE ale nie wiem na jakim etapie jest ta sprawa teraz. Generalnie oni boją się zdenerwowanych ludzi i starają się wyciszać sprawę. Więc nie wiem na czym panu zależy, o co chodzi w tej sprawie i jakie ma pan cele bo każdy najemca ma inny cel i własny pomysł. 

 

Czytelnik po kilku miesiącach wrócił:

 

Dzień Dobry w Nowym Roku 🙂

Panie Danielu z powodu napływu wszelkich obowiązków i problemów.

Wyleciało mi z głowy odpisać.

 

DZIĘKUJĘ BARDZO Z TE MAILE OD PANA i ukierunkowanie mnie żeby zrobić tzw. ” VA BANQUE ” 😉 

 

Udało się wyrwać z tej Galerii Handlowej Navigator w Mielcu zarządzanej przez CBRE 

 

Co prawda było stresu i nie obeszło się bez kary , ale w porównaniu do innych to mieliśmy tylko kary w wysokości 5 czynszów do zapłaty w przeciągu 14 dni i spłata zadłużenia.

 

Zadłużenie umyślnie było robione z uwagi na opuszczenie tego przeklętego miejsca w którym E.Leclerc jest właścicielem mający własną Gastronomie w Galerii żeby pozywać się Produktów mięsnych itp. które są już przeterminowane itp. : 

 

Najważniejsze że udało się uciec z miejsca w którym co miesiąc po 25 koła było dokładane… 

 

Teraz jest już z głowy i wiem jak w przyszłości z nimi postępować 😉 

 

Dziękuję i Życzę Panu Zdrowia oraz Sukcesów w Biznesach.

 

I kolejny mail:

Jak dobrze, że znalazł się ktoś, kto opisał negatywne aspekty franczyz. Szlaki zostały przetarte. O każdej z historii zawartej w tej książce można by napisać oddzielną książkę. Aż prosi się, aby pociągnąć temat dalej. Warto by przekazać wiedzę na temat manipulacji, jakie stosowane są przez duże sieci franczyzowe na terenie Polski. Manipulacja jest widoczna na każdym etapie – od rekrutacji, aż po rozwiązanie umowy – a nawet dużo później. Można by również opisać systemowy problem naszego kraju, który uniemożliwia walkę z takimi fabrykami bankrutów. Instytucje mają związane ręce i zamiast ścigać winnego, próbują dopadać biorców, jakby Ci mieli jeszcze zbyt mało problemów. Schemat opisany przez Daniela Dziewita w rozdziale o Mount Blanc jest uniwersalny, kopiowany przez kolejnych „łowców cudzych spadków”. Krótkotrwała współpraca, przy jednoczesnym przerzuceniu kosztów na biorcę, zmierza do całkowitego wypompowania kontrahenta – co autor książki doskonale opisał.

Odnośnie rozdziału dotyczącego Żabki – autor przytomnie zauważył, że zawiłość sytuacji prawnej i materialnej byłych franczyzobiorców (wcześniej ajentów) jest niezrozumiała nawet dla nich samych.

Strach kolejnych autorów przed armią mecenasów Żabki pokonał jedynie Daniel Dziewit i jako pierwszy użył publicznie nazwy sieci. Książka, która jest obowiązkową lekturą przed podpisaniem każdej asymetrycznej umowy. Istnieje niestety obawa, że osoby w entuzjazmie rozpoczynania „swojego nowego biznesu” zignorują wszelkie sceptyczne głosy i po książkę nie sięgną. I to jest jedyny problem tej książki, że jest czytana głównie przez te osoby, które mogłyby być jej bohaterami, a jeszcze jakimś cudem są w stanie cokolwiek przeczytać ze zrozumieniem”.

Kolejne:

witam.

Jak tylko ukazała się Pana książka Franczyza Fakty i Mity jako jeden z pierwszych mieszkanców Rybnika poprosiłem właściciela największej księgarni w Rybniku o zamówienie Pana książki. Przeczytałem w 3 dni i jestem pod wrażeniem. Czekałem na wydanie tej książki po lekturze przeliczeni która uważam za rewelacyjna ,odsłaniającą kulisy handlu w centrach handlowych.

Brakowało takiej lektury na rynku polskim szczególnie dla ludzi chcących rozpocząć biznes w galeriach. Mało się o tym mówi w mediach. Sam cale życie pracuje w handlu choć troszkę od drugiej strony. Pracowałem w dwóch dużych korporacjach, które współpracowały z centrami handlowymi i raczkującymi sklepami franczyzowymi( 15 lat temu) a propos już nie istniejącymi. Uwielbiam handel i dlatego pana książki poszeżyły mi wiedzę od innej strony handlu. Sam mam w rodzinie znajomych którzy niedawno otworzyli w Tychach w nowym centrum lokal pokroju kawiarnio-lodziarnia. Dlatego wiedzę jaką Pan posiada mogę przekazać wśród znajomych. A jednocześnie mogę powiedzieć ze wiedza zwykłego Polaka o zasadach handlu w centrach handlowych na zasadzie franczyzowej jest żadna . Życzę Panu kolejnych rewelacyjnych książek o podobnej tematyce .

 

Witam serdecznie

Piszę, ponieważ od dłuższego czasu śledzimy z mężem bloga „Przeliczeni”, ale mimo całej zdobytej tam wiedzy nie udało nam się ustrzec przed problemami związanymi z wynajmem lokalu w galerii handlowej. Działalność prowadzę od 2 lat, a mąż od kilkunastu. Dwa lata temu otworzyliśmy sklep internetowy z odzieżą outlet, ale postanowiliśmy się rozwinąć z pomocą kredytu inwestycyjnego i otworzyć sklep stacjonarny. Wybór wydawał się prosty. Po odwiedzeniu kilku ulic kiedyś handlowych, dziś prawie martwych gdzie stawki czynszowe mimo wszystko do niskich nie należą postanowiliśmy spróbować szczęścia w galerii.

W miesiącu maju bieżącego roku zaczęły się nasze problemy, czyli jest to stosunkowo świeża sprawa. Sklep został otwarty w ostatnich dniach grudnia 2016r. Jest to sklep odzieżowy o powierzchni łącznej ok. 100m2. Jest to też nasz jedyny punkt i źródło dochodu. Początek roku był słaby jak to zawsze bywa, ale marzec i kwiecień miały tendencję wzrostową, choć nadal sporo poniżej naszych oczekiwań. W maju obroty spadły na łeb, na szyję co mnie zmroziło, gdyż liczyliśmy się ze spadkiem obrotów w okresie letnim, ale nie aż tak drastycznym i nie tak wcześnie. W związku z zaistniałą sytuacją umówiliśmy się na spotkanie z osobą, która zawierała z nami umowę. Na spotkanie udał się mąż, który wrócił z niego roztrzęsiony. Usłyszał, że może przyczyna niskich obrotów leży w produkcie. Mówi to osoba, która nigdy u nas nic nie kupiła, była tylko w dniu otwarcia sklepu na 2 minuty, więc uważam że szukanie winy w produkcie którego się nawet nie zna jest wręcz bezczelne.

Pani obiecała nam jednak, że sprawę przedstawi na zarządzie i dostaniemy odpowiedź za 3 dni. Z 3 dni zrobiły się 3 tygodnie, podczas których dopytywaliśmy o odpowiedź w naszej sprawie, ale byliśmy zbywani. 2 dni przed terminem płatności faktury napisałam, że nie jestem w stanie jej zapłacić i proszę o przesunięcie terminu płatności. Jeszcze tego samego dnia odezwał się pan dyrektor, który podobno przebywał na zwolnieniu i zaproponował spotkanie. Spotkać się było ciężko, bo pan jest bardzo zapracowany i ma mnóstwo spotkań, ale kiedy wreszcie udało nam się umówić 16 czerwca spotkanie mocno mnie rozczarowało. Pan dyrektor już wcześniej mailowo prosił nas o przedstawienie KPiR, faktur zakupowych, chciał znać nasze marże.

Odmówiliśmy dostępu do tych informacji, podając to co naszym zdaniem wystarczy. Mimo tego na spotkaniu nadal upierał się, że bez znajomości marży nie jest w stanie oszacować naszych kosztów, choć nie trzeba tu robić wnikliwej analizy by widzieć, że budżet nie ma prawa się spinać, gdy niemal 50% naszego przychodu pochłaniają zobowiązania względem Agory. Mąż jest dość nerwowym człowiekiem, ale grzecznie choć stanowczo dał do zrozumienia, że problemu należy szukać poza naszym sklepem. Pan dyrektor pozostał głuchy na to stwierdzenie i nadal upierał się przy swoim. Kiedy zasugerowaliśmy żeby przeszedł się po naszym piętrze, które jest pomijane przy organizacji różnych eventów i obroty spadają nie tylko nam, naskoczył na nas skąd mamy takie informacje, z kim rozmawiamy, konkretne nazwiska. Na koniec będąc już praktycznie na korytarzu, gdzie nieopodal znajdują się biura i wszyscy zapewne słyszą rozmowę rzucił do mojego męża tekst: „grozisz mi”. Mam wrażenie, że była to czysta prowokacja, gdyż mąż był już mocno zdenerwowany i niewiele brakowało, by skończyło się na rękoczynach.

Nadal jesteśmy w punkcie wyjścia, bo nic nie zostało ustalone i nie wiem jak wybrnąć z tej sytuacji. Mamy z mężem rozdzielność majątkową, ale wszystko jest na mnie i nie ma możliwości przepisania na męża. Nasz samochód, mieszkanie, a także firma. Umowę najmu mamy zawartą na 2 lata, ale zabezpieczyliśmy się możliwością wypowiedzenia jej ze skutkiem na koniec roku. Na tą chwilę nasze zaległości to 2 faktury, z których jedna jest zapłacona częściowo, otrzymałam już kolejne faktury, których również nie będę miała prawdopodobnie z czego zapłacić. Obecnie wystawione faktury przez galerię opiewają na kwotę 8377 zł. Obawiam się, że nie damy rady przetrwać sezonu letniego. Dzienne przychody obecnie to w porywach ok. 100-200 zł, zdarzają się dni z zerową sprzedażą. Nie mamy pieniędzy na zakup towaru, a to prosta droga do utraty klientów. Ruch w galerii na naszym poziomie (+1) jest słaby, koło nas są również puste lokale. Wiem, że nasza sytuacja nie jest tak dramatyczna jak niektórych najemców gh, ale po prostu nie bardzo wiem jak dalej pokierować całą sytuacją”.

 

To tyle ze strony czytelników. Dochodzą do tego telefony od najemców z różnych części kraju z różnych branż. Nie jest ich naście miesięcznie, ale wciąż są i będą. Każdemu poświęcam czas na miarę możliwości.

 

To jest jak… -szukam porównania- jak z człowiekiem, który nie potrafi pływać, a do kajaka wchodzi po dwóch głębszych bez kapoka.  Pomimo apeli policji, WOPR-u i statystyk z których dowiadujemy się ilu w danym sezonie było topielców – czy w zimie zgonów z wychłodzenia pomimo apeli o ciepłe ubranie. Te przypadki niezmiennie się powtarzają rok w rok, a są przecież nagłaśniane przez instytucje i media. Trudno bloga porównywać z mediami ogólnopolskimi jednak jeśli ktoś szuka-to znajdzie.

 

Z ciekawostek dotyczących tego w jaki sposób podchodzą gh do ludzi to mam jedną z Poznania. Biorca franczyzy makaronów podpisał umowę i nie ma szans pokryć miesięcznych kosztów.

 

Dyrektor zaproponował, że nie obniży czynszu, ale galeria będzie mu do tego czynszu… dopłacała. To zupełna nowość i należy ją traktować w kategoriach unikalnych i jednostkowych. Powstaje pytanie dlaczego g nie obniży czynszu, ale jest gotowa dopłacać. W exelu się nic nie zmieni i właściciel tego widział-nie będzie. Umowy z największymi sa jednak takie, że jeśli w budynku poziom komercjalizacji spadnie poniżej ustalonego progu-to najemca będzie egzekwował karę od…wynajmującego. Czyli opłaca się dopłacić małemu, bo jeśli odejdzie, ucieknie-to zostanie pustostan, który obniży poziom komercjalizacji. Jak długo ta konkretna g jest w stanie taką kroplówkę stosować?

 

Kolejna ciekawostka do tej pory nie opisywana to paragraf w umowie w którym wynajmujący zobowiązuje się do tego, że nie podpisze umowy z podmiotem handlującym tym samym. Pomimo podpisanej umowy wynajmujący podpisuje umowę z podmiotem konkurencyjnym. Co odpowiedział dyrektor centrum? –Niech pan idzie do Sądu, nie ma wskazanej wysokości kary za złamanie tego paragrafu.

 

 

Od ostatniego listu opublikowanego poniżej (o g północnej), a który dotyczy nowej inwestycji w Warszawie upłynęło kilka miesięcy-najemcy się zadłużają, toną. Podobnie jest w Tychach. A przecież pisałem że to nie ma sensu i dziś też-stamtąd dzwonią najemcy z pytaniem co mają robić.

 

Kilkanaście dni temu wróciłem z Holandii i Niemiec. Krótki wypad. Miałem chwilę wolnego czasu i zwiedziłem miasto Sittard. Piękna starówka, zabytkowe kościoły i centrum o nazwie „Markt” śmiało można nazwać galerią handlową bez dachu.

Mnóstwo marek sklepów, kawiarni. A w rynku – w ścisłym centrum miasta- death mall. Porzucony. 

Sittard

 

-Cała sieć upada. Wygrywa internet. Tradycyjny handel pada-tłumaczą znajomi, którzy w Sittard mieszkają.

Powstaje pytanie co było głównym sukcesem galerii handlowych oprócz PR, propagandy i pokazywania tych miejsc jako rzekomo bliskich całym rodzinom, które „pokochały” nie tylko majtki z reklam, buty czy telefony na raty, ale też uzasadniały teorie o oderwanych od rzeczywistości czynszach?Co było tym źródłem? Wygoda, ale nie cena. Parking, spożywka plus buty, usługi, kawiarnie. Co dziś sprawia, że w Stanach Zjednoczonych- z amerykańskiej prasy tak wynika- trwa tsunami i masowo zamykane są -nie w sztukach, ale setkach-galerie handlowe? Co jest tego przyczyną? Ktoś powie internet. I ma rację.

 

Głównym czynnikiem przestawienia się właśnie na internet jest co? Wygoda i cena. Dlatego centra handlowe nie mają szans. Model biznesowy oparty na oszustwie nie jest w stanie się utrzymać na dłużą metę. Na milionowych rzekomo klientach, pikach i na złodziejskich kosztach wspólnych. Dzieci z pomalowanymi buziami, skarbówka wypełniająca PIT-y w gh i cały ten cyrk-to nie jest biznes. On się skończył. Bo nie miał najmniejszych szans, ale ludzie w to uwierzyli, że to jest przyszłość, a to jest przepaść. Masowo zamykane jest w Polsce Tesco. Dużo i tanio. Również w galeriach handlowych. To jest dopiero początek zamknięć. Pocieszeniem jest niska stopa bezrobocia i zwalniani ludzie prawdopodobnie znajdą pracę w handlu.

 

Naganiacze franczyzowi zastanawiają się dlaczego zamykają się wyspy, filozofują, tłumaczą. Janusze sprzedający marzenia wierzą w to, że ktoś komuś odsprzeda dobrze  prosperujący biznes. Budę z lodami i owszem. Buda sama w sobie ma jakąś wartość a i niektóre lokalizacje są trafne.

 

Jedna z najbardziej kuriozalnych nowych franczyz to salon przytulania. Czyli nauczą Cię jak się przytulać w specjalnie do tego stworzonym pokoju. A klienci będą przychodzić tam i za pieniądze będą się przytulać do wykwalifikowanych przytulanek. Gdybym był złośliwy to odesłałbym założycieli tej franczyzy na  roksępeel. Tam jest cały katalog przytulań bez pośredników – też za kasę, od stóp do głów z prostatą włącznie.

 

Wybaczcie, że nie piszę i nie uczestniczę w życiu blogowym w wymiarze na to zasługującym. Wyraziłem zgodę na „biegłego prywatnego” w dwóch poważnych śledztwach prowadzonych przez dwie różne prokuratury. Chodzi o duże pieniądze franczyzobiorców i poważne tematy. Pocieszeniem jest fakt, że prokuratury faktycznie podchodzą do tych spraw z powagą choć trudno przewidzieć w jakich kierunkach to pójdzie. Poza tym prokuratury to jedno, a proces to czas. Te sprawy mogą potrwać jeszcze kilka lat. Poza tym wrócę jeszcze do tego co na wstępie czyli wspomnianego kapoka. Im bardziej tłumaczysz żeby go zakładać tym większa pokusa żeby tego nie robić. Stąd też rzadziej tutaj jestem.

 

I na zakończenie jeszcze ostatnia kwestia.  Dziękuję Radiu Tok Fm za zaproszenie, Polskiemu Radiu24 i Polityce. Temat franczyzy został podjęty. Polecam wydanie „Prawnika”-to dodatek do Dziennika Gazety Prawnej z 15 stycznia. Tam dr Anna Wiewiórowska (wykładowca European Studies Institute w Osnabrucke) odnosi się m.in. do treści zawartych w książce Franczyza Fakty i Mity.

 

W 2018 roku Komisja Europejska zleciała badanie systemów franczyzowych w Europie 9 osobowemu zespołowi prawników.  Prace trwały kilka miesięcy. I o tym raporcie dr Wiewiórowska mówi. Ze względu na prawa autorskie nie mogę go tutaj opublikować, ale jest interesujący. Wychodzi z niego- z tego raportu-że problem biorców to nie jest problem wyłącznie dotyczący polskich franczyzobiorców  (Januszy i Grażyn) i wmawianie ludziom, że nic nie potrafią, że to z ich winy-biznes-nie wypalił- w wielu przypadkach jest mitem. Prawnopijarowską sztuczką.

 

I jeszcze od czytelnika takie coś:

„Taka informacja na dz. 17.01.2019 – Salon firmowy GINO ROSSI w Trzech Koronach w Nowym Sączu – piszą że przerwa techniczna

rossi1

rossi2

rossi3

ale po opieczętowaniu widać że chodzi nie o problemy techniczne tylko o kasę”.

 

Ku mojemu zdziwieniu film został wyświetlony ponad 20 tysięcy razy. Wprawdzie to nie 20 tysięcy dolarów, ale wartość przekazu i satysfakcja-bezcenna.

 https://www.youtube.com/watch?v=sXU9LrhZ8pk&feature=youtu.be&fbclid=IwAR02grc2Khws1gm0RhiGHnu2B9rVMyWfBd9maqXX3w6_r_WQXkjLU1hug1s

Do następnego!

https://www.money.pl/gospodarka/szkockie-centrum-handlowe-wystawione-na-sprzedaz-za-1-funta-budowa-pochlonela-42-mln-6340501947340929a.html

http://next.gazeta.pl/next/7,151003,24406541,tesco-na-wyspach-zwalnia-na-potege-15-tys-ludzi-na-bruk-ciecia.html#a=339&c=145&s=BoxBizImg 

 

 

W Warszawie jak na biegunie, wszystko-oprócz kasy- się zgadza-poradnik najemcy

Rok temu w Warszawie zalogowali się w g północnej Eskimosi (Innuici)-rzadko widują ludzi, a tym bardziej wpływy do sakwy.

 inuit

Witam!

Jestem świeżo po przeczytaniu Pańskiej książki „Przeliczeni. Tajemnice galerii handlowych” (skończyłem dziś w drodze do pracy) i postanowiłem napisać do Pana, by podzielić się swoim doświadczeniem z galerią handlową.

Choć nie jestem najemcą, mam tę przyjemność bycia kierownikiem sklepu w nie tak dawno otwartej Galerii Północnej w Warszawie. Z racji stanowiska przez długi czas czynnie uczestniczyłem w życiu galerii, ale gdy tylko dostrzegłem bezsens w swoim działaniu, postanowiłem stanąć z boku i poobserwować. 

Do galerii wkroczyliśmy na pięć dni przed hucznym otwarciem i to, co wówczas zastaliśmy, przypominało bardziej plac budowy, aniżeli obiekt, który ma zostać oddany do użytku za niespełna tydzień. I taki stan rzeczy utrzymał się do ostatniej chwili. W przeddzień wielkiego otwarcia, o godzinie 16 sklepy miały być gotowe na przyjęcie tzw. VIPów. Na kwadrans przed godziną zero w sklepie naprzeciwko jeszcze docinano płytki podłogowe (oczywiście przy pełnym zatowarowaniu na wieszakach), w innym miejscu brak pękniętej najwidoczniej płytki zgrabnie zamaskowano kawałkiem kartonu. Sam event okazał się niczym innym, jak tylko wycieczką krajoznawczą po jeszcze niedoczyszczonych galeryjnych korytarzach dla (najprawdopodobniej) inwestorów – odwiedzający grupami sklepy panowie w garniturach nie kwapili się do wydawania pieniędzy. O licznikach rejestrujących wejścia najwidoczniej nie pomyśleli!

Samo otwarcie faktycznie przyciągnęło tłumy ludzi, choć, podobnie, jak w przypadku panów w garniturach, klienci „czekający na otwarcie galerii w tym miejscu od lat” (zdanie umieszczone w jednym z biuletynów) również nie mieli zamiaru wydać pieniędzy. W większości przyszli po prostu popatrzeć.

Taki stan rzeczy utrzymał się przez kilka dni.

A później galeria umarła…

W godzinach nocnych wciąż trwały prace wykończeniowe, więc każdy dzień rozpoczynaliśmy od mycia zakurzonej pyłem budowlanym podłogi oraz mebli, a później zabieraliśmy się do odkurzania towaru. Na szczęście nie mieliśmy klientów, więc mieliśmy na to czas. Przychodzące na maila biuletyny (jak również roznoszone w formie papierowej – cóż za ekologiczne podejście!) za to przypominały o konieczności regularnego czyszczenia zakurzonych szyb wystawowych (oczywiście na koszt najemcy) i o negatywnym wpływie tego niedopatrzenia nie tylko na wizerunek konkretnego sklepu, ale i CAŁEJ GALERII.

Na szczęście moi bezpośredni przełożeni zdawali sobie sprawę z sytuacji, jaka panuje w nowo otwartych galeriach, dlatego przymykali oko na nasze niskie utargi. Sytuacja zmieniła się w momencie, kiedy zamknęliśmy dzień z utargiem nieco ponad 40 złotych (podczas, gdy nasz salon znajdujący się w Arkadii zarobił 15 tysięcy!), w prezesie spółki coś pękło. Wystosował maila do dyrekcji centrum handlowego z zapytaniem, w jaki sposób galeria chce przyciągnąć zamożniejszych klientów, a nie tylko rodziny z dziećmi mieszkające w zakredytowanych mieszkaniach w sąsiedztwie Galerii Północnej. Na odpowiedź nadal czekamy!

Po sześciu miesiącach od otwarcia odbyło się spotkanie najemców. Z racji tego, że nikomu z naszego biura nie uśmiechało się gnać do galerii we wczesnych godzinach porannych, zostałem oddelegowany na spotkanie, jako przedstawiciel firmy. I, jak się okazało – nie byłem tam jedynym kierownikiem sklepu. Tuż przed rozpoczęciem, w kinowym holu słyszeć można było szepty rozczarowanych panującą od dłuższego czasu sytuacją pracowników znajdujących się w galerii sklepów. Atmosfera była nieprzyjemna, wiele osób było nastawionych wręcz bojowo na spotkanie z zarządem galerii, lista zarzutów była długa. Sam takową przygotowałem. Niestety, spotkanie było zaplanowane co do minuty, na jakąkolwiek dyskusję zabrakło czasu. Uraczono nas za to przepiękną prezentacją multimedialną, w której oprócz licznych zdjęć z otwarcia, zawarto całą masę wykresów, podsumowujących nie tylko odwiedziny strony internetowej, ale i fizycznych wejść do galerii w pierwszym miesiącu funkcjonowania (Według zarządu galerii ilości te były porównywalne do odwiedzin w warszawskiej Galerii Mokotów czy Arkadii! Szkoda tylko, że nasze utargi dalece odbiegały od tego, co zarabiały wówczas nasze salony w tychże galeriach!). Najwidoczniej wszystkich wrzucono do jednego worka – gapiów; szkolne wycieczki licznie odwiedzające kino; znudzone siedzeniem w domu matki z dziećmi, przyciągane coraz to lepszymi eventami skierowanymi do najmłodszych; klientów supermarketu, a także znudzonych pustkami w sklepach pracowników, dla których jedyną rozrywką stało się wychodzenie na papierosa.

Jedyna osoba, której udało się przebić podczas prezentacji, została szybko uciszona, a na jej pytanie dotyczące czystości w toaletach, odpowiedź była następująca – winę ponosicie państwo, ponieważ pozwalacie swoim pracownikom na korzystanie z toalet dla klientów w godzinach funkcjonowania galerii. Trudno im tego zabraniać w sytuacji, kiedy nie wszystkie salony są wyposażone w toalety na zapleczu, a toalety dla klientów położone są o wiele bliżej sklepów, niż dwie toalety pracownicze w korytarzach technicznych, znajdujące się na drugim końcu budynku, prawda?

Według zarządu ekipy sprzątające najzwyczajniej w świecie się nie wyrabiały! A powód tego był prozaiczny – kilka pań Ukrainek ciężko nazwać „ekipą sprzątającą”! W pierwszych miesiącach trudno było zauważyć ich obecność – papierowe ręczniki wysypywały się z kosza i walały po podłodze, umycie rąk mydłem graniczyło z cudem, a znalezienie toalety, w której można było uniknąć podziwiania resztek przetrawionego posiłku wcześniejszego odwiedzającego było prawie niemożliwe! Podobno serwis odbywał się rano i wieczorem, po zamknięciu centrum (po co więc sprzątać łazienki rano, skoro w nocy galeria jest pusta?). Często gęsto rano panował tam już (przepraszam za sformułowanie!) syf. Czyli nikogo tam nie było ani wieczorem, ani rano. O ile oczywiście toaleta była otwarta o godzinie 10. Bo i o tym często zapominano! Galeryjny supermarket zaczyna pracę o godzinie 9, toalety dla klientów bardzo często są jeszcze wtedy zamknięte. Absurd, prawda?

Przyznać trzeba, że w kwestii samego wystroju łazienek się postarano – ceramika Laufen, wyższa półka. Jednak żadna z kabin nie jest wyposażona w szczotkę do toalety! Panie sprzątające mają jedną, przenośną – zaobserwowałem to jakiś czas temu. Podajniki na ręczniki papierowe szybko zdemontowano, skończył się więc problem walających się po podłodze papierów. Za to do dziś w kabinach można trafić na puste puszki i butelki po napojach wysokoprocentowych, pozostawione tam przez (najwidoczniej) dobrze bawiących się klientów (a może to zdesperowani niskimi utargami pracownicy sklepów radzą sobie w ten sposób z galeryjną rzeczywistością? Kto wie?!).

Dziś zarząd twierdzi, że według wyników przeprowadzonej wśród klientów ankiety, toalety spełniają standardy czystości. To dziwne, często je odwiedzam i nie zauważyłem żadnego ankietera przed wejściem. A checklista potwierdzająca regularność odwiedzin tego miejsca przez pracowników obsługi pojawiła się dopiero dwa miesiące temu. Choć i tak tej liście nie wierzę.

Wielu najemców wyszło ze spotkania wyłącznie z rozczarowaniem. Cóż poradzić? Zarząd nie miał czasu. Czekaliśmy więc na następne, które miało odbyć się po miesiącu. I tym razem zabrakło czasu. Cotygodniowe biuletyny stały się jedynym medium pomiędzy biurem dyrekcji, a najemcami. Jednostronnym, oczywiście.

Ponieważ my, jako firma, mamy to szczęście, że umowa została podpisana na rok, nie byłem wielce zaskoczony informacją, że po upływie roku zamykamy sklep i żegnamy się z Galerią Północną. Wtedy też zaprzestałem jakichkolwiek działań. Przestałem czytać biuletyny. Przestałem nawet słać awizacje na zmiany ekspozycji witryn, bo i tak nie były to prace nocne.

Aż pewnego dnia na swoim biurku znalazłem kopertę zaadresowaną „do kierownika sklepu”. Na bombę mi to nie wyglądało, więc kopertę otworzyłem, by znaleźć tam anonimowe pismo skierowane do najemców galerii, opisujące pokrótce naszą patową sytuację i prośbę o dołączenie do zamkniętej grupy na jednym z portali społecznościowym. Moja przełożona wyraziła zgodę na dołączenie do grupy („Zobacz, co tam piszą! Może mają jakiś pomysł na poprawę sytuacji?”). Tak też zrobiłem. Choć nie udzielałem się w komentarzach, coś mi w tym wszystkim nie pasowało. Inni – wręcz przeciwnie! Wylewali swoje żale na brudne toalety (znów te toalety!), brak klientów, eventy tylko dla dzieci, złe zabiegi marketingowe, brak jakichkolwiek oznaczeń galerii w mieście. Założyciel grupy (wciąż anonimowy) zaproponował spotkanie, do którego miało dość w jednej z restauracji w galerii. Niestety, zarząd centrum handlowego bardzo szybko dowiedział się o istnieniu zamkniętej grupy i starał się za wszelką cenę nie dopuścić do spotkania. W przeddzień planowego spotkania na skrzynki mailowe wszystkich najemców wpłynęła wiadomość o planowanych przez dyrekcję INDYWIDUALNYCH spotkaniach, podsumowujących miesiące wspólnej pracy. Przyznam szczerze – szkoda mi było na to czasu, a moje biuro na szczęście nie naciskało, żebym się tam pojawił. Nie znam więc szczegółów przebiegu tych wizyt w paszczy lwa, za to jakiś czas temu otrzymaliśmy podsumowanie najczęściej zadawanych pytań i odpowiedzi. Oto one:

 

„Szanowni Państwo

 

Zakończyliśmy cykl spotkań o charakterze informacyjno-warsztatowym (warsztaty? Pomiędzy zarządem galerii i najemcą?). Wszystkim Uczestnikom spotkań dziękujemy za obecność i podzielenie się Państwa opiniami i pomysłami. Zgodnie z zapowiedzią w załączeniu przesyłamy prezentację oraz poniżej podsumowanie najczęściej pojawiających się wątków.

 

SPRAWY OPERACYJNE

– Czystość toalet. (niekończący się temat!)

Wysokie znaczenie ma dla nas utrzymanie czystości na terenie centrum. Zależy nam, aby klienci i goście Galerii Północnej byli usatysfakcjonowani i czuli się u nas komfortowo.  W przeprowadzonym w lutym br. badaniu opinii klientów, czystość w Galerii Północnej została przez klientów oceniona wysoko, z czego się bardzo cieszymy. Jednocześnie pragniemy podkreślić, że utrzymanie czystości obiektu użyteczności publicznej jest niekończącym się procesem. Aby zachować najwyższe standardy konieczna jest Państwa współpraca. W związku z tym prosimy Państwa o zgłaszanie wszelkich nieprawidłowości do ochrony tel. (…) bądź przysyłania zdjęć MMS na numer dyżurny (…). (bo najemcy nie mają co robić…)

 

– Kwestia zamkniętych głównych wejść do centrum po 22:00. Pracownicy muszą chodzić na około, do czego obliguje również ochrona.

Główne wejścia do centrum są zamykane o godzinie 22:00 w trosce o bezpieczeństwo i szczelność budynku. Przypominamy, że personelu Galerii Północnej powinien wychodzić z centrum „wejście służbowe”, które mieści się przy sklepie Forever21. (Faktycznie, jest to uciążliwe, zwłaszcza, że węzeł komunikacji tramwajowej znajduje się po drugiej stronie budynku! Ale „szczelność” musi zostać zachowania punkt o 22:00!)

 

– Oznakowanie w centrum.

Aktualnie wprowadzamy zmiany do projektu komunikacji na terenie centrum. Projekt zostanie zrealizowany niezwłocznie po jego ostatecznym zatwierdzeniu o czym poinformujemy Państwa za pośrednictwem biuletynu. Projekt uzupełnienia komunikacji uwzględnia zaznaczenie pierwszeństwa przy windach dla matek z dziećmi oraz oznaczenie w windach poszczególnych poziomów. (Zapomniałem wspomnieć, że w całej galerii są tylko dwie windy, obsługujące wszystkie piętra. Reszta to windy towarowe, bądź windy łączące poszczególne piętra z parkingami. W weekendy więc do wind stoją dzikie kolejki matek z wózkami oraz ludzi z wózkami z supermarketu – bo niestety rampa pochyła jest tylko jedna, między poziomem -2, gdzie znajduje się supermarket, a poziomem -1, gdzie jest wjazd na parking. Jeśli ktoś zaparkuje gdzieś indziej i wybierze się na obfite zakupy spożywcze, może mieć problem z powrotem do samochodu…)

 

– Uwaga, że wyjeżdżając z parkingu podziemnego nie można skręcić w lewo.

Za ulice i organizację ruchu wokół centrum odpowiada Zarząd Dróg Miejskich w Warszawie i jako zarządca nie mamy bezpośredniego wpływu na dokonanie zmiany w organizacji. Możemy złożyć wniosek o zmianę w organizacji, ale nie możemy zagwarantować, że zostanie on rozpatrzony pozytywnie. (Cóż…)

 

 

WYNIKI CENTRUM

– Kiedy i jakie marki dołączą do grona najemców Galerii Północnej?

O nowo otwartych lokalach informujemy państwa na bieżąco za pośrednictwem biuletynu. Do momentu sfinalizowania umów, dla dobra negocjacji nie możemy przekazać Państwu więcej szczegółów. Jednocześnie chcemy zapewnić, że dział leasingu prowadzi intensywne rozmowy z wieloma potencjalnymi najemcami oraz wiele z nich jest w zaawansowanym stadium. Zależy nam na najemcach, którzy byliby wartością dodaną do oferty centrum i pozytywne wpłynęli na zwiększenie ilości klientów w centrum. Między innymi podpisaliśmy list intencyjny z Pocztą Polską. (Na intencjach na razie się skończyło)

 

– Jak Galeria Północna szykuje się na otwarcie Młocin. (Podejrzewam, że czeka i liczy umowy, które podpisano na więcej, niż rok)

Otwarcie nowego centrum w sąsiedztwie Galerii Północnej jest uwzględnione w długoterminowym planie działań marketingowych centrum (na pewno!). Dbając o poufność strategii obecnie nie możemy przekazać Państwu więcej szczegółów. O wszystkich działaniach marketingowych z miesięcznym wyprzedzeniem informujemy Państwa za pośrednictwem biuletynu i kalendarium wydarzeń. Dodatkowo dział leasingu prowadzi intensywne rozmowy z markami, które po wejściu do centrum, razem z obecnymi Najemcami, będą stanowiły wyjątkową ofertę handlową dla klientów, która wyróżni galerię Północną na tle innych centów handlowych. Z obecnych marek możemy pochwalić się obecnością Hamleys czy 4Faces. (Jak również butiku Karla Lagerfelda czy sklepu Żabka. Karl jest na pewno dumny!)

 

 

MARKETING

– Co robi Galeria, żeby przyciągnąć zamożniejszych klientów. Do godzin popołudniowych najczęstszym klientem są mamy z  dziećmi.

Częste wizyty mam z dziećmi odzwierciedlają charakter Białołęki, która jest popularna wśród rodzin z dziećmi i charakteryzuje się niską średnią wieku. W celu przyciągnięcia klienta zamożnego z okolic Łomianek, Choszczówki, Bielan czy Targówka zainicjowaliśmy działania outdoorowe z informacją o dogodnym dojeździe do centrum (szczegóły w załączonej prezentacji) oraz kampanie internetowe z geotargetowaniem na ww. rejony. Działamy również na węższą skale poprzez artykuły sponsorowane w lokalnych gazetach czy współpracę z klubie tenisowym Sporteum zlokalizowanym na Białołęce.

 

– Co robi Galeria, żeby przyciągnąć klientów do centrum w dni powszednie? Po 21.00 znacząco spada ilość klientów w centrum. (od 21 do 22 często gęsto mamy zero wejść do sklpeu)

Za pośrednictwem działań marketingowych kierujemy do klientów komunikat, że centrum jest otwarte do godziny 22:00 i w Galerii Północnej istnieje możliwość zrobienia zakupów (spożywczych w supermarkecie chyba?) po powrocie z pracy, odrobieniu lekcji z dziećmi (w domu nie można?) itp.

 

– Dlaczego Galeria Północna organizuje tyle wydarzeń dla dzieci. Rodzic z dzieckiem nie jest klientem docelowym wielu najemców. (Na pewno u Lagerfelda taki klient trafia w target!)

Od otwarcia 43 z 85 eventów było skierowanych do dzieci (teatrzyki oraz „Dach, że och i ach” policzone jednostkowo).

inuit2

Z naszych obserwacji i analiz informacji o ilości klientów wynika, że tego rodzaju wydarzenia mają największą siłę przyciągania klientów. Wydarzenia na licencji kierowane do dzieci mają potencjał ściągnięcia klientów z odległych dzielnic Warszawy. Dodatkowo wymuszają przyjście dziecka z rodzicem (dziwne, żeby dziecko chcące zobaczyć kogoś w przebraniu Świnki Peppy przyszło samo do galerii), który przy okazji wydarzenia może dokonać zakupów.

 

– W jaki sposób mierzona jest skuteczność kampanii?

Kampanie prowadzone przez centrum dzielimy na 3 kategorie: budujące świadomość marki Galeria Północna, wpływające na odwiedzalność, pro-sprzedażowe i działania CSR-owe o dużym potencjale PR-owym. Skuteczność naszych działań oceniamy na podstawie:

  • Wzrostu świadomości marki;
  • Wyników odwiedzalności (porównujemy odwiedzalność tydzień do tygodnia, oraz miesiąc do miesiąca poprzedzającego);
  • Ilości publikacji prasowych i ekwiwalentu pieniężnego za publikacje.

Istotne są dla nas również informacje zwrotne od najemców, dlatego zachęcamy Państwa do dzielenia się opiniami po wydarzeniach, w których braliście Państwo udział. Nie mamy możliwości analizowania wpływu wydarzeń na wysokość obrotów, gdyż raportują Państwo obroty w systemie miesięcznym.

 

– Brak skuteczności akcji Drop Door.

Na bieżąco weryfikujemy, czy agencja odpowiedzialna za dystrybucję ulotek wywiązuje się z planu dystrybucji w przypadku stwierdzenia nieprawidłowości wyciągamy konsekwencje. Z uwagi na niesatysfakcjonujące efekty działań ulotek drop doorowych rozważamy zmianę sposobu dystrybucji i wejście we współprace z aplikacjami kuponowymi GOODIE bądź QPONY.  Prosimy o Państwa opinię, która z aplikacji jest przez państwa preferowana.

 

– Propozycja skierowania komunikacji w okolice Dworca Wileńskiego

Jesteśmy obecni z działaniami outdoorowymi na Pradze Północ. Jednak ze względu na niską siłą nabywczą tej dzielnicy, oferta nośników outdoorowych w tym rejonie jest ograniczona.

 

– Zapewnienie bezpłatnych autobusów dla klientów z miejscowości podmiejskich.

Idea zapewnienia dodatkowego środka transportu dla klientów rozważana była w pierwszym kwartale bieżącego roku. Analiza rynku wykazała, że dziennie przy Galerii Północnej autobusy zatrzymują się 980 razy, a tramwaje 732 razy. Mając na uwadze wszystkie czynniki związane ze wdrożeniem autobusów dedykowanych Galerii Północnej okazuje się, że korzyści płonące z takiego rozwiązania są niewspółmierne z kosztami. W związku z powyższym pomysł dodatkowych autobusów nie zostanie zrealizowany.”

 

Zapomnieli tylko wspomnieć o całodobowej, niesamowitej ochronie obiektu, która tuż przed godziną 10 wylewa się na galeryjne korytarze i czyha z aparatami w ręku, by udokumentować dla dyrekcji każde, nawet kilkuminutowe opóźnienie w otwarciu punktu na czas. Przyznaję – obserwowanie wyginających się starszych panów, robiących zdjęcia zamkniętej wyspie dwie minuty po otwarciu centrum jest przekomiczne. Choć pewnie kary, które spóźnialscy najemcy dostają, komiczne już nie są…

 

Jednym słowem – cieszę się, że już niedługo moja gehenna w Galerii Północnej dobiegnie końca. Co prawda przyjdzie mi zapewne rozpocząć przygodę z jakimś innym warszawskim centrum handlowym, ale z chęcią przeniosę się gdzieś, gdzie jest przynajmniej ruch i moja praca będzie się przekładała na premię od zarobionych pieniędzy. Bo tu z premii starcza mi „na waciki”.

 

Dziękuję Panu za tę książkę i przybliżenie tematu! To była na prawdę ciekawa lektura! Teraz zabieram się za nadrobienie Pańskiego bloga.

 

Pozdrawiam serdecznie,

 

 

  1. Gdyby zechciał Pan przytoczyć cokolwiek z mojej historii na swoim blogu, nie mam z tym najmniejszego problemu, będzie mi niezmiernie miło. Ale mam jedną prośbę – proszę to zrobić po sierpniu, wtedy już nie będę tu pracował i nie będę się musiał zastanawiać czy aby ktoś się nie domyślił.  Liczę na anonimowość. Dziękuję!”

P.S. północną otwarto rok temu. Niezapotrzebowanie przeszło najśmielsze oczekiwania. Przed nami jesień. Wiatr i deszcz-nie podniesie znacząco wpływów do sakiew. Najemcom z północnej pozostanie łapanie ryb w Wiśle- na wigilijny stół.