„Kapitan Piasek” w Gemini Park-poradnik najemcy

Galeryjne iwęty mają dwa ważne wątki o których należy wiedzieć. Frekwencja i koszty. Na to pierwsze składa się wiele czynników, bo trudno ludzi na siłę przyciągnąć do gh-jest wiele alternatyw na spędzanie czasu. Poza tym ilość gh sprawia, że nie można być w kilku miejscach na raz.

Z kolei koszty stoiska podczas iwętu to też jest uzależnione od widzimisię, bo sztywnych stawek nie ma. I tak w Lublinie zapłacimy np. 1000 złotych za dzień handlując oscypkami, a gdzie indziej 1500 sprzedając czapki. Tak, czy inaczej są to opłaty z wysokie, a powodzenie iwętu oczywistością nie jest. Zdarza się że można trafić na ciekawych ludzi takiego spotkałem w bielskiej gh to  Piotr (31 l) z Kołobrzegu. 

M11

 Piotr jest marynarzem. Przyjechał do Bielska-Białej do gh Gemini Park.

-Nie mogę powiedzieć ile płacę za ten stoliczek, ale  w promocji to jest 300 złotych dziennie, a inne galerie zapraszają mnie za darmo. Sprzedaję taki gadżet dla dzieci.

M22

 

 -Obniżyłem cenę z 15 złotych do 10 złotych i ta zabawka jest uwielbiana przez dzieci.M32

– Stoi na dłoni, na nosie. Do tego sprzedaję bilety na noc kabaretową. Dzieci się cieszą. To jest fajne. Byłem w gh w Jastrzębiu i było super.

M4

-Niestety byłem tu uciszany, a to nie jest fajne.

M51

– To jest chińska produkcja, ale w Polsce już też to robią.

 

M7

 

Ludzie go lubią i on lubi ludzi. RMF czy TVN są mu dobrze znane. Działa też charytatywnie. W sezonie letnim-pływa na polskiej jednostce turystycznej w Kołobrzegu. Jest żywą promocją tego polskiego kurortu.

I przyjechał w Beskidy. Czy jeszcze zajrzy w Beskidy? Tego nie wiadomo, ale wiadomo, że nie raz tego rodzaju iwęty kończą się degustacją lokalnych trunków o dość niejednoznacznej nazwie.

M84

 

wniosek: nawet 300 złotych za stolik może być kwotą nie do odrobienia.

P.S. Kapitan Piasek-zaprasza na rejsy.

 

 

8000 zł dziennie-poradnik najemcy

 „Reklama, reklama-pranie mózgu-już od rana”. Pamiętacie to hasło? Żeby nie było tak cicho i żeby system retail miał świadomość, że nadchodzi nowe najpierw reklamowa ściema.

absurd1

 Tzw. mailing czyli sposób na „zarabianie”. Ten człowiek na dole od rana zapycha żeby związać koniec z końcem.

Gosc_z_wozkiem 

 Temu raczej wszystko jedno na zielonym turystycznym szlaku nie wiele potrzeba. Flaszka załatwia temat wyborów. Został już dokonany.

go

Reprezentacyjna kamienica w Bielsku Białej.  I pytanie czytelnika z tego miasta.

„To już prawdziwe szaleństwo. Dlaczego idąc na dworzec kolejowy BĘDĘ  MUSIAŁ przejść przez galerię handlową ?”

http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,19057741,z-pociagu-do-galerii.html

Panie Marku może pan nie będzie musiał. W Żywcu CBA trzepie samorządowców w kontekście działki na której stanął MC Donald.

comment_LResm3R8ejLazJ6glcqmtbrTmmPdH4gOwat

Przesłuchania, ustalania. Nie wykluczone, że przed nami definitywnie, ktoś ruszy ten temat nie tylko w pekapie. Wiele zależy od tego kto i na kogo. Rozumie pan?

zdjecie60022731720111023jesiennaaleja

Pozdrawiam ze Szczyrku. 

 

 

Idą Święta Bożego Najedzenia-poradnik najemcy

W Stanach Zjednoczonych Ameryki już mamy Święta. W Arizonie przy centrum handlowym stanęła 35 metrowa choinka. Przygotowania do Święta Bożego Najedzenia ruszyły pełną parą. Informacja obiegła świat dzięki programowi w amerykańskiej telewizji TTV należącej do grupy TVN.

choinka 

Z głośników jak można się domyślać płyną kolędy w imię zasad równości, miłości, solidarności i generalnie macdonaldowych zasad.

Tymczasem na drugiej półkuli-tej podobno mózgowo-ciemnej. Dźwięki klaksonów i trąbek protestujących kakofonią postulatów dobiegają od wielu tygodni. Balansując pomiędzy tym co było i tym co jest trudno oprzeć się wrażeniu, że dla niektórych przebój Mieczysława Fogga „To ostatnia niedziela” wybrzmi jak za dawnych lat. 

201510164334

 Alkoholowe wyziewy połączone z protestem mają na celu ugranie podwyżek.

-Nie mieliśmy ich od 7 lat-zwierzają się stróże drogowego prawa. Obok funkcjonariusze policji zabezpieczają akcję, a mieszkańcy stolicy zgrzytają zębami z nadzieją, że to się wreszcie skończy. I powstaje pytanie czy można zarobić na protestach?

 

201510164337

 

 Marcin poluje na każdą okazję. Co protest-to praca.

-Obsługuję protesty. Trąbka kosztuje 10 złotych. Nauczyciele nie dali zarobić, sprzedałem tylko 30 sztuk, ale była też manifestacja, że sprzedałem ich 200. Dorabiam, bo mam stałą pracę.

 flaga

 Powiewają flagi, kakofonia trąbek ma przynieść zasłużoną podwyżkę. Nie wiem ile poszło trąbek podczas protestu górników, ale nie będąc wieszczem przypuszczam-że to początek większego „biznesu”. Jeszcze nie jedna trąbka się sprzeda i nie jedna świąteczna petarda wystrzeli. Przydać wówczas może-ubezpieczenie NNW.

2015101543241

Ten w środku człowiek robił za misia. Super Miś z superpolisą. Generalnie podczas Targów Franczyzy wszystko jest super. Organizacyjnie-piątka z plusem. Biznesowo-po japońsku-jakotako z „niską tą ratą”. Biorąc pod uwagę lokalizację czyli Pałac Kultury i Nauki-optymalnie.

Frekwencja na Targach spora, bo i reklama wyskakiwała z każdej internetowej i nie-lodówki. Ale skuteczna. Targi przyciągnęły wielu ludzi. Kilka tysięcy na pewno. I powstaje pytanie czy ta lokalizacja wydawać by się mogło najlepsza z najlepszych może dać zarobić na biznesie na kółkach?

pizza

-W pierwszym dniu targów malutko nam poszło. Ze dwadzieścia maksymalnie. To wszystko. To przez tą pogodę.

Czyli nie poszło. Biorąc pod uwagę chwiejność pogodową w naszej szerokości geograficznej ten daszek-nie wiele daje. Biznes na kółkach nawet w centrum Warszawy przy tak dużej frekwencji odwiedzających-używając żargonu retailowego-nie wypalił. Jak wiele innych stacjonarnych. Po takich cud franczyzach z reguły zostaje dziura w całym.

201510174370

 W nadmorskiej Rivierze ktoś zbańczył. Baner nie przykrył dziury. Z głośników sympatycznie zawalają nas dźwięki z którymi jednak różnie bywa i nie zawsze jednak jest to cicha noc.

 

porno

 

 Reasumując czas się wyciszyć. Gdyby ktoś miał problem z wyborem to zaciekawił mnie ten program. Wygrzebany z sieci.

 

ewa_g_www

 Więcej na temat i nie na temat na profilu „Nagłówki nie do ogarnięcia”, na stronie www.niedoograniecia.pl, www.premierzjajami.pl

https://www.facebook.com/naglowki?fref=ts

Temat franczyzy wydaje się nie do ogarnięcia. To taka kura znosząca niby złote jaja. A to jednak. Bywa zbuk.

 

 

 

 

 

 

 

Muszkieterowie czyli miłość po francusku-poradnik najemcy

Korzystając z okazji, że administrator bloga i właściciel wrzucił na stronę główną gazeta.pl zajawkę dedykowaną blogowi przeliczeni i spodziewając się hejtu (vide jeden z  komentarzy) oraz znaczący napływ nowych czytelników publikuję kolejny fragment książki-ku przestrodze, uwadze i przemyśleniom tych, którzy zastanawiają się co dalej. Francuski gigant chce jeszcze w Polsce otworzyć 200 sklepów. Na targach Franczyzy panowie byli aktywni.

„Przepis na worek pieniędzy jest prosty – znaleźć naiwnego, nałożyć mu do głowy głupot, związać ze sobą, a później doić niczym krowę… Brutalne, ale prawdziwe. Na własnej skórze przekonał się o tym pewien przedsiębiorca ze Śląska, wieloletni dyrektor -właściciel jednego ze sklepów sieci Intermarche. Na dzisiaj franczyzy, przynajmniej tej w wydaniu francuskim ma już po dziurki w nosie. „To handlowa sekta” – mówi.

 

intermarche

 

 

 

Początek na saksach

 

Pan Jacek nie jest jakimś przypadkowym przedsiębiorcą z ulicy. Ma już słuszny wiek, z wykształcenia jest lekarzem. Ale w zawodzie praktycznie nigdy nie pracował. Nie handlował też w budce z dykty, nie wystawał na targowisku. Widział za to i robił rzeczy, o których przeciętny zjadacz chleba nie ma pojęcia, że istnieją. Jego przygoda w handlem zaczyna się w minionej epoce, kiedy na horyzoncie widać było już nadchodzące zmiany ustrojowe w Polsce. Kiedy Polacy widzieli już otwartą furtkę do wolności, w tym do wolności gospodarczej. W 1987 roku pan Jacek wyjeżdża więc z grupą znajomych za granicę. Najpierw do byłej Jugosławii, później do Niemiec.

– Nie uciekaliśmy, po prostu wyjechaliśmy legalnie – wspomina. – Na wycieczkę. Wtedy sporo osób tak robiło. I zostaliśmy. Takie były wtedy czasy. Wycieczki w jedną stronę… Najgorzej miał kierowca, bo musiał wracać sam.

Za granicą nasz rozmówca spędził, pracując, ponad rok. Po powrocie imał się różnych zajęć, aż wreszcie w 1991 roku, tuż po ogłoszeniu nowych zasad gospodarki wolnorynkowej, zainwestował w hurtownię papierosów.

– Wszyscy palili – tłumaczy pan Jacek. – A papierosów było mało. Kupowaliśmy je bezpośrednio u producenta, w Krakowie. Oczywiście trzeba było dawać łapówki, żeby dostać popularne marki papierosów, po pięćset kartonów. Ale opłacało się. Marże były takie, że pieniądze lały się przysłowiowym strumieniem. No, może nie aż tak dużym, ale jednak. W efekcie postawiłem dom, miałem samochód. Żyło mi się całkiem dobrze i przyzwoicie. Nie miałem na co narzekać.

Do czasu, jak wspomina nasz rozmówca, kiedy w 1993 roku na Śląsku pojawia się pierwsze Macro.

– Wszystko mieli taniej. To nas zabijało. Wtedy nasza hurtownia miała już znacznie poszerzony asortyment, handlowaliśmy artykułami chemii gospodarczej, mieliśmy podpisane umowy ze znanymi już wówczas markami zagranicznymi, towar był efektowny i chodliwy, ale nagle okazało się, że nie możemy być konkurencyjni. Po prostu się nie dało. Macro przebijało wszystkich na każdym asortymencie. To zresztą bardzo przewidująca i sprytna firma. Już grubo wcześniej skupowali w Polsce grunty, aby później korzystając z różnorakich przywilejów dla firma zagranicznych stawiać na nich swoje obiekty.

Pan Jacek był jednak urodzonym szczęściarzem. W 1995 roku otrzymał, dzięki licznym kontaktom w branży handlowej i doświadczeniu w branży propozycję pracy w zagranicznej korporacji, która swoją polską siedzibę miała w Poznaniu.

– To były rewelacyjne czasy – wspomina niedoszły medyk. – Hurtownia oczywiście nie była taka zła, byłem na swoim, wciąż jeszcze zarabiałem całkiem przyzwoite pieniądze, ale czułem, że dla takich jak ja nadchodzą złe czasy. Że na rynek wpływają rekiny biznesu z zagranicy i to one będą miały ulgi, preferencje, słowem będą nas, tubylców, zjadać po kawałku, aż znikniemy z rynku. Nie miałem się więc co zastanawiać, kiedy za pracę w korporacji dostałem naprawdę porządne pieniądze. Do tego służbowe samochody, telefony, loty do centrali za granicą w biznes klasie… Kto by odmówił? Zdecydowałem się więc.

Po dwóch latach pan Jacek jednak odmówił. I wrócił do rodzinnych Katowic. Tu miał zresztą rodzinę i nie mógł sobie pozwolić na dalszą rozłąkę. Nie chciał być, jak marynarz powracający do domu raz, dwa razy w roku.

– Praca pracą, ale rodzina u mnie zawsze była na pierwszym miejscu – tłumaczy. – Zresztą po co człowiek pracuje? Właśnie dla przyszłości swoich dzieci. Wierzyłem, że kiedyś przejmą po mnie pałeczkę, o ile uda mi się zbudować coś własnego.

Ze swoim bogatym już doświadczeniem pan Jacek po rozstaniu się z korporacją obejmuje bez większych problemów posadę jednego z dyrektorów Metro w Czeladzi. Na pytanie, jak wtedy wyglądał współpraca z najemcami w galerii handlowej, odpowiada z uśmiechem na twarzy:

– Całkiem zwyczajnie. Przychodzili majętni ludzie, chcieli robić biznes. Umowy podpisywali w ciemno. Dziwiłem się, ale nie byłem przecież ich adwokatem. Uważali się za ludzi sukcesu, a tak naprawdę mieli marne pojęcie o handlu. Dali się po prostu wkręcać i to z własnej, nieprzymuszonej woli. Ale wówczas były jeszcze inne zasady w galeriach. Mimo wielu wad ludzie jakoś bilansowali się. Może dlatego, że galerii było mało, a klientów cała masa.

Siedzimy w przyjemnej kawiarni w… galerii handlowej. To jedyne miejsce, gdzie można znaleźć chwilę ochłody. Na zewnątrz apogeum lata – trzydzieści siedem stopni w cieniu. Tylko w takich momentach galerie na coś się przydają…

Posada dyrektora w dużym centrum handlowym zaspokajała ambicje pana Jacka. Nie narzekał. Ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Zwłaszcza jeśli lubi się mieć własne zdanie, a na dodatek nie boi się go głośno wyrażać. W 2000 roku panu Jackowi podziękowano za dyrektorowanie. Był ponoć zbyt pyskaty…

– Odszedłem bez żalu – wspomina. – Znowu zapakowałem do walizki trochę doświadczenia – śmieje się.

 

Francuski łącznik

 

Człowiek takiej niespokojnej natury, jak nasz rozmówca musi coś robić. Po odejściu z Metro pan Jacek trafia na, jak mu się wówczas wydaje, okazję życia. Możliwość wzięcia w posiadanie na określonych zasadach dużego sklepu sieci Intermarche.

– Zdecydowałem się. Uznałem, że będzie to dobry interes, że sobie poradzę – tłumaczy. – To był praktycznie początek istnienia tej sieci w Polsce, można było znowu się czegoś nauczyć. Byłem na zakręcie życiowym, podobnie jak wielu-chciałem dalej pracować, zarabiać, rozwijać się.

Przygoda z francuską siecią zaczęła się od szkolenia.

– Było nas szesnaście par – wspomina pan Jacek. – Uczono nas zasad handlowania w sieci Intermarche. Szkolenia odbywały się w Polsce i we Francji. Tam pokazywano nam domy ludzi prowadzących sklepy tej sieci. Myślałem sobie wówczas, że to świetna sprawa. Rodzinny biznes. I jaki dochodowy skoro każdy właściciel sklepu ma taki dom, samochód, słowem żyje jak w przysłowiowej bajce. Od razu oczyma wyobraźni widziałem siebie i moje dzieci, równie dobrze ustawione w życiu. To było to. Rodzinny biznes oparty na zaufaniu i zdrowych zasadach. O tym mówiono nam na szkoleniach. W miarę upływu czasu dowiadywaliśmy się jednak kolejnych szczegółów i zasad obowiązujących w Grupie Muszkieterów, bo tak o sobie mówili właściciele sieci z Francji. Po pierwsze okazało się, że za szkolenia trzeba płacić. I to nie mało, bo kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ale jak człowiek miał już za sobą kilka miesięcy takiego prania mózgu, poświęcił czas, zdecydował się, to nawet mimo różnych wątpliwości brnął w to dalej. Ja to widziałem, bo wcześniej miałem do czynienia z handlem. Ale inni nie mieli o wielu rzeczach pojęcia. Bo jak ktoś był szewcem, albo fryzjerem, nie ujmując nikomu, to o czym miał mieć pojęcie? Jak zarządzać wielkim sklepem? Na szkoleniach więc mówiono tym ludziom jak należy handlować. Ale na zasadach panujących w Intermarche. A te w wielu kwestiach mało miały wspólnego z normalnym rynkiem.

Aby wejść do spółki, objąć w posiadanie sklep, trzeba było mieć trzysta pięćdziesiąt tysięcy wkładu własnego. Intermarche pomagał w uzyskaniu kredytu we wskazanym przez siebie banku. Wejść w grono Muszkieterów (o historii powstania sieci we Francji – poniżej) nie było bowiem łatwo. Postawienie i uruchomienie sklepu, kilka lat temu, to była inwestycja rzędu czterech milionów złotych.

– Dzisiaj jest to pewnie dwa razy tyle – zauważa nasz rozmówca.

Wróćmy jednak do początków współpracy pana Jacka z Intemarche. Sklep już został wybudowany, wyposażony, można było zacząć handlować.

– I szło bardzo dobrze – tłumaczy pan Jacek. – Były miesiące, że miałem kilkadziesiąt tysięcy czystego zysku, a parę razy nawet więcej. Ale wtedy dookoła nie było tylu Biedronek, Lidlów, galerii handlowych. We Francji system Intermarche odniósł sukces. Ale tylko dlatego, że Francuzi dbają o własnych przedsiębiorców. W każdej gminie obowiązuje limit ilości sklepów uzależniony od ilości mieszkańców. Regulują to specjalne przepisy, tak zwana ustawa Galanta. Żaden nowy sklep więc nie powstanie. Można jedynie sprzedać już istniejący. I tak się tam dzieje. To gwarantuje, że każdy kto zainwestuje w tego typu działalność może liczyć na profity. Bo przecież muszą być ludzie, aby kupować towar. A w Polsce? Wiadomo… Byle było więcej…

 

Biznes się więc kręcił. W dużej mierze jednak dlatego, że pan Jacek miał spore doświadczenie w handlu i parę rzeczy robił po swojemu.

– W istocie w sieci takiej, jak Intermarche, nie chodzi o to, aby sprzedać towar – wyjaśnia. – Nie o to chodzi właścicielom spółki. Bo oni zarabiają na nas, na franczyzobiorcach, którzy muszą spłacać w czynszu zaciągnięte w spółce zobowiązania. To czynsz jest zarobkiem a obrót towarowy dodatkiem. Sztywne, zbyt wysokie ceny dziś nie są konkurencyjne, ale to spółki nie martwi. Istnieje cały szereg obostrzeń w sprzedaży towarów. Na przykład musiałem, i wszyscy inni mający sklepy Intermarche, zaopatrywać się wyłącznie w jednej tak zwanej bazie, w Poznaniu. We wszystko! Jechały do mnie na przykład pomidory przez pół Polski, w lecie, w upale, a ja nie mogłem składać reklamacji. Musiałem płacić za towar nawet jeśli nie nadawał się już do sprzedaży. A jazda przez pół Polski bez agregatu chłodniczego gwarantowała, że produktu łatwo psujące się nie będą się nadawały do sprzedaży. Jeśli firma przewozowa brała za kilometr euro, to kierowca miał polecenie od szefa, że lodówki mają nie pracować, bo to zżera więcej paliwa. Kupowałem więc kota w worku, po prostu. I nabijałem kasę Muszkieterów z Francji… Ale takie były zasady, takie zobowiązania. Trzeba było się więc gimnastykować. I tak przez cały okres dzierżawy, dziesięć lat, bo na tyle podpisywano umowy. Dzierżawy, bo w istocie spółka oferowała grunt pod sklep, a właściciel sklepu go budował. Później, po zakończeniu umowy, można było ją przedłużyć, albo spółka wykupywała sklep. Ja nie przedłużyłem umowy, bo w 2010 roku obok mojego sklepu było już kilka innych. W takich warunkach trudno było mówić o możliwości normalnego zarobkowania. Po prostu uciekłem spod topora.

 

„Wszyscy za jednego, jeden za wszystkich” – francuska ściema?

 

 

 

W Polsce działa 202 supermarketów Intermarché (stan na 31.01.2014) o powierzchni od 400 do 2800 m2. Sprzedają ok. 24 tys. artykułów. Przy wybranych sklepach działa 47 stacji benzynowych (stan na 31.01.2014). 93 supermarketów Bricomarché (stan na 31.01.2014) o średniej powierzchni 1400 m2. Sprzedają ponad 18 tys. artykułów. Przychody ze sprzedaży Grupy Muszkieterów w Polsce w roku 2012 przekroczyły 4,6 mld złotych, przychody ogólne nie zostały ujawnione.

Tyle można w skrócie o Intermarche wyczytać m.in. w Wikipedii.

 

– Tak jak już wcześniej powiedziałem, Grupa Muszkieterów odniosła sukces – tłumaczy pan Jacek. – Na pewno we Francji. Ale w Polsce też. Tylko co za tym sukcesem stoi? We Francji na pewno zadowolenie członków grupy, czyli właścicieli poszczególnych sklepów sieci. Ale tam są ku temu warunki. U nas nie. U nas jest handlowy neokolonializm. Pomijam już to, jak Francuzi traktują Polaków. Jak poddanych. Więcej szacunku mają do Marokańczyka, bo zna język francuski. A Polak, to dla niego wyrobnik. Tutaj można wszystko. W Polsce więc sukcesem jest to, że udało mi się przetrwać cały okres umowy i nie zbankrutowałem. Ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co ja. Znam takich, którzy stracili miliony, niestety.

Sukcesy, przychody, obroty, ilość placówek. Te dane są ogólnodostępne w internecie. Intermarche chwali się osiągnięciami. To oczywiste, skoro właściciele spółki dobrze zarabiają. A jak wygląda środek tej organizacji?

– Dziwnie – pan Jacek uśmiecha się tajemniczo. – Mówiłem już, że dla mnie jest to sekta. Proszę sobie wyobrazić, że na przykład każdy członek Grupy Muszkieterów ma tak zwany obowiązek wierności w myśl zasady wszyscy za jednego, jeden za wszystkich, jak to pisał Aleksander Duma opisując przygody Muszkieterów. Obowiązuje też zasada „tiertemps”. Polega to na tym, że każdy właściciel sklepu musi przepracować na rzecz spółki nieodpłatnie dwa dni w tygodniu. Kiedy miałem jeszcze sklep jeździłem więc dla razy w tygodniu do Poznania, do bazy, gdzie za każdym razem odpowiadałem za coś innego. Raz za sprzedaż, raz za logistykę, innym razem za transport, itd. Na miejscu nadzorował mnie tzw. binom, czyli pracownik permanentny. Było to irytujące, dla mnie ewidentna strata czasu. Dla Francuzów rzecz święta. W ogóle istniało i istnieje nadal francuskie nazewnictwo w spółce. Członek Gruy Muszkieterów, to „aderon”. „Postulant”, to ktoś kto składa akces do przynależności do spółki. A „postulant afektowany” z kolei to osoba, która ukończyła właśnie szkolenie. „Asosie” z kolei zostawało się w uznaniu zasług. Po dwóch pozytywnych bilansach, sprawdzanych przez zarząd spółki. Wtedy dopiero proponowano prawdziwe wejście do spółki, do Grupy Muszkieterów. Można było łaskawie wykupić w niej udziały, na przykład za pięćdziesiąt tysięcy euro. Jak ktoś nie miał tyle, Francuzi oferowali mu kredyt we wskazanym przez siebie banku. Prawdą też jest, że po odejściu ze spółki zwracano te pieniądze, ale dopiero po pięciu latach.

Wszystko więc, jak wynika z opowieści pana Jacka, kręci się w Intermarche wokół zasad wierności, historii Muszkieterów, a tak naprawdę człowiek jest przez cały czas z tym wszystkim sam, jak przysłowiowy palec.

– Czy czułem się Muszkieterem? – uśmiecha się pan Jacek. – Nie. Za stary jestem na taką indoktrynację. Ale musiałem robić dobrą minę do złej gry skoro podpisałem umowę. Pewnie wielu tak robiło i robi nadal. Bo jaką mogą mieć alternatywę? W moim przypadku zadziałał instynkt samozachowawczy. Doczekałem końca umowy i się wycofałem widząc, że nie zarobię na sklepie tyle, aby móc spokojnie co miesiąc płacić spółce czynsz dzierżawny, pracować dla nich za darmo, płacić za reklamę, gazetki reklamowe, wszystkie imprezy integracyjne i wiele innych rzeczy i jeszcze mieć jakiś czysty zysk. Nie wszyscy jednak są przewidujący. A może po prostu łudzą się, że jakoś to będzie? Na pamiątkę została mi szpada i kapelusz. D’Artagnanem-nie zostałem”.

Roboczy fragment książki „Franczyza -fakty i mity” współautor Daniel Dziewit (to na wszelki wypadek gdyby Intermarche miało mentalny problem kto to napisał)

 

Hotelomuzeum-poradnik najemcy

Jestem w trasie. Recepcje, kelnerzy, sprzątaczki. Miasta, miasteczka, wsie.  Jedne zadbane, drugie zapomniane powoli pustoszeją. Porzucone  gospodarstwa straszą dziurami po oknach. 

Z głośników radiowej jedynki na żywo dobiega lawina obietnic. Fala słów i pomysłów skąd wziąć na to czy tamto. Zero pomysłu co konkretnego stworzyć od podstaw. Zbudować czy odbudować. Nawet pomysł wskrzeszenia lubelskiego Żuka będzie się odbywał na niemieckiej licencji volkswagena. Żuk wróci na polskie drogi. Jednak nie na polskiej licencji. Dobre i to. Będzie nowy van.

Szukając pomysłu na organizację czegokolwiek tym razem ląduję w „dwa w jednym”. Pod Koszalinem. Hotel z kortami, placem zabaw, centrum spa i …muzeum. Miejscowość o dość niejednoznacznej nazwie Mścice. Hotel Verde.

wejscie

-Trzy lata temu otwarliśmy tutaj to muzeum i przyciąga  przejeżdżających ludzi. Wycieczki z dziećmi, rodziców. Dobudowaliśmy kawałek budynku. Działa jak magnes. Nie mamy statystyk ile osób rocznie odwiedza to miejsce, ale wciąż przybywa.

aldolfik

Te samochody odnawiamy w warsztacie i idą na sprzedaż do Niemiec.

wypas

To jest rynek wznoszący i przybywa pasjonatów starych samochodów. Uczestniczymy w wyścigach. To co tutaj jest wystawione-sprzedajemy.

wypas2

Zainteresowanie w Polsce rośnie, przybywa ściągających, remontujących i sprzedających.

 

 

wypas3

Nawet pan nie wie jak te ceny szybko szybują w górę.

 

201510194407

 

Samochód po renowacji kosztuje 170.000 euro, a w 2-3 miesiące później 190.000 euro. Coraz więcej młodych ludzi się tym interesuje. Nasz hotel jest rodzinnym miejscem, a nie jak w Hiltonach czy nie Hiltonach-mówi córka właściciela hotelu. Ceny niektórych pojazdów to 30.000 złotych, 70.000 złotych.

201510194397

Niebawem powstanie drugi hotel Verde w centrum Koszalina. Nie sieciowy. Nie franczyzowy. Nikt nie będzie narzucał nieżyciowych  rozwiązań, które w wielu przypadkach zarzynają ludzi. Biorców. Szczera otwarta rozmowa. 

201510194406

Hotel zarabia. Sukcesywnie się rozwija i rozbudowuje. Bez zadęcia. Bez słupków, arkuszy kalkulacyjnych, chorych pomysłów na podniesienie „sprzedaży” , bez sztywnych cen. Bez zmuszania do składania zamówień na produkty, które się nie sprzedają. Bez tajemnicy otoczonej nimbem sukcesu. Bez prokuratury, sądów i procesów. Bez wprowadzania w błąd. 

 

Biznesbank-poradnik najemcy

„Witaj, od jakiegoś czasu czytam Twojego bloga. Szczęśliwie nigdy nic nie wynająłem w GH. I szczęśliwie to dobrze powiedziane. Bo kiedy w wieku 24 lat bezpośrednio po studiach otwierałem firmę z trzema rozmawiałem. Nie wiem czy to przez to że rozmowy się średnio kleiły, czy przez konkurencję o lokale która wtedy była ogromna czy może ktoś nade mną czuwał. Wiem tylko że byłbym dziś udupiony. Studia to jednak jedynie papierek. I co z tego że jednej z najlepszych uczelni z wyróżnieniem. Biznesu kompletnie nie nauczyły. Dlatego wielu osobom polecam Twojego bloga.

Nawet jeśli czasem się nie zgadzam choćby z uwagi na mam wrażenie socjalistyczne poglądy to brakuje czegoś takiego. Zimy prysznic na wszędobylskie kampanie biznesów mlekiem i miodem płynących. Ale nie o tym chciałem.

Widzę że zabierasz się za franczyzę (http://przeliczeni.blox.pl/2015/10/Z-30000-zl-do-70000-zlotych-poradnik-najemcy.html).

Prócz oklepanych Żabek itp. polecam zgłębić temat franczyz/agencji bankowych. Znajomy ładnie na tym wtopił. I nie on jedyny bo pewnie z kilkadziesiąt osób. A kwoty po 100 000 zł czy więcej to nie tak mało. „Chwalebny” przykład Meritum Bank.

Instytucja która dała jedynie produkt kredytu gotówkowego obiecując reklamy i wejście w rynek. Do reklam (po 4 latach funkcjonowania) dotrwali najwytrwalsi. Reszta obietnic to tylko obietnice. Bank się sprzedał za śmieszne pieniądze. Alior Bankowi. Ten zaś jest nie wiele lepszy. Sieć franczyzowa jakoś funkcjonuje. Ale pomysły mają pierwszoligowe. Jakiś czas temu weszli w rynek z placówkami Alior Express (w galeriach handlowych). Teraz przestały one zarabiać. Rozdają je zatem etatowym pracownikom. Warunek – przejście na działalność. I wtedy się orka zaczyna… W każdym razie tak tylko sugeruję temat, wart zgłębienia do książki.

Z innych branż ciekawie we franczyzie jest z wszelkiej maści agencjami reklamowymi, nieruchomości, punktami przesyłek kurierskich (o to dobry temat!) a nawet ciekawie było w firmie której biznesem miały być reklamy na torebkach na pieczywo. Po prostu pięknie, wolnoamerykanka. Łapanie frajerów. A już złapani muszą zapierdz.. bo umowa podpisana, nierzadko na czas określony bez możliwości wypowiedzenia (tu się np. kłania pięciolatka Meritum).Pozdrawiam.

Też pozdrawiam. I dziękuję za sygnał. Odpowiedzią niech będzie fragment piszącej się książki. Wersja robocza.

„A la Alior”

Banki przestały być instytucjami zaufania publicznego. To co miało pomóc-szkodzi. „Choćby skały srały limit musi być zrobiony”, za wszelką cenę, za każdą cenę. I jako, że te limity coraz trudniej zrobić szuka się „partnerów” w terenie.

Kilka lat temu dużą akcję zrobił Alior Bank. Sprzedawali franczyzę na swoje punkty. Koszt: 40 tysięcy złotych za sztukę czyli za punkt. Logo Aliora, kolory Aliora, ubrania a la Alior i szkolenia biznesowe. Koordynatorzy jeździli po Polsce i szukali ludzi którzy te 40 tysięcy złotych mogli i chcieli wyłożyć.

Pani od umów spotykała się z zainteresowanymi przedsiębiorcami, którzy chcieli się „zdywersyfikować”. Kandydat z grubsza biorąc miał wykazać swój poprzedni sukces w biznesie czyli odpowiednie doświadczenie. Pani przepytywała zainteresowanego klienta jakie ma osiągnięcia w jakiej branży i tłumaczyła na czym polegać praca partnera. Szukali głównie ludzi z doświadczeniem w bankowości, w sprzedaży produktów bankowych i pochodnych. Nie eliminowali jednak „nowicjuszy”. W końcu 40 tysięcy-drogą nie chodzi.

Co ciekawe punkty powstawały jak grzyby po deszczu-po czym się zwijały. Partnerzy szukali z kolei kogoś kto od nich ten koncept odkupi, po to, aby odzyskać poniesione nakłady.

Dziś franczyza Aliora spadła o połowę. Płacisz tylko 20 tysięcy złotych i powstaje pytanie czy logo produkują taniej, czy wykładzina pochodzi z innych źródeł czy też tańsze szkolenia i „koncept” i całe know how jest już mniej warte?

-Przyjechała kobieta na spotkanie. Ładnie ubrana, zadbana, jak w reklamie. Po przepytaniu nas czym się zajmujemy zadaliśmy jej kilkanaście pytań: o prowizję od rachunków indywidualnych, o rozliczenia kredytów, o udział w spłacie kredytu przez klienta, o pożyczki, o karty, o to co będziemy z tego mieć. Miałem wrażenie, że jest przyciśnięta do ściany, na wiele z tych pytań nie odpowiedziała jednoznacznie. Była zaskoczona. Jak to? Ktoś węszy tutaj przekręt? Jakieś nieścisłości, ktoś dobitnie dopytuje o pieniądze, precyzyjnie o wynagrodzenia? Była zaskoczona-wspomina jeden z niedoszłych franczyzobiorców.

-Po spotkaniu pojechaliśmy pokazać upatrzoną lokalizację. Pani pooglądała i umówiliśmy się, że Alior rozważy naszą firmę i dostaniemy telefoniczną wiadomość-nigdy nie oddzwoniła, a wskazana przez nas lokalizacja-została wzięta przez kogoś innego. Po kilku miesiącach-się zamknęła.

-Odetchnąłem, bo okazało się, że partner widocznie nie zarobił. Podarował komuś te 40 tysięcy złotych. Drugi wniosek do jakiego doszedłem to fakt, że masz słuchać, nie pytać, bo jak dociekasz to jesteś już na starcie-nie wygodny…

-Postawiłem na trzy punkty aliorowskie. Tylko jeden się bilansował. Dwa nie miały szans. Nie było możliwości zarabiania pieniędzy. Jeden udało mi się zbyć-drugi nie-wspomina jeden z franczyzobiorców. Kwoty wkładu-nie odrobił. Prowizje były zbyt niskie.

Sam Alior Bank wprawdzie się nie zamknął, ale wystawił na sprzedaż. PZU wchłonęło Alior Bank. Zanim to nastąpiło Alior wchłonął Meritum co z kolei wystraszyło istniejących franczyzobiorców jednej i drugiej marki. Przyszłość jednych i drugich stanęła pod znakiem zapytania, bo nie wiadomo co zechce zrobić z nimi PZU.

Co ciekawe franczyzową sieć dziś buduje Raiffeisen Polbank . Kwota wkładu: 50 tysięcy złotych. To nic, że sam Raiffeisen jest na sprzedaż-może ktoś się skusi?

Banki wyszły z założenia, że po co inwestować własne pieniądze w lokale, meble, loga i wyposażenie? Zapłacą partnerzy, a jeśli zarobią to jeszcze jakiś pieniądz od obrotu wpadnie. Poza tym za pracę zapłaci ten kto w to wejdzie. Wprawdzie to centrala decyduje komu kredyt komu nie, ale to jest bez znaczenia. Każda umowa franczyzowa to dla banku sprzedaż już na starcie.

Banki skrzętnie ukrywają swoje tajemnice jak to, że Deutsche Bank pomagał Rosjanom prać brudne pieniądze przeprowadzając tzw. zwierciadlane transakcje transferując pieniądze przez Wielką Brytanię.

Niemiecki Der Spiegel ujawnił, że w ten sposób Rosjanie wyprowadzili z Rosji 6 miliardów dolarów.

Ten sam Bank w Polsce na stronach internetowych przedstawia swoje super produkty dla franczyzodawców i biorców. Eksperci bankowi oferują „ elastyczne i wszechstronne finansowanie”, bo zdaniem autorów ze strony internetowej DB:

„Prowadzenie działalności gospodarczej w ramach sieci franczyzowej to coraz popularniejsza forma aktywności biznesowej. Franczyzobiorca może dynamicznie rozwijać swój biznes, korzystając z siły i potencjału rynkowego, jaki daje sieć franczyzowa: marka, wysokie standardy prowadzenia działalności wspólne dla wszystkich podmiotów. W zamian za to franczyzobiorca oferuje swój entuzjazm i energię, które w połączeniu z siłą sieci franczyzowej stanowią gwarancję sukcesu.”

https://www.deutschebank.pl/klienci-biznesowi/finansowanie/finansowanie-sieci-franczyzowych.html?pm=submenu&pc=klienci-biznesowi-finansowanie-sieci-franczyzowych

 

 

Trój retailove miasto-poradnik najemcy

Trójmiasto robi wrażenie. Zmiany są widoczne. Eleganckie promenady, zadbane hotele, pensjonaty i szeroka gama możliwości spędzenia czasu. Różne biznesy się kręcą choć po sezonie ruch turystyczny spada. Tym razem mam okazję zwiedzić „trzy w jednym” czyli Gdynię, Sopot i Gdańsk.

Wprawdzie przez szyby zapłakanego deszczem autokaru, ale warto taki rodzaj zwiedzania wykorzystać. I jak w wielu przypadkach trzeba mieć szczęście żeby dobrze trafić. Na autokar, fajne towarzystwo czy wreszcie przewodnika, który nie odwala maniany, ale wie na czym obsługa klienta polega. Marian Fifelski jest przewodnikiem, pilotem, organizatorem. Człowiek z pasją i ogromną wiedzą o regionie.

Z_1

 -Pracowałem w szkole i w 1977 roku postawiłem na zmianę czyli na ten zawód. Almatur, Juwentur, Orbis-to były moje miejsca pracy. Solidna szkoła. Dziś są takie czasy, że się nie wybrzydza. Nie można powiedzieć, że „to biorę”, a tego nie. Z żoną mamy małe biuro podróży. Ja pracuję w terenie, a żona zajmuje się organizacją wycieczek. Ta praca to moja pasja.

Z głośników autokaru poznajemy historię.

-Tutaj proszę państwa mieszka Lech Wałęsa. Płot, a nad nim drut kolczasty otaczający ogród, a w tej budce siedzą ochroniarze. Były prezydent jeździ po świecie, wykłada na różnych uczelniach. A tutaj mamy meczet. Na razie jest mały, a wspólnota liczy ok. 2000 osób. A te ceglane budynki to dom w którym mieszkał Donald Tusk. To tutaj były jego tereny. Widzicie państwo pomieszanie starych budynków z socjalistycznymi. Kamienice prywatne pięknie odnowione i te zaniedbane należące do miasta. Mijamy teraz gh Klif, należy do norweskiego funduszu. W środku ok. 200 sklepów i siedziba amerykańskiej ambasady, czyli Mc Donalds. Stocznia nie istnieje z 18.000 zatrudnionych dziś pozostało kilkaset miejsc pracy. Były szef stoczni startuje w wyborach.

I tak dalej i dalej i dalej. W ulewnym deszczu wychodzimy na starówkę w Gdańsku. Leje jak z cebra i zimno.

Z_2

 Szukając bankomatu wpadam na być może byłego stoczniowca.Z_3

 -Gdańsk to miasto ze wspaniałą historią. Miasto kupców i przedsiębiorców. Największy rozkwit dotyczy czasów kiedy Gdańsk miał wyłączność na handel zbożem. Te kamienice są widocznym dowodem na prosperity, a miasto przez lata przechodziło z rąk do rąk. Kupcy najpierw dorabiali się majątków, a potem dopiero przechodzili edukację. Dziś ta stara część jest jak muzeum. W tygodniu jest tutaj pusto. Wszystko ożywa w weekendy.

Zwiedzamy zabytki. Pan Marian przenosi nas w inne czasy. Opowiada obrazowo, żywo z pasją. Ciągle leje.Pokazuje to, jeszcze to, jeszcze to. Na maksa wykorzystuje czas. Nie puszcza grupy mówiąc „Proszę państwa to może chodźmy na kawę, bo się przeziębicie”. Profesjonalista otrzymuje od grupy gromkie brawa. Stara dobra szkoła. Mieliśmy szczęście.

Wychodząc na środku głównego deptaka starsza pani czeka na datki.

-Kim pani jest?Dlaczego w taką pogodę tutaj?

Z_5

 -Ja jestem królowa Jadwiga!

-?

-Idź pan do diabła!

Włącza się agresor. Nieopodal „naganiaczka” zaprasza do klubu „obsesja”.

-Zapraszam panów! To taki klub dla mężczyzn. W środku jest bankomat. Tańce.

-Czyli burdel.

-Nieee taki klub taneczny!

Sory nie tym razem. Nie jesteśmy tu sami.

Rozczarowana dziewczyna szuka jeleni, a my autokaru. Firma Fifi Travel (www.fifitravel.pl) zrobiła dla nas kawał dobrej roboty. Wręczam na pamiątkę książkę.

-Proszę też wiedzieć, że swoją ambasadę w gh Manhattan ma biuro regionu pomorskiego Platformy. Schowani. Trudno ich znaleźć. Duże biura. Na ścianach Wałęsa i Tusk. „Ambasada”.

-Nie wiedziałem. Człowiek ciągle się dowiaduje czegoś nowego)))

Gdynia i Gdańsk  są zabudowane galeriami handlowymi. Największa to Riviera. Gigantyczna. Podobno ma powstać jeszcze jedna.Chciałoby się życzyć: w takim razie: powodzenia. Sugerowana nazwa: galeria Stoczniowa, sugerowany czynsz 3 eur/m2. Umowy z jednomiesięcznym okresem wypowiedzenia.

P.S. Podpisywania umów nie polecam, ale nocleg w Domu Marynarza (tanio) lub Różanym Gaju (drożej) w Gdyni. W tym pierwszym przenosimy się w czasie do lat 70. w tym drugim już współcześnie. Młoda ekipa. Chcą pracować w Polsce. Wyjazd za granicę nie wchodzi w grę.

 

Pomysł na biznes-poradnik najemcy

Targi Franczyzy przeszły do biznesowej historii. Nie miałem jednak czasu, aby przyglądać się temu wydarzeniu w całości. W połowie wykładu prowadzonego przez gościa specjalnego Jarosława Kuźniara-ruszyłem w trasę do Wołomina. Po drodze mijam miejscowość Zielonka. Zaciekawił mnie ten budynek. Zatrzymuję się.

201510164350

 Po roku od otwarcia-sklep się zamknął

201510164346

 

 Do wzięcia resztki wyposażenia.

 

 

201510164354

 

 

201510164353

 

 

 

201510164355

 

 

201510164357

 Na rowerze podjeżdża człowiek. Macha z daleka i zatrzymuje.

-Mam Żyda w głowie panie.

-Co pan ma ?

-Żyda panie. Wiem co trzeba zrobić żeby tu zarobić! Widzi pan ten budynek, tu był sklep, ale w środku musi być odpowiednia temperatura, tam gdzie mięso inna, tam gdzie warzywa inna, a tutaj jedzenie się psuło. Tu trzeba zrobić dom weselny panie, u góry pokoiki i imprezy robić. Jak pan kupi ten budynek to wie pan ja panu bimberku przywiozę, kiełbaski swojskiej. Pan zarobi, bo taniej i ja zarobię.

201510164362

 -Niech pan sobie weźmie ten kwas chlebowy.

201510164358

 -A jest? Myśli pan, że można?

Pan Zdzisław (l.74) żegna się bezzębnym uśmiechem. Starszy człowiek. Z pomysłem na biznes. Czy ten pustostan nadaje się na dom weselny? Jadąc kilkaset metrów dalej uśmiecha się Biedronka połączona z centrum handlowym. Bilbord pohukuje o 600 metrach kwadratowych do wynajęcia. Nie zatrzymuje się. Szkoda czasu. Przypał. Nie tylko w Zielonce.

Gdybym był zielony -z franczyzowych Targów -wyszedłbym w skarpetkach. Co ciekawe nie znalazłem pomysłu dla osób starszych, ale dla dzieci. Jakby pod prąd. Logiczny, ekonomiczny i  demograficzny, ale o tym już innym razem, bo dziś podziwiam uroki Gdyni. Piękne miasto.

 

 

Franczyza-krok po kroku-poradnik najemcy

Od wielu miesięcy czytam to pismo.

f_1

To miesięcznik reklamowy. Zachęcony 150 pomysłami na biznes postanowiłem uczestniczyć w XIII Targach Franczyzy w Warszawie.

Miałem dwie możliwości, albo wypełnić coś w rodzaju kuponu z danymi osobowymi i wejść „za darmo” na podstawie tego kuponu, albo kupić tradycyjny bilet za 15 złotych. Wybrałem bilet. Pomimo, że koszt pisma czyli kuponu to 7,50. Doroczna impreza potrwa do soboty. Dziś zasygnalizuję jedynie, że Targi „150” pomysłów na biznes się otwarły i odtworzę dialog, który odbyłem na papierosie z osobami zainteresowanymi sprawdzonymi systemami biznesowymi. Oddaję głos uczestnikom. Panie plus 40.

-Przyszłyśmy tutaj bo T-Mobile nas zwolnił z pracy. Pracowałyśmy 18 lat w tej korporacji. Szukamy pomysłu co dalej ze sobą zrobić, w co zainwestować, bo w Warszawie nie ma dla nas pracy. T-Mobile miał franczyzobiorców czyli ok. 280 punktów. Z wszystkimi rozwiązano umowy. Część z nich pozostała w galeriach handlowych z umowami, bez loga. To był proces, sukcesywnie zamykano te punkty.

-Zajmowałam się tym bezpośrednio. Mogę jedynie im współczuć. Dziś szukam pomysłu na siebie, ale to co mnie tutaj dziwi to następujące rozmowy: pytam ile kosztuje wejście w system i słyszę konkretną kwotę. Kiedy pytam o obroty i rentowność to słyszę, że to tajemnica handlowa.

-Mnie się kojarzy franczyza z poczuciem bezpieczeństwa i z tym, że tak jest łatwiej otworzyć własną działalność.

-O galeriach w ogóle nie ma mowy. Rozmawialiśmy z mężem na ten temat, szukaliśmy informacji na temat najemców i to w ogóle nie wchodzi w grę. Jeżeli, to tylko wyspa w gh. Sprawdzałam, że wyspa kosztuje 15 tysięcy złotych i tutaj nie ma ryzyka. Lokal w ogóle nie wchodzi w grę.

-Mnie dziwi to, że o franczyzie jest bardzo mało informacji i nie wiem czy Ci ludzie zarabiają na tych systemach czy nie. Nie ma negatywnych informacji nawet w sieci. Czy Ci ludzie się boją pisać? Gdzie mamy się dowiedzieć skoro franczyzodawca nie mówi o rentowności, ale mówi o pieniądzach, które mam wyłożyć? Jakie franczyzy działają, a jakie nie? No nie ma na ten temat informacji. Wszystko to jakieś jest za bardzo cukierkowate. Za bardzo.

Rozmawiamy z godzinę. Przekierowuję panie na bloga. Być może się jeszcze spotkamy. Przyglądam się stoiskom. Do niektórych sam podchodzę do innych jestem zapraszany. Biorę ulotki. Słucham. Zadaję pytania. Uśmiechnięte hostessy rozdają cukierki. Fotograf robi pamiątkowe zdjęcia. Panowie  w garniturach udzielają informacji. W międzyczasie wykłady merytoryczne czyli „szansa na własny biznes”.

Dostałem kilka ofert. Czekam na „draft” umowy na maila. Wówczas szczegółowo niektóre z tych pomysłów przeanalizujemy tutaj. Jeden jednak z tych 150 pomysłów „wyrwał mnie z butów”. Propozycja zagranicznej agencji reklamowej.

Wkład na „dzień dobry” to 49,500 tysiąca dolarów-za osławione know how. W sumie inwestycja na poziomie 170.000-180.000 dolarów. Zachowałem powagę i wysłuchałem tej propozycji.

Rozłożę ją tutaj na czynniki pierwsze, bo traf chciał, że reklamą zajmuję się od 11 lat. Od ulotki, wizytówki, poprzez banery, wydruki, wyklejenia, projekty graficzne poprzez reklamę prasową radiową i telewizyjną, produkcję spotów, biuletynów i filmów. Nie sumowałem tego, ale wartość była spora. Wydałem kilkaset tysięcy różnych gazetek i gazet. Dlatego też coś na ten temat wiem. I na temat potencjału rynku. Na razie czekam na prezentację tej firmy w wersji graficznej. Zauważyłem też kilka ciekawych pomysłów.

Przypomnę jednak, że niektóre z tych firm to „naganiacze” do galerii i centrów handlowych i udowodnię w oparciu o materiały franczyzodawców, że w niektórych przypadkach jest to łapanie frajera –za duże pieniądze w oparach absurdu i tzw. „tajemnicy handlowej”. Tymczasem nie jest tajemnicą, że dom mody Modo w stolicy już za dwa dni otworzy swoje podwoje.  

 

f21

 Trwają gorączkowe prace. 

f32

 Wg reklam, aż 350 sklepów będzie do dyspozycji mieszkańców. Czekam na to wielkie otwarcie. I na to co będzie się działo po zaspokojeniu ciekawości zwiedzających czyli mniej więcej za 3-4 miesiące.

 

Z 30.000 zł do 70.000 złotych-poradnik najemcy

Warszawa. Cierpliwość popłaca. Wreszcie skontaktował się ze mną człowiek, który był w Polsce tzw. master franczyzobiorcą. Czyli wprowadzał system na polski rynek i nikt z „jego” franczyzobiorców nie tylko nie zbankrutował, ale ludzie ci zarobili na sieci i w odpowiednim momencie bez kar, nad zabezpieczeń i strat pozamykali lokale.

O tyle jest to ważne, że szukam pozytywnych przykładów i jest kolejny-sieć już wprawdzie nie istnieje, ale ważne były praktyki wobec partnerów. Zapisy w umowach, warunki, relacje i transparentność. Jako, że rozmówca poprosił o konsultację w temacie gh (prowadzi jeden punkt) i propozycji nie do przyjęcia ze strony gh-spotkaliśmy się, aby obgadać temat wyjścia lub pozostania. Oczywiście człowiek ten ma i imię i nazwisko i reprezentuje poważną markę, na razie jednak do momentu rozstrzygnięcia kwestii z gh-niech pozostanie anonimowy. Oddaję mu głos. Na temat franczyzy dużo wie.

-„Od roku czytam bloga. Uruchomiona została lawina. Teraz, po 10 latach prowadzenia biznesu postanowiłem napisać, bo uznałem, że warto porozmawiać. Byłem franczyzodawcą dużej poważnej niemieckiej marki. Nikt nie popłynął. Kiedy nastąpił zmierzch produktu w odpowiednim momencie wycofaliśmy się wszyscy, a umowy wygasły. Nie chciałem niszczyć tych ludzi. Umowy sporządził niemiecki prawnik. Podpisał się pod każdą, brał za to odpowiedzialność.

Często mówi się w Polsce o tym, abyśmy spróbowali wdrażać niemieckie rozwiązania w różnych dziedzinach życia. We franczyzie „po polsku” nie ma regulacji. To jest „meksyk, wolna amerykanka”. Pojawiają się franczyzodawcy jak meteory i znikają, a ludzie pozostają z problemem. Ten styk franczyzy z gh jest bardzo niebezpieczny.

W Niemczech prawie wszystko jest oparte na systemach franczyzowych, ale tam prawo chroni franczyzobiorcę, który jest w pewnym stopniu traktowany jak pracownik danej marki. Istnieje tam coś na wzór „związków zawodowych”, które u nas różnie się kojarzą. Wielu ludzi straciło wszystko, bo nie ma odpowiedzialności. Od wielu lat prowadzę działalność. Wiele widziałem, wiele wiem. I niestety muszę przyznać panu rację, że temat gh w Polsce się kończy. Nie jestem bankrutem i przez 10 lat prowadzenia biznesu wyciągałem po kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie przy czynszu na poziomie 30.000. Dziś dostałem propozycję nowej umowy z czynszem 70.000 złotych. Propozycja-nie do przyjęcia.

Na odpowiedź w sprawie jakiś rozmów czekałem dwa miesiące i jestem w zawieszeniu. Miałem udział w prosperity tego centrum, bo klienci do mnie przychodzili. Są zadowoleni i nie wykluczone, że końcem miesiąca się wyniosę, bo ta propozycja jest nie do przyjęcia. Teraz trwa przebudowa. Obroty spadły o 25% wiem jednak co podpisywałem, potrafię czytać, ale się nie spodziewałem, że w ogóle taki pomysł komuś wpadnie, żeby jeszcze w środku coś budować. Wynajmujący nie ponosi żadnej odpowiedzialności. Nie wpadłem na to, że kiedykolwiek nagle tutaj ktoś zacznie w środku coś budować. Ktoś za granicą przy biurku nakreślił nowy pomysł, że zamiast jednego będą trzy punkty-a polski zarząd ma to wprowadzić i nie ma dyskusji.

Podpisałem umowę na dworcu centralnym w Warszawie. Kilkanaście tysięcy czynszu. Do umowy wprowadziłem ok. 50 zmian. Żadnych kar, żadnych nad zabezpieczeń. Z automatu mi podsuwali te kwity. To standardowe umowy.

Byłem w modo zapytać o lokal. Jakiś Turek obwieszony złotem zadał mi pytanie, ile zapłacę za czynsz. Przy takim podejściu zrezygnowałem z dalszych rozmów.

Warszawa jeszcze jakoś daje radę, ale jest coraz trudniej. Kiedy frank skoczył w górę natychmiast zauważyłem spadek obrotów. Klienci kawę piją, ale do tego momentu sprzedawałem przez weekend 15-16 blach z ciastem. Ludzie kupowali kawę plus ciastko. Od tamtego wzrostu sprzedaję 7-8 blach. Wydaje się, że to nie ma związku, ale widzę, że ma.

W książce, którą pan pisze o franczyzie wystąpię pod nazwiskiem, bo nie mam nic do ukrycia. W Polsce musi dojść do zmian przepisów regulujących podstawowe prawa. Dziś nie są respektowane. Nie ma żadnych zasad regulujących to, co w Niemczech dawno uregulowano, bo tam też była masa problemów. Mam różne działalności i mnie nic nie grozi, ale są inni też ludzie i o nich pomyślałem.”

Jeśli chcesz coś dodać od siebie na temat franczyzy, podzielić się swoim doświadczeniem i wiedzą-napisz na maila oson@vp.pl

Dzisiejszy materiał na temat prosperity dworców, dworcogalerii i najemców w Polsce.

http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,19019196,polskie-dworce-nadal-finansowym-minusie.html?biznes=local#BoxBizLink