Okiem jej/jego/ich-poradnik najemcy

Nie epatuję  recenzjami książki. Tym bardziej, że mam świadomość ułomności. W tym szczególnym jednak czasie nadchodzących wspomnień zacytuję jedną z nich. Zanim to jednak zrobię to kilka słów-od autora na bazie ostatnich wielu spotkań i opinii nie pisanych. Spróbuję to ująć w słowach odtwarzając rzucane w biegu rozmowy. Po przeczytaniu:

1.Szok.

2. Nie wiedziałem/nie wiedziałam.

3. Strach.

4. Dobrze im tak (najemcom).

5.Współczuję.

6.Jak dobrze, że nie trafiło to na mnie czy moją rodzinę.

7.Inaczej na to wszystko patrzę.

 

Z punktu widzenia autora dwa ostatnie punkty są najistotniejsze. Na pytanie co dalej w kwestii śmierci seniora to niebawem zdjęcia i szczegóły ujrzą światło dzienne tutaj, bo jak wiadomo-każda cierpliwość ma swoje granice, a czas trwania ustaleń przypomina prace ekspertów z Los Alamos. Autor poczeka do grudnia-piątego dokładnie.

 

Co do ludzi spotkanych po drodze to wartości dodane są niepoliczalne w sensie niematerialnym. Listopad to czas praktycznie ciągłych wyjazdów i promocji retailu wraz z Meduzą czyli franczyzą-przy okazji pracy. Do zamknięcia tematu pozostaje jeszcze Meduza i nie jestem w stanie czegokolwiek „polecać” nie z niechęci z założenia, ale braku kontaktu-dwie marki mogę-dla przypomnienia to ABC i NC+. Wiele z tych systemów i pomysłów już na starcie nadaje się-do piachu. I na to należy uważać.

 

Na otoczkę, na super zdjęcia, na bardzo wygadanych ludzi, kontaktowych, przekonujących, uśmiechniętych, na tabelki, wykresy, skracających dystans, znających odpowiedzi na każde pytanie ubierając to w profesjonalizm.

Systemy franczyzowe połączone z systemem retail są zagrożeniem dla egzystencji, dla młodych poszukujących czy starszych zdesperowanych brakiem perspektyw i zajęcia. Autor daje sygnały. Próbuje bardziej lub mniej udolnie ubrać to w słowa czy oprawić graficznie. I wie, że ma zwolenników i przeciwników-czyli tych których to interesuje czy tych którzy pchają kolejne śmieci na rynek jako pomysł na siebie. I jednych-i drugich-serdecznie pozdrawiam.

autor

„Publikacja Daniela Dziewita to mocna literatura faktu, która w mojej opinii winna stać się biblią wszelakiej maści drobnych przedsiębiorców i nawet tych większych biznesmenów, którzy myślą o wynajęciu powierzchni w jakiejkolwiek galerii handlowej na terenie naszego kraju. Nikt bowiem do tej pory, w taki szczegółowy i solidny sposób, nie poruszył tego jakże ważnego tematu. Nikt do tej pory nie zebrał tylu informacji, co Daniel Dziewit, dokładając do sielskiego obrazu tych przybytków rozkoszy, nieco mrocznej aury. I muszę przyznać, że po lekturze tej książki, całkiem inaczej odbieram działalność galerii w moim mieście. Przechadzając się pięknymi holami, oglądając ich luksusowe wnętrza do głowy przychodzą mi bowiem historie, jakie przytacza autor. Historie, od których włos jeży się na mojej głowie.

 zdjcie_ksizki

W publikacji znajdziecie sporo prawdziwych przykładów ludzi, których biznes w galerii zwyczajnie zniszczył. I są to historie przerażające, nie tylko pod względem nieszczęścia, jakie spotkało tych ludzi, ale przede wszystkim pod względem praktyk, jakie stosują właściciele molochów, by przyciągnąć najemców. Historia, jaka najbardziej mną wstrząsnęła to losy Wioletty i jej sparaliżowanego męża, udowadniająca totalną bezduszność wynajmujących powierzchnię. Daniel Dziewit nazywa ludzi, którym nie wypalił biznes w galerii, przeliczonymi. I to jak najbardziej trafne określenie, bowiem najemcy ci się zwyczajnie przeliczyli. I nie myślcie sobie, że ludzie ci nie mieli opracowanych biznes planów, czy źle prowadzili swoje firmy. Nie, bowiem szokujące jest to, iż zostali zwyczajnie i bezczelnie oszukani poprzez przytaczanie fałszywych danych na temat średniej ilości odwiedzających klientów czy też poprzez różnorodne nieuczciwe praktyki, w jakie trudno uwierzyć. Fakty, jakie biznesmen przytacza, niecne zachowania właścicieli galerii przy podpisywaniu umów najmu, a także przy opuszczaniu galerii, demaskują ten sielski obraz biznesu. Większość ludzi nie ma bowiem pojęcia, jak w praktyce to wszystko wygląda.

 

 

Daniel Dziewit nie tylko obnaża bezwzględne mechanizmy retailu, ale także wplata w swoją książkę przydatne porady, jak ustrzec się przed pułapką tego biznesu. I myślę, że ta część jest najbardziej wartościowa, gdyż niejednemu człowiekowi może zwyczajnie oszczędzić wpędzenia się w bankructwo, długi czy wieloletnią depresję. Przy okazji, autor odsłania nieudolność naszego wymiaru sprawiedliwości oraz luki w prawie, które pozwalają niektórym zniszczyć człowieka w ciągu kilku chwil. Zatrważająca jest bowiem częsta ignorancja lokalnych władz, dbanie o idealny wizerunek galerii czy też upatrywanie w galeriach miejsca, do jakiego powinna chodzić młodzież na szkolne wycieczki. Trafionym dodatkiem do tej całej bulwersującej treści są wymowne zdjęcia pustych lokali, a także rozmowy z psychologiem i prawnikiem”.

https://www.facebook.com/awiola.awiola?fref=ts „Subiektywnie o książkach”.

 

I jeszcze jedna. Ksiądz. Niestandardowy. Pracuje z więźniami. Poznałem go jakiś czas temu. Mieczysław Puziewicz. Za unijne pieniądze m.in. resocjalizuje. Skuteczność 90%.

„pokrzyżowałeś mi plany na dzisiaj, zamiast innych spraw przeczytałem Twoją książkę. Kilka myśli, którymi chcę się podzielić.

Dziękuję za tę książkę. Dobrze się ją czyta, ale wiele rzeczy się dobrze czyta, choć traktują o bzdetach. Są specjalne programy komputerowe do pisania książek, w efekcie wychodzą kolejne „produkty”, które się czyta i na tym koniec.
Twoja książka dotyczy sprawy ważnej, dlatego podwójnie dobrze mi się ją czytało. Choć nie znałem dobrze sytuacji w galeriach, to, co piszesz potwierdziło moje intuicje. I za to dziękuję.

Przynajmniej 3 osoby chcą już kupić Twoją książkę – napisz czy tylko via Internet można ją kupić? I czy dostajesz tantiemy?

I inne sprawy:
– dotknąłeś wierzchołka, mam nadzieję, że pójdziesz głębiej, do przyczyn zjawiska. Przy czym nie piszę teraz jako moralizujący kaznodzieja, ale jako badacz korzeni. Dla przykładu pisałem kiedyś u siebie:
http://itinerarium.pl/
– masz trochę racji z biskupami i klechami święcącymi markety. Poniekąd. W czasie wojny księża święcili żołnierzy przed bitwami, a jednej strony niemieccy księża święcili niemieckich żołnierzy, a z drugiej polscy księża polskich żołnierzy. Z jednej i drugiej strony byli ludzie, którzy się bali czy przeżyją bitwę, a księża dodawali im otuchy. Ci, co proszą o poświęcenie galerii to często ludzie wierzący. Co zrobić? Nie błogosławić?”

http://natemat.pl/160125,kuria-podnosi-czynsz-za-przedszkole-o-1000-procent-miasto-nie-ma-mozliwosci-przeniesienia-placowek

znicz_0

 P.S. Ten tekst mnie rozwala-pozytywnie.

bajka

 

Mc Donald czyli franczyzowa sieć-poradnik najemcy

„Ta franczyzowa sieć od dziesięcioleci rozwija się dynamicznie na całym świecie. Szczęśliwi franczyzodawcy i biorcy  oraz zadowoleni klienci są widocznym znakiem fenomenu systemu franczyzowego i gwarantem sukcesu”.

autor nieznany

huj4

 

Jeżdżę po Polsce od wielu lat. To piękny kraj. Lubię go. I lubię Polaków. Za wiele cech. W szczególności za to, że potrafią pomagać jak się komuś zawalił świat. Może ktoś to nazwać naiwnością. Ale nie lubię kiedy jedni drugim piorą mózgi. Dlatego dziś

m2

zapraszam na wycieczkę do Stanów Zjednoczonych amerykańskiej ściemy. Czyli sprawdzonego modelu biznesowego w oparciu o mitologię świętego makdonalda i  na siłę wkładanych na głowę dyń- z okazji Helokpin. Kpiną jest wciskanie nam na siłę tych pierdół. Zatem dziś tylko obrazem. Mówię na ucho-to ściema.

mc0

 Porzucone restauracje. System franczyzowy w pełnej krasie.

 Mc_do

 

 

mc_do3

 

m1

 

d1

d3

 

d2

 

 

d4

 

huj_1

huj2

 huj3

 

w1

 

w3

 

 

w4

 

w5

 

w51

w22

w31

w41

 W polskiej prasie-nie uświadczysz. Ale polecam ten tekst.

http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,19048452,mcdonald-s-sie-zmienia-amerykanscy-franczyzobiorcy-bardzo-zdenerwowani.html?biznes=local#BoxBizLink 

https://www.youtube.com/watch?v=abVPt2HrGxM 

w11

 

w32

The end. (zdjęcia z mc donalds abandoned na google.com).

Tymczasem dziś na jednym z wiodących portali ukazał się ciekawy tekst dotyczący m.in. bułek. Szwedzi będą nam piekli i chleby i bułki i bagietki. Czyli „piekarze-mogą pakować manatki”.

http://natemat.pl/159935,to-nie-fabryka-ale-piekarnia-szwedzkiego-koncernu-polscy-piekarze-moga-pakowac-manatki

Z kolei w innym czytamy, że udało się odkręcić sejmowy błąd.

http://biznes.pl/magazyny/handel/mniejsze-ograniczenia-w-budowaniu-marketow-od-2000-mkw/0jfdzd

Czeski film-poradnik najemcy

W Świebodzicach kreatywny inwestor zamiast mieszkań zbuduje centrum handlowe. W planie zagospodarowania przestrzennego stoi jak byk, że czeski inwestor ma pozwolenie na mieszkania. I faktycznie będą mieszkania – w sumie trzy sztuki o łącznej powierzchni 90 metrów2 plus taras zaliczany do nich o powierzchni  ponad 2000 metrów i suszarnia z wózkownią o powierzchni prawie 300 metrów. W papierach się zgadza. Na dole tymczasem powstanie centrum handlowe (3000 metrów). Dziś wygląda to tak.

domy2

Inwestor zobowiązanie wykona. Trzy mieszkania są w planie plus wypasiony taras z dodatkami. Tak wygląda mapa z „mieszkaniami”.

domy3

A chodzi o galerię handlową.

domy

Ten przypadek jest o tyle interesujący, że burmistrz , radni i  mieszkańcy są przeciwni. Sprawa trafiła do biura wojewody dolnośląskiego. Na razie nie ma rozstrzygnięcia. Czeski inwestor zachowuje się jak główny bohater w czeskim filmie. W tym przypadku jednak wiadomo o co chodzi.

Świebodzice liczą ok.23.000 mieszkańców. Bezrobotnych ok. 3000 osób.  Mieszkańcy na forach  spekulują ile kasy weźmie wojewoda. Jest szansa jednak, że nie weźmie. Nie zdąży. Wojewodowie powoli pakują manatki i szukają nowej roboty. Może zatrudni ich-czeski inwestor.

wniosek: przed podpisaniem umowy w  galerii handlowej pamiętaj, że można się tam spodziewać CBA.

KL Retail Park-poradnik najemcy

Jestem w trasie. Nie skomentuję wyniku wyborów, bo każdy ma swój pogląd lub nie ma. Padają pytania „i co teraz?”, „co to będzie, jak będzie itp.” W sensie ratowania gospodarki nikt nie wie na razie jak będzie, a przewidywania są przecież nieprzewidywalne. Cieszę się, że Piechociński były minister niegospodarki dostał wilczy bilet. Tyle mogę napisać.  

Tymczasem w Oświęcimiu wielkie przygotowania do budowy kolejnej galerii handlowej. „KL Retail Auschwitz Park” ma powstać w tym mieście.

oboz11

Lata temu lokalny inwestor chciał za płotem obozu koncentracyjnego wybudować centrum handlowe-wówczas nie przeszło, ale kilka lat później ok. 2 km od KL Auschwitz Birkenau powstał Carrefour połączony z centrum handlowym.Dziś wygląda to tak.

 oboz21

 Jak bunkier k. Międzyrzeca w województwie wielkopolskim.

http://www.bunkry.pl/pl/index.html

 oboz4

 Przed wejściem wynajęty stolik.

 kl22

 W środku kupujesz liquidowe fajki. Lokalizacja godna Lauru Konsumenta.

kl3

 Galeria nadgryziona zębem czasu. I powstanie nowa.

– Za pół roku ma być wszystko gotowe – zdradza jeden z pracowników. Podobno właściciel ma kasy jak lodu, więc jest szansa, że to wypali. Udało nam się dowiedzieć, że budynek stanie na środku działki. Będzie miał kształt litery „u”.

W planach są dwie kondygnacje, jednak inwestor wciąż rozważa, czy zamiast dachu nie zrobić tarasu z restauracją, stolikami i widokiem na okolicę. – Nie będzie tu żadnego wielkiego supermarketu spożywczego, a same butiki – mówi kolejny pracownik budowy. – Z tego, co widziałem w planach, będzie sklep ze skórzanymi kurtkami i torebkami, odzieżówki, stoisko z zegarkami – dodaje.

http://www.strefabiznesu.gazetakrakowska.pl/galeria/oswiecim-trwa-budowa-galerii-handlowej

Przed podpisaniem umowy polecam następująca stronę: http://www.zanim-podpiszesz.pl

 

oboz3

 

 Nowa gh ” ma być” otwarta do pół roku.  Tymczasem zmiany w Poznaniu. Retail upada. Galeria Malta-wstrzymuje budowę.

http://m.poznan.wyborcza.pl/poznan/1,106517,19055775,po-boksach-hula-wiatr-w-poznaniu-jest-juz-za-duzo-centrow-handlowych.html

 Oświęcim to małe małe miasto. 

 

 

 

 

 

Jak uratować emerytury i renty?-poradnik najemcy

„Zakład Ubezpieczeń Społecznych stoi na skraju bankructwa. Pisze się na ten temat, mówi i nie ma pomysłu na to, aby instytucja zaczęła zarabiać. Mówi i pisze się za to o ile zostaną obcięte emerytury i renty. Niech zatem ZUS poszerzy usługi – i stanie się dodatkowo cywilizowanym bankiem.

Założenia byłyby takie: ZUS Bank ma gwarancje państwa. Udziela niskooprocentowanych pożyczek 2-3%. Emeryci i renciści otwierają rachunki w ZUS Banku i oszczędzamy na transferowaniu pieniędzy do zachodnich banków. „Chwilówki” w ZUS-ie są udzielane po dogłębnej analizie możliwości finansowych zainteresowanego pożyczkobiorcy. Nie są pętlą zakładaną z premedytacją. Kończymy z lichwą.

 Z czasem ZUS generuje zyski i z nich wypłaca trzynastą emeryturę. ZUS otwiera sieć na zasadach miękkiej franczyzy w całym kraju. Zarząd to polscy wykształceni bankowcy, ekonomiści-pod jednym warunkiem-że prowadzili kiedykolwiek własne firmy czyli-nie teoretycy. Po ostatniej „reformie” i likwidacji de facto OFE okazało się, że ludzie mają większe zaufanie-mimo wszystko-do ZUS-u.

Otwieranie rachunków byłoby proste, bo każdy z klientów ZUS-u ma już otwarty rachunek. Kwestia wyrobienia karty i zgody.  Przeniesienie rachunku np. z Deutsche Banku, Aliora czy Credit Agricol byłoby formalnością. Aby móc ratować ZUS trzeba wprowadzić zmiany.

Obniżenie składki to jedno, ale zasypanie powstającej dziury, to drugie. Czymś ją trzeba uzupełnić. Słyszę  kociokwik, że się nie da. Że to nie możliwe i że utopia. A moim zdaniem jest to realne. Trzeba przekuć wizerunek ZUS-u z krwiopijcy i instytucji, która rujnuje firmy i portfel „Kowalskiego”. Doprowadzić do sytuacji w której stanie się instytucją zaufania publicznego. (…)

Pomysł na wprowadzenie negocjatorów ze strony ZUS-u w sprawie windykacji należności jest dobrym krokiem. Oby było ich więcej.”

To fragment tekstu który piszę dla jednej z dużych gazet. Być może to wydrukują. Nie chcę wierszówki. Chcę dyskusji na ten temat. Bo mówienie to jedno, a działanie to drugie. A co Ty myślisz na ten temat? Zachęcam do komentarzy, do podzielnia się swoim zdaniem na ten temat. Tekst się jeszcze pisze. Zbieram dane o zyskach banków, chwilówek i tym podobnych wynalazków. Pomóż napisać ten tekst. I napisz czy Twoim zdaniem to dobry czy zły pomysł.

Wiem, że wielu ludzi zalega w ZUSie-nie tylko najemców w gh. I myślę gdyby ZUS miał bank-mógłby pomóc wyjść z tarapatów dziś, a za kilka lat nie będziemy mówić o bankructwie.

 

Obroty najemców-poradnik najemcy

Jak podają najemcy z gh dziś w okolicach godziny 17.00 „frekwencja” wyglądała tak.

Z wejścia nr 1 poprzez platformę obrotową zanotowano 23,6 % klientów.

Z wejścia nr 2 z prawej strony i spadzistej-41 % klientów

Z wejścia skąd rozbrzmiewa muzyka -8,6% klientów

Od strony korony galerii handlowej 4,8% klientów

Z wejść łączących kilka pasaży-6,6% klientów

Z pasażu zielonego weszło dziś  5,3 % klientów

Z takiego wejścia gdzie razem policzyć się nie da – ok.3,6% klientów

Z pasażu od nowo otwartej gh-6,7% klientów.

Obroty w boksach odnotowano wyższe niż zwykle.

 „Podane obroty są jedynie symulacją-nie stanowiącą oferty handlowej w rozumieniu prawa handlowego. Podane obroty-mogą się zmienić”. Reklamacji-nie uwzględnia się.

 

 

„Kapitan Piasek” w Gemini Park-poradnik najemcy

Galeryjne iwęty mają dwa ważne wątki o których należy wiedzieć. Frekwencja i koszty. Na to pierwsze składa się wiele czynników, bo trudno ludzi na siłę przyciągnąć do gh-jest wiele alternatyw na spędzanie czasu. Poza tym ilość gh sprawia, że nie można być w kilku miejscach na raz.

Z kolei koszty stoiska podczas iwętu to też jest uzależnione od widzimisię, bo sztywnych stawek nie ma. I tak w Lublinie zapłacimy np. 1000 złotych za dzień handlując oscypkami, a gdzie indziej 1500 sprzedając czapki. Tak, czy inaczej są to opłaty z wysokie, a powodzenie iwętu oczywistością nie jest. Zdarza się że można trafić na ciekawych ludzi takiego spotkałem w bielskiej gh to  Piotr (31 l) z Kołobrzegu. 

M11

 Piotr jest marynarzem. Przyjechał do Bielska-Białej do gh Gemini Park.

-Nie mogę powiedzieć ile płacę za ten stoliczek, ale  w promocji to jest 300 złotych dziennie, a inne galerie zapraszają mnie za darmo. Sprzedaję taki gadżet dla dzieci.

M22

 

 -Obniżyłem cenę z 15 złotych do 10 złotych i ta zabawka jest uwielbiana przez dzieci.M32

– Stoi na dłoni, na nosie. Do tego sprzedaję bilety na noc kabaretową. Dzieci się cieszą. To jest fajne. Byłem w gh w Jastrzębiu i było super.

M4

-Niestety byłem tu uciszany, a to nie jest fajne.

M51

– To jest chińska produkcja, ale w Polsce już też to robią.

 

M7

 

Ludzie go lubią i on lubi ludzi. RMF czy TVN są mu dobrze znane. Działa też charytatywnie. W sezonie letnim-pływa na polskiej jednostce turystycznej w Kołobrzegu. Jest żywą promocją tego polskiego kurortu.

I przyjechał w Beskidy. Czy jeszcze zajrzy w Beskidy? Tego nie wiadomo, ale wiadomo, że nie raz tego rodzaju iwęty kończą się degustacją lokalnych trunków o dość niejednoznacznej nazwie.

M84

 

wniosek: nawet 300 złotych za stolik może być kwotą nie do odrobienia.

P.S. Kapitan Piasek-zaprasza na rejsy.

 

 

8000 zł dziennie-poradnik najemcy

 „Reklama, reklama-pranie mózgu-już od rana”. Pamiętacie to hasło? Żeby nie było tak cicho i żeby system retail miał świadomość, że nadchodzi nowe najpierw reklamowa ściema.

absurd1

 Tzw. mailing czyli sposób na „zarabianie”. Ten człowiek na dole od rana zapycha żeby związać koniec z końcem.

Gosc_z_wozkiem 

 Temu raczej wszystko jedno na zielonym turystycznym szlaku nie wiele potrzeba. Flaszka załatwia temat wyborów. Został już dokonany.

go

Reprezentacyjna kamienica w Bielsku Białej.  I pytanie czytelnika z tego miasta.

„To już prawdziwe szaleństwo. Dlaczego idąc na dworzec kolejowy BĘDĘ  MUSIAŁ przejść przez galerię handlową ?”

http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,19057741,z-pociagu-do-galerii.html

Panie Marku może pan nie będzie musiał. W Żywcu CBA trzepie samorządowców w kontekście działki na której stanął MC Donald.

comment_LResm3R8ejLazJ6glcqmtbrTmmPdH4gOwat

Przesłuchania, ustalania. Nie wykluczone, że przed nami definitywnie, ktoś ruszy ten temat nie tylko w pekapie. Wiele zależy od tego kto i na kogo. Rozumie pan?

zdjecie60022731720111023jesiennaaleja

Pozdrawiam ze Szczyrku. 

 

 

Idą Święta Bożego Najedzenia-poradnik najemcy

W Stanach Zjednoczonych Ameryki już mamy Święta. W Arizonie przy centrum handlowym stanęła 35 metrowa choinka. Przygotowania do Święta Bożego Najedzenia ruszyły pełną parą. Informacja obiegła świat dzięki programowi w amerykańskiej telewizji TTV należącej do grupy TVN.

choinka 

Z głośników jak można się domyślać płyną kolędy w imię zasad równości, miłości, solidarności i generalnie macdonaldowych zasad.

Tymczasem na drugiej półkuli-tej podobno mózgowo-ciemnej. Dźwięki klaksonów i trąbek protestujących kakofonią postulatów dobiegają od wielu tygodni. Balansując pomiędzy tym co było i tym co jest trudno oprzeć się wrażeniu, że dla niektórych przebój Mieczysława Fogga „To ostatnia niedziela” wybrzmi jak za dawnych lat. 

201510164334

 Alkoholowe wyziewy połączone z protestem mają na celu ugranie podwyżek.

-Nie mieliśmy ich od 7 lat-zwierzają się stróże drogowego prawa. Obok funkcjonariusze policji zabezpieczają akcję, a mieszkańcy stolicy zgrzytają zębami z nadzieją, że to się wreszcie skończy. I powstaje pytanie czy można zarobić na protestach?

 

201510164337

 

 Marcin poluje na każdą okazję. Co protest-to praca.

-Obsługuję protesty. Trąbka kosztuje 10 złotych. Nauczyciele nie dali zarobić, sprzedałem tylko 30 sztuk, ale była też manifestacja, że sprzedałem ich 200. Dorabiam, bo mam stałą pracę.

 flaga

 Powiewają flagi, kakofonia trąbek ma przynieść zasłużoną podwyżkę. Nie wiem ile poszło trąbek podczas protestu górników, ale nie będąc wieszczem przypuszczam-że to początek większego „biznesu”. Jeszcze nie jedna trąbka się sprzeda i nie jedna świąteczna petarda wystrzeli. Przydać wówczas może-ubezpieczenie NNW.

2015101543241

Ten w środku człowiek robił za misia. Super Miś z superpolisą. Generalnie podczas Targów Franczyzy wszystko jest super. Organizacyjnie-piątka z plusem. Biznesowo-po japońsku-jakotako z „niską tą ratą”. Biorąc pod uwagę lokalizację czyli Pałac Kultury i Nauki-optymalnie.

Frekwencja na Targach spora, bo i reklama wyskakiwała z każdej internetowej i nie-lodówki. Ale skuteczna. Targi przyciągnęły wielu ludzi. Kilka tysięcy na pewno. I powstaje pytanie czy ta lokalizacja wydawać by się mogło najlepsza z najlepszych może dać zarobić na biznesie na kółkach?

pizza

-W pierwszym dniu targów malutko nam poszło. Ze dwadzieścia maksymalnie. To wszystko. To przez tą pogodę.

Czyli nie poszło. Biorąc pod uwagę chwiejność pogodową w naszej szerokości geograficznej ten daszek-nie wiele daje. Biznes na kółkach nawet w centrum Warszawy przy tak dużej frekwencji odwiedzających-używając żargonu retailowego-nie wypalił. Jak wiele innych stacjonarnych. Po takich cud franczyzach z reguły zostaje dziura w całym.

201510174370

 W nadmorskiej Rivierze ktoś zbańczył. Baner nie przykrył dziury. Z głośników sympatycznie zawalają nas dźwięki z którymi jednak różnie bywa i nie zawsze jednak jest to cicha noc.

 

porno

 

 Reasumując czas się wyciszyć. Gdyby ktoś miał problem z wyborem to zaciekawił mnie ten program. Wygrzebany z sieci.

 

ewa_g_www

 Więcej na temat i nie na temat na profilu „Nagłówki nie do ogarnięcia”, na stronie www.niedoograniecia.pl, www.premierzjajami.pl

https://www.facebook.com/naglowki?fref=ts

Temat franczyzy wydaje się nie do ogarnięcia. To taka kura znosząca niby złote jaja. A to jednak. Bywa zbuk.

 

 

 

 

 

 

 

Muszkieterowie czyli miłość po francusku-poradnik najemcy

Korzystając z okazji, że administrator bloga i właściciel wrzucił na stronę główną gazeta.pl zajawkę dedykowaną blogowi przeliczeni i spodziewając się hejtu (vide jeden z  komentarzy) oraz znaczący napływ nowych czytelników publikuję kolejny fragment książki-ku przestrodze, uwadze i przemyśleniom tych, którzy zastanawiają się co dalej. Francuski gigant chce jeszcze w Polsce otworzyć 200 sklepów. Na targach Franczyzy panowie byli aktywni.

„Przepis na worek pieniędzy jest prosty – znaleźć naiwnego, nałożyć mu do głowy głupot, związać ze sobą, a później doić niczym krowę… Brutalne, ale prawdziwe. Na własnej skórze przekonał się o tym pewien przedsiębiorca ze Śląska, wieloletni dyrektor -właściciel jednego ze sklepów sieci Intermarche. Na dzisiaj franczyzy, przynajmniej tej w wydaniu francuskim ma już po dziurki w nosie. „To handlowa sekta” – mówi.

 

intermarche

 

 

 

Początek na saksach

 

Pan Jacek nie jest jakimś przypadkowym przedsiębiorcą z ulicy. Ma już słuszny wiek, z wykształcenia jest lekarzem. Ale w zawodzie praktycznie nigdy nie pracował. Nie handlował też w budce z dykty, nie wystawał na targowisku. Widział za to i robił rzeczy, o których przeciętny zjadacz chleba nie ma pojęcia, że istnieją. Jego przygoda w handlem zaczyna się w minionej epoce, kiedy na horyzoncie widać było już nadchodzące zmiany ustrojowe w Polsce. Kiedy Polacy widzieli już otwartą furtkę do wolności, w tym do wolności gospodarczej. W 1987 roku pan Jacek wyjeżdża więc z grupą znajomych za granicę. Najpierw do byłej Jugosławii, później do Niemiec.

– Nie uciekaliśmy, po prostu wyjechaliśmy legalnie – wspomina. – Na wycieczkę. Wtedy sporo osób tak robiło. I zostaliśmy. Takie były wtedy czasy. Wycieczki w jedną stronę… Najgorzej miał kierowca, bo musiał wracać sam.

Za granicą nasz rozmówca spędził, pracując, ponad rok. Po powrocie imał się różnych zajęć, aż wreszcie w 1991 roku, tuż po ogłoszeniu nowych zasad gospodarki wolnorynkowej, zainwestował w hurtownię papierosów.

– Wszyscy palili – tłumaczy pan Jacek. – A papierosów było mało. Kupowaliśmy je bezpośrednio u producenta, w Krakowie. Oczywiście trzeba było dawać łapówki, żeby dostać popularne marki papierosów, po pięćset kartonów. Ale opłacało się. Marże były takie, że pieniądze lały się przysłowiowym strumieniem. No, może nie aż tak dużym, ale jednak. W efekcie postawiłem dom, miałem samochód. Żyło mi się całkiem dobrze i przyzwoicie. Nie miałem na co narzekać.

Do czasu, jak wspomina nasz rozmówca, kiedy w 1993 roku na Śląsku pojawia się pierwsze Macro.

– Wszystko mieli taniej. To nas zabijało. Wtedy nasza hurtownia miała już znacznie poszerzony asortyment, handlowaliśmy artykułami chemii gospodarczej, mieliśmy podpisane umowy ze znanymi już wówczas markami zagranicznymi, towar był efektowny i chodliwy, ale nagle okazało się, że nie możemy być konkurencyjni. Po prostu się nie dało. Macro przebijało wszystkich na każdym asortymencie. To zresztą bardzo przewidująca i sprytna firma. Już grubo wcześniej skupowali w Polsce grunty, aby później korzystając z różnorakich przywilejów dla firma zagranicznych stawiać na nich swoje obiekty.

Pan Jacek był jednak urodzonym szczęściarzem. W 1995 roku otrzymał, dzięki licznym kontaktom w branży handlowej i doświadczeniu w branży propozycję pracy w zagranicznej korporacji, która swoją polską siedzibę miała w Poznaniu.

– To były rewelacyjne czasy – wspomina niedoszły medyk. – Hurtownia oczywiście nie była taka zła, byłem na swoim, wciąż jeszcze zarabiałem całkiem przyzwoite pieniądze, ale czułem, że dla takich jak ja nadchodzą złe czasy. Że na rynek wpływają rekiny biznesu z zagranicy i to one będą miały ulgi, preferencje, słowem będą nas, tubylców, zjadać po kawałku, aż znikniemy z rynku. Nie miałem się więc co zastanawiać, kiedy za pracę w korporacji dostałem naprawdę porządne pieniądze. Do tego służbowe samochody, telefony, loty do centrali za granicą w biznes klasie… Kto by odmówił? Zdecydowałem się więc.

Po dwóch latach pan Jacek jednak odmówił. I wrócił do rodzinnych Katowic. Tu miał zresztą rodzinę i nie mógł sobie pozwolić na dalszą rozłąkę. Nie chciał być, jak marynarz powracający do domu raz, dwa razy w roku.

– Praca pracą, ale rodzina u mnie zawsze była na pierwszym miejscu – tłumaczy. – Zresztą po co człowiek pracuje? Właśnie dla przyszłości swoich dzieci. Wierzyłem, że kiedyś przejmą po mnie pałeczkę, o ile uda mi się zbudować coś własnego.

Ze swoim bogatym już doświadczeniem pan Jacek po rozstaniu się z korporacją obejmuje bez większych problemów posadę jednego z dyrektorów Metro w Czeladzi. Na pytanie, jak wtedy wyglądał współpraca z najemcami w galerii handlowej, odpowiada z uśmiechem na twarzy:

– Całkiem zwyczajnie. Przychodzili majętni ludzie, chcieli robić biznes. Umowy podpisywali w ciemno. Dziwiłem się, ale nie byłem przecież ich adwokatem. Uważali się za ludzi sukcesu, a tak naprawdę mieli marne pojęcie o handlu. Dali się po prostu wkręcać i to z własnej, nieprzymuszonej woli. Ale wówczas były jeszcze inne zasady w galeriach. Mimo wielu wad ludzie jakoś bilansowali się. Może dlatego, że galerii było mało, a klientów cała masa.

Siedzimy w przyjemnej kawiarni w… galerii handlowej. To jedyne miejsce, gdzie można znaleźć chwilę ochłody. Na zewnątrz apogeum lata – trzydzieści siedem stopni w cieniu. Tylko w takich momentach galerie na coś się przydają…

Posada dyrektora w dużym centrum handlowym zaspokajała ambicje pana Jacka. Nie narzekał. Ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Zwłaszcza jeśli lubi się mieć własne zdanie, a na dodatek nie boi się go głośno wyrażać. W 2000 roku panu Jackowi podziękowano za dyrektorowanie. Był ponoć zbyt pyskaty…

– Odszedłem bez żalu – wspomina. – Znowu zapakowałem do walizki trochę doświadczenia – śmieje się.

 

Francuski łącznik

 

Człowiek takiej niespokojnej natury, jak nasz rozmówca musi coś robić. Po odejściu z Metro pan Jacek trafia na, jak mu się wówczas wydaje, okazję życia. Możliwość wzięcia w posiadanie na określonych zasadach dużego sklepu sieci Intermarche.

– Zdecydowałem się. Uznałem, że będzie to dobry interes, że sobie poradzę – tłumaczy. – To był praktycznie początek istnienia tej sieci w Polsce, można było znowu się czegoś nauczyć. Byłem na zakręcie życiowym, podobnie jak wielu-chciałem dalej pracować, zarabiać, rozwijać się.

Przygoda z francuską siecią zaczęła się od szkolenia.

– Było nas szesnaście par – wspomina pan Jacek. – Uczono nas zasad handlowania w sieci Intermarche. Szkolenia odbywały się w Polsce i we Francji. Tam pokazywano nam domy ludzi prowadzących sklepy tej sieci. Myślałem sobie wówczas, że to świetna sprawa. Rodzinny biznes. I jaki dochodowy skoro każdy właściciel sklepu ma taki dom, samochód, słowem żyje jak w przysłowiowej bajce. Od razu oczyma wyobraźni widziałem siebie i moje dzieci, równie dobrze ustawione w życiu. To było to. Rodzinny biznes oparty na zaufaniu i zdrowych zasadach. O tym mówiono nam na szkoleniach. W miarę upływu czasu dowiadywaliśmy się jednak kolejnych szczegółów i zasad obowiązujących w Grupie Muszkieterów, bo tak o sobie mówili właściciele sieci z Francji. Po pierwsze okazało się, że za szkolenia trzeba płacić. I to nie mało, bo kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ale jak człowiek miał już za sobą kilka miesięcy takiego prania mózgu, poświęcił czas, zdecydował się, to nawet mimo różnych wątpliwości brnął w to dalej. Ja to widziałem, bo wcześniej miałem do czynienia z handlem. Ale inni nie mieli o wielu rzeczach pojęcia. Bo jak ktoś był szewcem, albo fryzjerem, nie ujmując nikomu, to o czym miał mieć pojęcie? Jak zarządzać wielkim sklepem? Na szkoleniach więc mówiono tym ludziom jak należy handlować. Ale na zasadach panujących w Intermarche. A te w wielu kwestiach mało miały wspólnego z normalnym rynkiem.

Aby wejść do spółki, objąć w posiadanie sklep, trzeba było mieć trzysta pięćdziesiąt tysięcy wkładu własnego. Intermarche pomagał w uzyskaniu kredytu we wskazanym przez siebie banku. Wejść w grono Muszkieterów (o historii powstania sieci we Francji – poniżej) nie było bowiem łatwo. Postawienie i uruchomienie sklepu, kilka lat temu, to była inwestycja rzędu czterech milionów złotych.

– Dzisiaj jest to pewnie dwa razy tyle – zauważa nasz rozmówca.

Wróćmy jednak do początków współpracy pana Jacka z Intemarche. Sklep już został wybudowany, wyposażony, można było zacząć handlować.

– I szło bardzo dobrze – tłumaczy pan Jacek. – Były miesiące, że miałem kilkadziesiąt tysięcy czystego zysku, a parę razy nawet więcej. Ale wtedy dookoła nie było tylu Biedronek, Lidlów, galerii handlowych. We Francji system Intermarche odniósł sukces. Ale tylko dlatego, że Francuzi dbają o własnych przedsiębiorców. W każdej gminie obowiązuje limit ilości sklepów uzależniony od ilości mieszkańców. Regulują to specjalne przepisy, tak zwana ustawa Galanta. Żaden nowy sklep więc nie powstanie. Można jedynie sprzedać już istniejący. I tak się tam dzieje. To gwarantuje, że każdy kto zainwestuje w tego typu działalność może liczyć na profity. Bo przecież muszą być ludzie, aby kupować towar. A w Polsce? Wiadomo… Byle było więcej…

 

Biznes się więc kręcił. W dużej mierze jednak dlatego, że pan Jacek miał spore doświadczenie w handlu i parę rzeczy robił po swojemu.

– W istocie w sieci takiej, jak Intermarche, nie chodzi o to, aby sprzedać towar – wyjaśnia. – Nie o to chodzi właścicielom spółki. Bo oni zarabiają na nas, na franczyzobiorcach, którzy muszą spłacać w czynszu zaciągnięte w spółce zobowiązania. To czynsz jest zarobkiem a obrót towarowy dodatkiem. Sztywne, zbyt wysokie ceny dziś nie są konkurencyjne, ale to spółki nie martwi. Istnieje cały szereg obostrzeń w sprzedaży towarów. Na przykład musiałem, i wszyscy inni mający sklepy Intermarche, zaopatrywać się wyłącznie w jednej tak zwanej bazie, w Poznaniu. We wszystko! Jechały do mnie na przykład pomidory przez pół Polski, w lecie, w upale, a ja nie mogłem składać reklamacji. Musiałem płacić za towar nawet jeśli nie nadawał się już do sprzedaży. A jazda przez pół Polski bez agregatu chłodniczego gwarantowała, że produktu łatwo psujące się nie będą się nadawały do sprzedaży. Jeśli firma przewozowa brała za kilometr euro, to kierowca miał polecenie od szefa, że lodówki mają nie pracować, bo to zżera więcej paliwa. Kupowałem więc kota w worku, po prostu. I nabijałem kasę Muszkieterów z Francji… Ale takie były zasady, takie zobowiązania. Trzeba było się więc gimnastykować. I tak przez cały okres dzierżawy, dziesięć lat, bo na tyle podpisywano umowy. Dzierżawy, bo w istocie spółka oferowała grunt pod sklep, a właściciel sklepu go budował. Później, po zakończeniu umowy, można było ją przedłużyć, albo spółka wykupywała sklep. Ja nie przedłużyłem umowy, bo w 2010 roku obok mojego sklepu było już kilka innych. W takich warunkach trudno było mówić o możliwości normalnego zarobkowania. Po prostu uciekłem spod topora.

 

„Wszyscy za jednego, jeden za wszystkich” – francuska ściema?

 

 

 

W Polsce działa 202 supermarketów Intermarché (stan na 31.01.2014) o powierzchni od 400 do 2800 m2. Sprzedają ok. 24 tys. artykułów. Przy wybranych sklepach działa 47 stacji benzynowych (stan na 31.01.2014). 93 supermarketów Bricomarché (stan na 31.01.2014) o średniej powierzchni 1400 m2. Sprzedają ponad 18 tys. artykułów. Przychody ze sprzedaży Grupy Muszkieterów w Polsce w roku 2012 przekroczyły 4,6 mld złotych, przychody ogólne nie zostały ujawnione.

Tyle można w skrócie o Intermarche wyczytać m.in. w Wikipedii.

 

– Tak jak już wcześniej powiedziałem, Grupa Muszkieterów odniosła sukces – tłumaczy pan Jacek. – Na pewno we Francji. Ale w Polsce też. Tylko co za tym sukcesem stoi? We Francji na pewno zadowolenie członków grupy, czyli właścicieli poszczególnych sklepów sieci. Ale tam są ku temu warunki. U nas nie. U nas jest handlowy neokolonializm. Pomijam już to, jak Francuzi traktują Polaków. Jak poddanych. Więcej szacunku mają do Marokańczyka, bo zna język francuski. A Polak, to dla niego wyrobnik. Tutaj można wszystko. W Polsce więc sukcesem jest to, że udało mi się przetrwać cały okres umowy i nie zbankrutowałem. Ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co ja. Znam takich, którzy stracili miliony, niestety.

Sukcesy, przychody, obroty, ilość placówek. Te dane są ogólnodostępne w internecie. Intermarche chwali się osiągnięciami. To oczywiste, skoro właściciele spółki dobrze zarabiają. A jak wygląda środek tej organizacji?

– Dziwnie – pan Jacek uśmiecha się tajemniczo. – Mówiłem już, że dla mnie jest to sekta. Proszę sobie wyobrazić, że na przykład każdy członek Grupy Muszkieterów ma tak zwany obowiązek wierności w myśl zasady wszyscy za jednego, jeden za wszystkich, jak to pisał Aleksander Duma opisując przygody Muszkieterów. Obowiązuje też zasada „tiertemps”. Polega to na tym, że każdy właściciel sklepu musi przepracować na rzecz spółki nieodpłatnie dwa dni w tygodniu. Kiedy miałem jeszcze sklep jeździłem więc dla razy w tygodniu do Poznania, do bazy, gdzie za każdym razem odpowiadałem za coś innego. Raz za sprzedaż, raz za logistykę, innym razem za transport, itd. Na miejscu nadzorował mnie tzw. binom, czyli pracownik permanentny. Było to irytujące, dla mnie ewidentna strata czasu. Dla Francuzów rzecz święta. W ogóle istniało i istnieje nadal francuskie nazewnictwo w spółce. Członek Gruy Muszkieterów, to „aderon”. „Postulant”, to ktoś kto składa akces do przynależności do spółki. A „postulant afektowany” z kolei to osoba, która ukończyła właśnie szkolenie. „Asosie” z kolei zostawało się w uznaniu zasług. Po dwóch pozytywnych bilansach, sprawdzanych przez zarząd spółki. Wtedy dopiero proponowano prawdziwe wejście do spółki, do Grupy Muszkieterów. Można było łaskawie wykupić w niej udziały, na przykład za pięćdziesiąt tysięcy euro. Jak ktoś nie miał tyle, Francuzi oferowali mu kredyt we wskazanym przez siebie banku. Prawdą też jest, że po odejściu ze spółki zwracano te pieniądze, ale dopiero po pięciu latach.

Wszystko więc, jak wynika z opowieści pana Jacka, kręci się w Intermarche wokół zasad wierności, historii Muszkieterów, a tak naprawdę człowiek jest przez cały czas z tym wszystkim sam, jak przysłowiowy palec.

– Czy czułem się Muszkieterem? – uśmiecha się pan Jacek. – Nie. Za stary jestem na taką indoktrynację. Ale musiałem robić dobrą minę do złej gry skoro podpisałem umowę. Pewnie wielu tak robiło i robi nadal. Bo jaką mogą mieć alternatywę? W moim przypadku zadziałał instynkt samozachowawczy. Doczekałem końca umowy i się wycofałem widząc, że nie zarobię na sklepie tyle, aby móc spokojnie co miesiąc płacić spółce czynsz dzierżawny, pracować dla nich za darmo, płacić za reklamę, gazetki reklamowe, wszystkie imprezy integracyjne i wiele innych rzeczy i jeszcze mieć jakiś czysty zysk. Nie wszyscy jednak są przewidujący. A może po prostu łudzą się, że jakoś to będzie? Na pamiątkę została mi szpada i kapelusz. D’Artagnanem-nie zostałem”.

Roboczy fragment książki „Franczyza -fakty i mity” współautor Daniel Dziewit (to na wszelki wypadek gdyby Intermarche miało mentalny problem kto to napisał)